Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Nie daj Boże trafić na „komisję castingową” komentatorów ogłoszenia Ewy Wanat

Nawet osoby z czystą ideowo kartą, jak Ewa Wanat, nie mogą czuć się bezpieczne, jeśli uczynią coś, co mogłoby dostarczyć strażnikom doktryny pretekstu do pouczeń. Nawet osoby z czystą ideowo kartą, jak Ewa Wanat, nie mogą czuć się bezpieczne, jeśli uczynią coś, co mogłoby dostarczyć strażnikom doktryny pretekstu do pouczeń. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl
To nie do wiary, jak łatwo podpaść pryncypialnym obrońcom lewicowych i demokratycznych wartości! Nawet osoby z czystą ideowo kartą, jak Ewa Wanat, nie mogą czuć się bezpieczne, jeśli uczynią coś, co mogłoby dostarczyć strażnikom doktryny pretekstu do pouczeń.

Ewa Wanat pracuje obecnie w Berlinie, wobec czego ogłosiła, że poszukuje najemcy do swojego warszawskiego mieszkania. W ogłoszeniu zaznaczyła, że wykluczone są osoby z dziećmi, posiadające zwierzęta i palące. Zapowiedziała też, że cena będzie rynkowa. I się zaczęło!

W setkach komentarzy zasłużona dziennikarka, osoba poważna i poważana, została wręcz obrzucona błotem za zdradę nienegocjowalnych wartości postępowego świata. Jak sama później napisała, dowiedziała się, że jest „neolibkiem, kapitalistką, kamienicznikiem, hipokrytką”, że „oczekuje, że ktoś za nią będzie spłacał kredyt”, że „dyskryminuje samotne matki i zwierzolubów”. Uprzejmie poprosiła, aby się od niej i jej prywatnego życia odczepiono, wyjaśniając przy tym, że ma swoje doświadczenia z najmem, które skłoniły ją do nałożenia takich właśnie warunków. Potrzebuje pieniędzy, bo w Berlinie też za mieszkania się płaci, a koszty ewentualnych napraw i remontów mieszkania podniszczonego przez lokatorów przewyższają wysokość wnoszonej przez nich w momencie zawierania umowy kaucji.

Rynek mieszkań. Raczej kwasy niż zasady

Nie wydaje mi się, aby meritum sprawy podlegało dyskusji. Red. Wanat ma święte prawo wynajmować swoje mieszkanie, komu chce, i kierować się, tak jak niemal wszyscy, zasadą popytu i podaży, czyli żądać tak dobrej ceny, na jaką rynek pozwala. Komuniści też kupują w sklepie i zawierają inne transakcje rynkowe, czerpiąc korzyści, a czasami ponosząc szkody z ręki systemu, który zwalczają. Idee ideami, ale nikt nie ma obowiązku być stratny. Jeśli już o jakimś obowiązku wynikającym z wierności postępowym ideałom można mówić, to raczej polega on na aktywizmie, a w razie wysokich dochodów na dotowaniu wybranej organizacji czy przedsięwzięcia. Ewa Wanat może nie życzyć sobie, aby jakiś kotek drapał jej kanapę, lecz jednocześnie może wpłacić datek na schronisko. A może i nie wpłacić – to jej sprawa.

Niestety, szacunek dla prywatności nie jest mocną stroną strażników takich czy innych ideologii. A jednak zasada respektu dla autonomicznych wyborów w życiu osobistym nadal nas obowiązuje, wobec czego „zejdę” z red. Wanat i innym również to zalecam. Temat sam w sobie jest natomiast ważny i ciekawy. Rynek mieszkaniowy jest, jak wiadomo, pełen niesprawiedliwości, a jego funkcjonowanie jest papierkiem lakmusowym stanu stosunków ekonomicznych i społecznych w danym kraju. Niestety, papierek częściej wskazuje na kwasy niż zasady. Czasami, gdy rośnie „bańka mieszkaniowa”, rynek najmu staje się pastwą banków i pośredników, natomiast gdy mieszkań brakuje, a chętnych jest wielu, panoszą się właściciele, windując ceny.

Jako weteran wynajmu...

Gdy ceny najmu są wysokie, rosnący odsetek lokatorów nie płaci i pojawiają się na tym tle poważne konflikty. Z jednej strony mamy przypadki bezdusznego wyrzucania rodzin na bruk, a z drugiej proceder zawłaszczania mieszkań przez lokatorów, którzy nie płacą i nie wyprowadzają się. Nic dziwnego, że w krajach takich jak Polska, gdzie na pomoc policji i sądów właściciel mieszkania, które ktoś zawłaszczył, liczyć nie można, rodziny z dziećmi mają trudności ze znalezieniem mieszkania do wynajęcia. Wiadomo bowiem, że siłowe pozbycie się takiej rodziny w razie upartego zalegania z czynszem lub z powodu niszczenia mienia albo innego rodzaju złego zachowania jest niezwykle trudne. Wśród wynajmujących mieszkania „po amatorsku”, czyli bez pośrednictwa agencji, panuje bardzo duży lęk przed oszustami i cwaniakami. W dodatku tysiące ludzi pragnących wynająć komuś mieszkanie w ogóle nie decyduje się na to, więc wiele mieszkań stoi pustych, przez co ceny najmu dodatkowo rosną. Zaufania na tym rynku nie ma za grosz.

Nigdy go zresztą nie było. Jako weteran wynajmu (od 18. roku życia nigdy nie mieszkałem we własnym mieszkaniu) wiem, jak to bywało drzewiej, i wiem, jak jest dzisiaj. Dawniej normą było stawianie surowych warunków najemcy. Pamiętam, jak kiedyś, bodajże w roku 1990, nieumiejąca pisać (proszę się nie dziwić – były takie osoby) starsza pani zatrzymała mnie na ulicy w Krakowie, prosząc, abym napisał dla niej kilka ogłoszeń o treści: „Pokój pracującej panience wypuszczę”. Ja akurat byłem wówczas żonatym brodaczem i nie było łatwo. Bo wiadomo, że młode małżeństwo może się rozmnożyć, a potem nie chcieć płacić ani się wyprowadzić. O zwierzętach zaś w ogóle nie było mowy. Właściwie dopiero profesjonalizacja rynku mieszkań na wynajem wyrównała nieco szanse. „Pracujące panienki” nadal mają przewagę nad parą gejów z dwoma psami, lecz ci drudzy nie są już na straconej pozycji. Umowy najmu stały się bardziej szczegółowe i są w nich zawarte obustronne zabezpieczenia. Zaufanie odrobinę rośnie.

Polska obsesja na punkcie własności

Nie znikają jednakże uprzedzenia i lęki. Studenci mogą pić, brudzić i hałasować, Ukraińcy mogą nie płacić i nikt nie śmie ich usunąć, starsze osoby mogą ciężko zachorować i zalec na dobre w wynajętym łóżku, a młode małżeństwa wszystko chcą po swojemu przemalowywać i ustawiać. Za to najemcy boją się podwyżek, nalotów właścicieli oraz nagłych wypowiedzeń.

I właśnie dlatego, że tyle jest tych lęków i nieufności, w niejednym kraju – również w Polsce – panuje wręcz obsesja na punkcie posiadania mieszkania na własność. Nie ma z tego wielkiego pożytku społecznego, bo całkowity „wolumen” rynku mieszkaniowego nie zależy tak bardzo od tego, czy ludzie mieszkają „na swoim”, czy może w mieszkaniach komunalnych bądź wynajętych od prywatnych przedsiębiorców, natomiast system taki bardzo lubią banki, które więcej zarobią na tysiącu małych kredytów hipotecznych dla wielbicieli „własnego M” niż na linii kredytowej dla inwestora budującego mieszkania na wynajem.

Połajanki pod adresem Ewy Wanat są niestosowne i niemądre z różnych powodów, lecz jednym z nich jest całkowicie konwencjonalny charakter jej ogłoszenia, które doprawdy nie brzmi wcale kontrowersyjnie, jeśli porówna się je z tym, co dzieje się dziś w wielu miejscach na Zachodzie – i to właśnie w środowiskach jak najbardziej postępowych. Jeśli chcesz wynająć mieszkanie w jakimś ważnym, aczkolwiek ciasnym mieście biznesowym albo uniwersyteckim, takim jak np. Boston, musisz wygrać prawdziwy casting urządzany przez pośrednika lub właściciela. To może być naprawdę upokarzająca procedura, w wyniku której można się sporo dowiedzieć o tym, jak „wycenia” nas społeczeństwo.

Jeszcze gorzej jest w przypadku dobierania sobie współlokatorów do mieszkania wynajmowanego „na pokoje”. Student poszukujący w takim np. Krakowie pokoju do wynajęcia w tzw. mieszkaniu studenckim musi się stawić na przesłuchanie (online lub nawet na żywo), podczas którego ma udowodnić przed swoimi potencjalnymi współlokatorami, że jest wystarczająco fajny. Łatwo może się przy tym okazać, że nie odznacza się wystarczającą czystością ideologiczną i postępowością… Nie daj Boże trafić na „komisję castingową” złożoną z komentatorów ogłoszenia Ewy Wanat!

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Świat kolekcjonerów zabawek. Ludzie bez pasji ich nie zrozumieją

Świat kolekcjonerów zabawek niewiele ma wspólnego z zabawami.

Juliusz Ćwieluch
28.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną