Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Studniówka będzie bardzo droga. Ale nie to martwi uczniów najbardziej

Młodzież najchętniej bawiłaby się jak na osiemnastkach, wyłącznie we własnym gronie. Młodzież najchętniej bawiłaby się jak na osiemnastkach, wyłącznie we własnym gronie. Wojciech Habdas / Agencja Wyborcza.pl
Maturzyści są świadomi, że ich bal musi dużo kosztować. Ale dlaczego aż tak dużo? Czyżby od czasu ich osiemnastki ceny tak bardzo poszły w górę? Oczywiście inflacja robi swoje, ale prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej.

Kto organizował osiemnastkę w klubie lub innym lokalu, dobrze wie, ile kosztuje tzw. talerzyk. Jest drogo, ale warto zapłacić. 18 lat ma się przecież raz w życiu. Podobnie studniówkę. Prawdziwa, czyli własna, jest tylko jedna. Maturzyści są świadomi, że ich bal musi dużo kosztować. Jednak dlaczego aż tak dużo? Czyżby od czasu ich osiemnastki ceny aż tak bardzo poszły w górę?

Oczywiście inflacja robi swoje, ale prawdziwa przyczyna wysokich kosztów studniówki leży gdzie indziej. Trzeba zaprosić nauczycieli. A tych jest strasznie dużo. Od kiedy pracują w kilku szkołach, w każdej na część etatu, rada pedagogiczna składa się nie z 30 osób, jak było dawniej choćby w moim liceum, lecz z ponad pięćdziesięciu. Grono pedagogiczne nieomal się podwoiło.

Studniówka droższa niż osiemnastka

Jeden nauczyciel przypada już nie na pięciu–sześciu maturzystów jak kiedyś, lecz na dwóch–trzech. A przecież trzeba jeszcze uwzględnić innych pracowników szkoły: sekretarkę, księgową, portierkę, panie woźne. Gdyby wszyscy przyjęli zaproszenia, na każdego ucznia przypadałby jeden pracownik. Dlatego studniówka może kosztować dwa razy tyle co osiemnastka. Należy coś z tym zrobić – mówią uczniowie.

Zaprasza się wszystkich, ale nie wszyscy powinni przyjść. Nauczyciel musi się domyślić, czy jest zapraszany pro forma (na odczepnego), czy naprawdę uczniowie chcą, aby przyszedł. No więc mnie zaproszono w tym roku na dwa sposoby. W jednej szkole odciągnięto mnie na bok, ktoś wyciągnął paczkę z zaproszeniami (ze 20–30 kopert), poszukał z moim nazwiskiem i wręczył. Na początku nawet się nie zorientowałem, iż to zaproszenie na studniówkę, myślałem, że dostaję upomnienie za jakieś przewinienie. Tak się też czułem: winny, że coś przeskrobałem. Nawet odruchowo przeprosiłem.

W drugiej szkole uczniowie przygotowali specjalną ceremonię. Wszyscy stali na baczność, gdy przedstawiciel klasy wygłaszał mowę, przekonując mnie, abym nie omieszkał zaszczycić ich swoją obecnością na balu. Różnica między tymi dwoma zaproszeniami była kolosalna. Kiedy zapytałem na przerwie koleżankę, czy wybiera się na studniówkę, odpowiedziała, że wyraźnie dano jej do zrozumienia, aby nie przyszła: zaproszenie wciśnięto jej do ręki w biegu. No cóż, rok temu to mnie – takie miałem wrażenie – zapraszano na odczepnego w obydwu szkołach. Nauczyciel musi umieć czytać między wierszami. Kiedy zapytałem panie woźne, czy przyjdą (przed pandemią przychodziły, choć nigdy wszystkie), spojrzały na mnie, jakbym urwał się z choinki: „Przecież nas nie zaproszono!” (zapewne tylko wręczono im zaproszenia).

Czytaj też: Nauczyciel to nie brzmi dumnie

Dyrekcja? Może przyjść na bal

Młodzież najchętniej bawiłaby się jak na osiemnastkach – wyłącznie we własnym gronie. A jeśli już nauczyciele muszą być, niech będzie ich jak najmniej i szybko wyjdą z imprezy. Wychowawcy mogą przyjść. Oraz dyrekcja. Dyrekcja też nie w całości, tylko jeden przedstawiciel. Reszta może sobie darować. Nauczyciele opowiadają, że nie wszystkie szkoły organizują w tym roku studniówki. Sam też znam jedną placówkę, w której tego balu nie będzie. Gdyby jednak zbadać sprawę, mogłoby się okazać, że maturzyści organizują imprezę na sto dni przed swoimi egzaminami, ale całkowicie oderwaną od szkoły. Więc formalnie rzecz biorąc, to nie jest studniówka, tylko prywatna impreza nastolatków w jakimś klubie.

Dawniej tylko nieliczni uczniowie wiedzieli, jak to jest bawić się wyłącznie we własnym gronie, do tego bardzo licznym, przez całą noc. Obecnie prawie każdy był na niejednej osiemnastce i na niejednym sylwestrze, gdzie bawiło się kilkadziesiąt młodych osób całkowicie bez kontroli ludzi starszych. Nastolatki zasmakowały w takiej zabawie, więc chcą, aby ich studniówka wyglądała podobnie. Uczniowie młodszych klas, które przymierzają się do organizacji swojego balu maturalnego, dziwią się, że jacyś rodzice będą dyżurować na ich imprezie. Albo że wychowawcy będą siedzieć aż do końca studniówki. Niektórzy wyrażają opinię, że rodziców powinno nie być w ogóle, a nauczyciele mogliby być tylko w części pierwszej (polonez, przemówienie dyrekcji, kwiaty dla wychowawców, szampan, jeden wspólny taniec kadry pedagogicznej i uczniów, przedstawienie i koniec), natomiast po północy mogliby zostać i bawić się, teraz już całkowicie swobodnie, tylko uczniowie.

Nauczyciele wiedzą o tym, dlatego pytają komitet studniówkowy, czy mogliby przyjść jedynie na część balu, na godzinę lub dwie. Pytają też, czy trzeba płacić za talerzyk, gdy będą na studniówce tak krótko. Menedżer lokalu mógłby oddzielnie skalkulować koszt tych gości, właściwie większości nauczycieli, którzy wyjdą zaraz po przedstawieniu, czyli o północy. Na pewno więcej nauczycieli przyszłoby na studniówkę, gdyby ich obecność nie wiązała się z wysokimi kosztami dla uczniów. Są nawet tacy nauczyciele, którzy mówią, że przyszliby tylko zobaczyć poloneza, a to chyba nie kosztuje nic.

Czytaj też: Nauczyciele mają na wszystko wywalone?

Nauczyciel, czyli ciężar

W tym roku bardzo wcześnie należało wpisać się na listę studniówkową. Choć bal odbędzie się pod koniec stycznia (w jednej szkole) oraz w połowie lutego (w drugiej), już na początku grudnia należało się definitywnie określić: tak czy nie. Od liczby uczestników zależy bowiem ostateczny koszt studniówki przypadający na ucznia – mówiono. Świadomość, że jest się ciężarem dla młodzieży, działała na nauczycieli odstraszająco. Odmawiali więc nawet ci, którym wyraźnie dawano do zrozumienia, że są mile widziani. Nauczyciele rezygnowali z udziału niekoniecznie tylko z powodu wysokich kosztów imprezy. Niektórzy obawiali się uczestniczyć w czymś, co w niewielkim stopniu przypomina studniówkę. Zapowiada się bowiem, że to nie będzie bal szkolny, lecz huczna impreza, podczas której uczniowie zrobią, co zechcą. Nikt już nie jest w stanie powstrzymać nastolatków, gdy zaczną im puszczać hamulce. Nauczyciele boją się, że w razie incydentów prokurator pociągnie ich do odpowiedzialności, jakby to oni byli organizatorami studniówki. Nikt nie chce narażać się na kłopoty.

Kadra pedagogiczna jest nie tylko liczna, ale też znacznie starsza niż przed laty. Dawniej wielu nauczycieli było prawie rówieśnikami maturzystów (w gronie pedagogicznym zawsze było sporo osób tuż po studiach). Dzisiaj takich pedagogów nie ma. Jak ktoś jest starszy od uczniów o 20 lat, może uważać się za gówniarza. Większość belfrów mogłaby być dziadkami i babciami swoich uczniów. Ja sam jestem starszy o nieomal 40 lat, a w gronie kolegów i koleżanek czuję się młodo, gdyż otaczają mnie ludzie jeszcze starsi, natomiast młodszych osób muszę ze świecą szukać. Gdyby Czarnek przywrócił wcześniejsze emerytury w oświacie, nieomal cała rada pedagogiczna poszłaby natychmiast na emeryturę. Być może nie zostałby nikt.

Niech wirus poczeka

No więc młodzież chce szaleć i czuć się w pełni swobodnie na swojej studniówce. Uważa, że ma do tego pełne prawo. Boi się jednak, co powiedzą starzy nauczyciele. Czy nie przeszkodzą im w zabawie? Czy pod pretekstem nawrotu pandemii nie zakończą imprezy w najlepszym momencie? Uczniowie boją się nie pojedynczych nauczycieli, tych nawet lubią, tylko tej masy starości w jednym miejscu. Oddzielnie prawie każdy stary nauczyciel jest w porządku, w gromadzie starzy ludzie bywają nieznośni. Na pewno zaczną gadać, że to nie jest prawdziwa muzyka, tylko jakiś łomot, przy którym nie da się tańczyć. Albo obrażą się, że grany jest hip-hop i z głośników lecą wulgaryzmy. Dlatego może lepiej by było – lepiej dla samych nauczycieli – aby na bal przyszli tylko nieliczni.

Ostatnio na studniówce byłem trzy lata temu. Pamiętam, rozmawialiśmy o tym, że w Chinach odkryto jakiegoś wirusa, który jest bardzo groźny dla ludzi. Nikomu nie przyszło wtedy do głowy – a była to połowa stycznia – że wirus może przyjść do nas i wszystko zmienić. Bawiliśmy się, kompletnie nie przeczuwając zagrożenia. Równo za dwa miesiące zamknięto wszystkie szkoły i wprowadzono zdalne nauczanie. Teraz też rozmawiamy o nowym wirusie w Chinach. Jesteśmy jednak w pełni świadomi, że może przyjść również do nas. Oby tylko za bardzo się nie spieszył. Niech poczeka, podobnie jak w 2020 r., aż odbędą się wszystkie studniówki, a potem niech będzie, co ma być, choćby kolejny lockdown.

Czytaj też: Młodzież na antydepresantach

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Świat kolekcjonerów zabawek. Ludzie bez pasji ich nie zrozumieją

Świat kolekcjonerów zabawek niewiele ma wspólnego z zabawami.

Juliusz Ćwieluch
28.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną