Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Biznesmen, który pomaga Ukraińcom, sam potrzebuje pomocy

Pokojowa manifestacja uchodźców z Ukrainy w Częstochowie Pokojowa manifestacja uchodźców z Ukrainy w Częstochowie Maciek Skowronek / Agencja Wyborcza.pl
Nie mogę nawet słuchać, jak ktoś się zastanawia, czy my, Polacy, nie dość im już pomogliśmy – mówi Les Gondor, właściciel hotelu Mieszko w Gorzowie Wielkopolskim, który stał się domem dla uchodźców z Ukrainy.

ZBIGNIEW BOREK: Pamięta pan pierwszych?
LES GONDOR: Oczywiście. Do końca życia będę pamiętał.

Co szczególnie?
Oczy. Strach w oczach.

Z powodu wojny?
Wojny i niepewnego jutra. Znaleźli się w obcym kraju, niemal same kobiety z dziećmi, trochę osób w podeszłym wieku, niepełnosprawnych. Mieli przy sobie walizkę czy dwie, nie wiedzieli, co ich czeka, chyba nie wierzyli, że chcemy im pomóc, i to za darmo.

Kiedy to było?
Zaraz na początku.

Gdy tylko wojna wybuchła?
No tak, dotarli 27 lutego, do Gorzowa od granicy trzeba przejechać kawał Polski.

Nie wahał się pan?
A co tu się wahać? To proste: zjawiają się ludzie, którzy potrzebują pomocy, bo na ich kraj napadł bandzior, trzeba więc pomóc. Wolałbym pomagać z innego powodu, ale jest wojna, to pomagam z powodu wojny.

Bo tak jest po ludzku?
Po ludzku, ale też we własnym interesie.

We własnym interesie?
Oczywiście, jak oni Putina nie zatrzymają, Polska będzie następna. Nie trzeba być wielkim strategiem i wykształconym analitykiem, to widać, słychać i czuć.

Ale do biznesu pan dokłada?
Do jakiego biznesu? Tu już nie ma żadnego biznesu. Był hotel biznesowy na 328 miejsc, teraz jest dom dla 328 uchodźców. To znaczy tyle mieszka obecnie, przewinęło się około tysiąca. Na początku mieliśmy kilkanaście osób, potem kilkadziesiąt, ale kolejni przybywali, aż uchodźcy stanowili 60–70 proc. i trzeba było zrezygnować z tych, którzy płacą za siebie i wymagają jednak standardów hotelowych, a nie domowych. Od kwietnia nie mamy już klientów, tylko mieszkańców.

Kto za nich płaci?
Państwo, konkretnie Lubuski Urząd Wojewódzki.

Wystarczająco?
Przez pierwsze dwa miesiące dostawaliśmy 125 zł na osobę i wystarczało. Teraz dostajemy 70 zł i to jest za mało, żeby zapewnić dach nad głową, śniadanie, obiad, kolację, opierunek, sprzątanie części wspólnych hotelu, opłacić pracowników i ZUS, podatki od nieruchomości, należność za użytkowanie wieczyste. I do tego wszystko drożeje, rosną koszty ogrzewania, energii.

Bardzo?
Byliśmy już poturbowani przez pandemię, gdy w styczniu zadzwoniła do mnie księgowa, żebym przyszedł do jej biura. Nie chciała powiedzieć przez telefon, tylko dała mi do ręki fakturę za gaz. Z 30 tys. zł za miesiąc urosła do 187 300 zł – tej kwoty też nigdy nie zapomnę. Ponad 600 proc. podwyżki.

Przewrócił się pan?
Nie, ale usiadłem. Potem jeszcze wzrosły rachunki za prąd – o 250 proc. Dotyka nas również wysoka cena benzyny, bo dużo jeździmy.

Kto? Gdzie?
Głównie moja rodzina: żona, dwie córki, syn, ja, każdy z nas tu się udziela, od rana do nocy ktoś z nas jest w hotelu albo pracuje na jego rzecz na zewnątrz. Jeździmy trzema samochodami gdzie się da, żeby tylko zdobyć wszystko, co potrzeba, jak najtaniej: gdzieś wyłapiemy jakąś promocję, ktoś nam obieca specjalną zniżkę na uchodźców albo coś za darmo.

Dużo ludzi pomaga?
Polacy prezentują fantastyczną postawę w sprawie Ukraińców, gorzowianie i mieszkańcy okolicy również są wspaniali. Robią, co mogą, starają się, mnóstwo dają z siebie i od siebie, ale tej energii i mocy ubywa. Proszę mnie dobrze zrozumieć: absolutnie nie mam nikomu za złe, w końcu wojna trwa tyle miesięcy, że zasoby się wyczerpują, ludzie muszą się też zająć swoimi sprawami, to naturalna kolej rzeczy. Musimy więc oszczędzać każdy grosz.

Dlatego nie grzejecie?
Tak długo, jak się da, gazu będziemy używać tylko do ogrzewania wody.

Dziś jest 18 st. (rozmawiamy 24 października – przyp. Z. B.), ale w końcu zrobi się zimno.
I wtedy odpalimy kaloryfery. Gromadzimy pieniądze na ten cel.

Widziałem zbiórkę #mieszkodlaukrainy w serwisie Pomagam.pl. Wspierają was Janda, Barciś, Żak, Małysz, Bajor, Rusinek, Waglewski, znani politycy od lewa do prawa. Agnieszka Holland nazywa ten hotel arką Noego, ale licznik darowizn pokazuje 141 tys. zł. Za mało na gaz choćby za miesiąc.
I jeszcze trochę stamtąd zabierzemy na inny cel. Jedna z naszych mieszkanek, dziewczyna ledwo po czterdziestce, ma kłopoty onkologiczne, a szpital nie pokryje kosztów leczenia. Z 28 tys. zł, których potrzeba na początek, jej bliscy chcą zebrać połowę, my pokryjemy resztę, nie ma innej opcji.

Co będzie, jak zabraknie na hotelowe faktury?
Przecież nie zamknę hotelu, nie powiem tym ludziom, żeby sobie poszli. Musimy dać sobie radę i damy, drogi odwrotu już nie ma, a też bardzo się zżyliśmy i chyba potrafię wczuć się w ich sytuację, bo sam byłem uchodźcą. W 1977 r. jako 20-latek wyjechałem z Polski Ludowej do Szwecji. Miałem 10 dol., sztangę papierosów i butelkę whisky, bo tyle można było wywieźć. I zostałem całkiem sam wśród obcych ludzi w obcym kraju. Nie było wtedy oczywiście komórek i żadnej łączności z rodziną. Było ciężko, ale spotkałem życzliwych ludzi. Tyle że mnie nikt nie bombardował domu w Polsce.

Nasłuchał się tu pan?
Nasłuchałem i naoglądałem. Ostatnio jedna z naszych mieszkanek pokazuje mi zdjęcie w telefonie. „Piękny dom” – mówię, a ona pokazuje drugie, z kupą gruzu. Ci ludzie uciekli spod bomb, ich ojcowie, mężowie, bracia walczą i giną, dlatego nie mogę słuchać, jak ktoś się głośno zastanawia, czy my, Polacy, nie dość im już pomogliśmy. Guzik prawda, takich głosów nie powinno w ogóle być. Musimy pomagać tak długo, jak będzie trzeba, jak ten szaleniec będzie ich mordował. Koniec, kropka.

Wyobraża pan sobie ten dzień, kiedy ostatni z mieszkańców się stąd wyprowadzą?
Na razie mamy nowych (śmiech)! Urodziło się nam już sześcioro dzieci, nazywam je obywatelami hotelu. Póki będę prowadził ten hotel osobiście albo będzie to robił ktoś z mojej rodziny, każdy obywatel hotelu będzie tu mógł przyjechać, nawet za 20 lat, i zostać jak długo chce, oczywiście za darmo. Niektórzy mieszkańcy się usamodzielnili, znaleźli sobie pracę i wynajęli mieszkanie, inni wyjechali z Polski, ostatnio jedna z rodzin aż do Australii. Dnia, w którym opuszcza nas ostatni uchodźca, sobie jednak nie wyobrażam i nie wierzę, że nadejdzie. Część Ukraińców straciła albo straci w swojej ojczyźnie absolutnie wszystko i oni tu zostaną. Nie ma w Polsce wystarczającej liczby mieszkań, wynajem i kupno są drogie, dlatego planujemy po wojnie zamienić trzy z siedmiu pięter hotelu na samodzielne mieszkania dla uchodźców. Ale teraz są pilniejsze rzeczy do zrobienia.

I trzeba się spodziewać drugiej fali uchodźców, bo Ruscy niszczą infrastrukturę energetyczną Ukrainy, 1,5 mln ludzi żyje bez prądu, a idzie zima. Co pan zrobi, jeśli dotrą do Gorzowa?
Podwoję liczbę miejsc w hotelu. Mamy to policzone: sale konferencyjne, szkoleniowe i inne pomieszczenia wystarczą na dostawienie ok. 300 łóżek. Już je zgromadziliśmy, a skoro kuchnia i obsługa radzą sobie z obecnymi mieszkańcami, to i z kolejnymi sobie poradzą.

Dają się czasem we znaki?
Jak to w domu. Czasem chłopaki nabroją. Teraz sporo pary uchodzi z nich w szkole, ale w wakacje znaleźli np. wejście na dach i oczywiście skorzystali. Za karę musieli pozbierać papierki wokół Mieszka. Pozbierali, przeprosili, sprawa załatwiona. Jedną panią musieliśmy usunąć: paliła papierosy w pokoju, lekceważyła inne reguły, mieli jej dość inni mieszkańcy, to oni poprosili o interwencję. Wystarczył telefon do urzędu wojewódzkiego, znaleziono inne lokum. No i niedawno mieliśmy w hotelu policję, bo dziewczyna, która u nas mieszkała, oskarżyła jednego z mieszkańców o usiłowanie gwałtu. Przyszła do mnie delegacja, same panie, żeby świadczyć, że ten chłopak jest spokojny, niemożliwe, żeby to zrobił, a dziewczyna, jeszcze jak tu była, każdemu miała coś do zarzucenia. Ale to musi wyjaśnić policja, ja wpływu nie mam. Zajmuję się tym, na co mam wpływ, np. szukam teraz psychologów, bo jeden to za mało. Współpracują też z nami lekarze, aptekarze i prawnicy, prowadzimy lekcje polskiego. Myślimy o tym, żeby umożliwić naszym uczniom udział w zdalnej nauce w szkołach ukraińskich. Chodzą do gorzowskich szkół, ale byłoby dobrze, żeby mieli też kontakt z nauczycielami z Ukrainy.

Nie śpi pan przez to wszystko po nocach?
Proszę pana, ja zdecydowanie lepiej śpię niż dawniej. Mam dużą firmę w Lipianach 40 km od Gorzowa, trochę ziemi, miałem co robić i wcześniej. Ale jak człowiek ma 65 lat, to nie zawsze rano wstaje chętnie do roboty, a teraz mi się chce, i to bardzo, bo czuję absolutną pewność, że robię coś, co należy.

***

Les Gondor, mieszkaniec Lipian (woj. zachodniopomorskie), biznesmen, właściciel hotelu Mieszko w Gorzowie Wielkopolskim, dawniej prezes klubu żużlowego Stal Gorzów i piłkarskiej Pogoni Szczecin.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną