Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Mobbing w Centrum Praw Kobiet. Czy to koniec feminizmu w Polsce?

Urszula Nowakowska, szefowa Centrum Praw Kobiet Urszula Nowakowska, szefowa Centrum Praw Kobiet Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl
Może za mało drążyłyśmy, przyjmując, że praca z przetrwankami przemocy jest po prostu ciężka, więc widocznie ciężka musi być też towarzysząca jej atmosfera. Poza tym panowało przekonanie, że wszelkie „pranie brudów” mogłoby zaszkodzić sprawie, że albo jest się za, albo przeciw.

Gruchnęło. „Na zewnątrz jest pięknie, w środku syf” – zaczęła swój reportaż dla Onetu pt. „Upokarzane, bez umów, bez wynagrodzenia. Tak wygląda praca w Centrum Praw Kobiet” Ewa Raczyńska. Po jednym tekście poszły następne – m.in. dwa w poznańskiej „Wyborczej”, wybór listów do redakcji Onetu, omówienia i komentarze. Daje się z tego wyczytać, że najbardziej znana i może największa w Polsce organizacja antyprzemocowa Centrum Praw Kobiet (działa w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu i Żyrardowie), która wyciąga kobiety z piekła domowej przemocy, sama funduje swoim pracownicom piekło.

Za tą zmasowaną akcją medialną stoi niedawno założony związek zawodowy zrzeszony w ramach Inicjatywy Pracowniczej. Założycielkę i prezeskę CPK Urszulę Nowakowską, prawniczkę i społecznicę odznaczoną m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, dziś określa się mianem „mobberki”, „osoby słabej psychicznie i aksjologicznie”, a nawet „wyzyskiwaczki”. Wygląda to tak, jakby pojawił się polski, feministyczny odpowiednik Matki Teresy – wielkiej postaci, społecznicy, która pod maską skrywa jakąś przedziwną niezdolność do empatii graniczącą z okrucieństwem. Istniejące od 1994 r. Centrum Praw Kobiet porównuje się zaś w mediach społecznościowych do osławionych „januszexów biznesu”, tylko że w trzecim sektorze.

CPK. Za albo przeciw

Wymiarów skandalu jest wiele. Do ponurego obrazu samej organizacji dochodzi wielkie pytanie o szersze środowisko. Centrum Praw Kobiet to filar polskiego feminizmu i niemal każda aktywistka prędzej czy później jakoś się o nie ocierała. W październiku 2016 r. sama zapraszałam Urszulę Nowakowską na scenę podczas demonstracji warszawskiego OSK – w tamtych tygodniach wyszło na jaw, że minister Ziobro odmówił dalszego wspierania działalności CPK z funduszy resortu sprawiedliwości, powołując się na rzekomą dyskryminację… mężczyzn, gdyż organizacja adresowała pomoc tylko do kobiet.

Zresztą solidarność środowiska i nagłaśnianie tematu pomogły i od tej pory CPK z sukcesem utrzymuje się z darowizn indywidualnych i od biznesu, z 1 proc. czy środków od międzynarodowych organizacji pozarządowych. O tym, że atmosfera w organizacji nie jest najlepsza, współpraca bywa „trudna”, a wynagrodzenia „mają zwyczaj” się spóźniać, rozmawiało się dość często, jednak bez konkretów. Te ujawniły dopiero wspomniane artykuły. Być może za mało drążyłyśmy, przyjmując, że praca z przetrwankami przemocy jest po prostu ciężka, więc widocznie ciężka musi być też towarzysząca jej atmosfera. Poza tym, zwłaszcza od czasu przejęcia władzy przez PiS, zapanowało przekonanie, że wszelkie „pranie brudów” mogłoby zaszkodzić sprawie; że albo jest się za, albo przeciw.

Lata 90. kontratakują

Centrum Praw Kobiet nie jest najstarszą polską organizacją feministyczną, ale z pewnością należy do najstarszej dziesiątki spośród nadal istniejących, obok Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, fundacji Pro Femina, krakowskiej eFKi czy nieaktywnego już Polskiego Stowarzyszenia Feministycznego. Wiele z tych organizacji w latach 90. otrzymywało spore darowizny z takich źródeł jak German Marshall Fund (chwali się tym na stronie CPK), Fundacja Forda, przedakcesyjne fundusze europejskie PHARE, Fundusze Norweskie itd. Kluczowe, że tak jak firmy zakładane w latach 90., tak i organizacje nie miały żadnych wzorców poza lukrowaną eksportową wersją późnego kapitalizmu spod wezwania Reagana i Thatcher.

Głównym doświadczeniem zawodowym Urszuli Nowakowskiej sprzed założenia CPK były staże zawodowe w USA w organizacjach pozarządowych i Kongresie. Odbywała je mniej więcej w tych samych latach, kiedy inna stażystka o polsko brzmiącym nazwisku Monica Lewinsky została praktycznie zlinczowana przez opinię publiczną za „romans” z Billem Clintonem, który dziś byłby uznany za molestowanie, nadużycie władzy, moralny upadek prezydenta i totalne #MeToo. Podobna przepaść w stosunku do naszej dzisiejszej wrażliwości charakteryzowała polskie prawodawstwo – nie było zapisów o molestowaniu, dyskryminacji, a przemoc domowa sprowadzała się według kodeksu karnego do znęcania.

W tym wszystkim na scenie pojawia się Nowakowska z misją, pieniędzmi na trzy lata działalności i bez realnego doświadczenia (wszystko to można wyczytać na stronie www.cpk.org.pl w zakładce „Historia”). CPK dość szybko stało się przede wszystkim centrum myśli prawnej i zdobyło markę jako organizacja pomocowa. Jak niemal wszystkie tego typu organizacje zmagało się z permanentnym brakiem środków i wciąż rosnącą skalą zgłoszeń po pomoc.

Tak samo jak firmy zakładane w tym okresie NGO-sy nie miały skąd brać wiedzy o zarządzaniu, zasobach ludzkich, zrównoważonym rozwoju. Powszechnie uważano, że zarządzanie ludźmi oznacza wyciskanie ich możliwości do ostatniej kropli – alternatywą był tzw. Homo sovieticus (człowiek bierny, leniwy i niezidentyfikowany z wykonywaną pracą) i kojarzony z PRL marazm. Firma stawała się czymś pomiędzy folwarkiem, z szefem jako ekonomem, a rodziną, z niezdrowym brakiem granic pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym.

Dziś na tamten styl zarządzania mówi się „janusze biznesu”, nie bardzo zdając sobie sprawę, że w organizacjach pozarządowych trudno było przecież o inne wzorce, a w dodatku wysiłek ten uzasadniano wyższymi wartościami, które przecież aktywistki przychodziły realizować. Patrycja Wieczorkiewicz, publicystka, była już pracownica CPK, nazwała takie organizacje „urszulexami”. Tylko że to był systemowy, powszechny i niewidzialny wyzysk. Bezpardonowe wykorzystanie odruchu pomocowego było ukrytym wymiarem traumy terapii szokowej. Państwo odkryło, że istnieją ludzie, którzy uważają pomoc innym za obowiązek i odruch serca. Po co więc im płacić, skoro tak czy inaczej będą to robić? A że kolejne osoby odpadały, wpadały w depresję, pogłębiały się problemy psychiczne? Nic nie szkodzi, przyjdą następne.

Siostry, murem!

Trzeci sektor powoli się cywilizował, a razem z nim organizacje feministyczne. Warto jednak pamiętać, że tematy kobiece miały swoją specyfikę. Polski trzeci sektor od początku kojarzony był z organizacjami przykościelnymi, charytatywnymi, pomaganiem osobom chorującym, młodzieży. Rozwijał się prężnie, ale pod warunkiem, że pozostawał „apolityczny”, to znaczy nie kwestionował status quo i nie zawracał głowy władzy. Tylko że układny to feminizm nigdy nie był. Organizacje nawigowały jak mogły, jednak w warunkach systemowej podejrzliwości długo standardem była praca od projektu do projektu, bez szans na stabilny, dający się zaplanować rozwój. Coś takiego jak „kapitał żelazny”, na który zwracały uwagę w cytowanym przez poznańską „Wyborczą” oświadczeniu dla mediów Urszula Nowakowska i Grażyna Bartosińska, długo pozostawało w sferze kompletnej abstrakcji. W takich warunkach środowiskowa solidarność była nie tylko odruchem serca, ale i przetrwania. I to niestety okazało się problemem samym w sobie.

Właśnie ta solidarność kazała nam bowiem zwierać szyki, zagryzać zęby i nie przyglądać się za dokładnie, co działo się w siostrzanych organizacjach – żeby nie zaszkodzić sprawie. Nawet jeśli coś słyszano o nieprawidłowościach, natychmiast pojawiało się pytanie, co „druga strona” zrobi z tym politycznie. Taką lojalność łatwo przechwycić i wykorzystać; w imię bezpieczeństwa sprawy samo środowisko ucisza sygnalistki, a skandale zamiata pod dywan. I rzeczywiście we wspomnianym oświadczeniu dla mediów czytamy: „Publikowanie niepotwierdzonych informacji bez znajomości wyników audytu oraz prac komisji może doprowadzić do zniszczenia organizacji i pozbawi tysiące kobiet pomocy. Ponadto w obecnym klimacie politycznym upublicznianie niepotwierdzonych konfliktów w progresywnych organizacjach kobiecych stanie się przysłowiową wodą na młyn dla ich przeciwników”.

Konieczność jednomyślności to wielki terror i trudno się z niej wyzwolić. Monika Młynarczyk z OZZ IP w Centrum Praw Kobiet na falach TOK FM mówiła: „Chcemy rozliczenia ze zmowy milczenia. Wiele byłyśmy w stanie poświęcić, żeby pomagać, dla wartości i ideałów. A prezeska korzystała z darmowej pracy”. Rozliczenie ze zmowy milczenia to słuszny i ważny postulat, jednak warto, by rozliczanie „starej gwardii” nie zamieniło się w kolejne „kto nie jest z nami, jest przeciwko nam” – przecież to na tej nucie tak długo grała prezeska!

Tymczasem to „stara gwardia” wprowadzała do kodeksów i debaty publicznej takie pojęcia jak mobbing, molestowanie, a nawet przemoc ekonomiczna – jak na ironię była to w ostatnich latach flagowa kwestia podnoszona przez Urszulę Nowakowską, która wskazywała, że przemoc ekonomiczna, ważna i przez wszystkie przypadki odmieniania w konwencji stambulskiej, kompletnie wymyka się polskim przepisom antyprzemocowym.

Dziś pojawia się pytanie, czy polski kodeks pracy, nadal dość dziurawy (reforma pod kątem pracy zdalnej i równowagi życia zawodowego i prywatnego to jeden ze wskazanych przez Komisję Europejską „kamieni milowych” w KPO), oraz polskie sądy pracy poradzą sobie z przypadkami przemocy ekonomicznej nie w rodzinie, a w organizacji, która nosi wszelkie znamiona dysfunkcyjnej rodziny.

Czy polski feminizm przetrwa?

Na pytanie, czy polski feminizm przetrwa przerwane milczenie wokół Centrum Praw Kobiet, odpowiedź jest zdecydowanie pozytywna. Joanna Piotrowska z Feminoteki pisze mi: „Widzę to tak: musiało wejść nowe pokolenie, już z inną wiedzą i świadomością, by umieć zawalczyć o siebie. Wspaniale, że robią to razem jako związek zawodowy, a nie indywidualnie. Co paradoksalne, z wiedzą i świadomością, o które walczyłyśmy, którą przekazywałyśmy i w które zostały wyposażone również przez CPK. Chyba jest na to nawet jakieś przysłowie...”.

Jednocześnie trzeba sobie jasno powiedzieć, że to pokolenie starszych aktywistek, ta „stara gwardia”, którą dziś chcemy rozliczać, stawała w kilka, kilkanaście osób w pierwszych protestach przeciwko zaostrzeniu przepisów aborcyjnych, wywalczyła zmiany w kodeksie pracy i w kodeksie karnym, lobbowała na forach międzynarodowych, utrzymała na wokandzie prawa kobiet za pierwszego i drugiego PiS. Zmiana pokoleniowa nie dzieje się sama, ale zanim kropla wydrąży i powali skałę, często nawet nie widać, że spada. Ewolucja standardów i kultury pracy dziś wydaje się czymś naturalnym, a nie pamiętamy, ile determinacji, dzielności i zaangażowania wymagało samo nazywanie się feministką w czasach, gdy połowa społeczeństwa chodziła do kościoła słuchać, że feministki to „morderczynie dzieci”, a biskupi proponowali, by traktować nas „kwasem solnym”.

Wszystkie i wszyscy wychowywaliśmy się w przemocowym społeczeństwie i to wysiłki feministycznych organizacji stopniowo pozwalały to nazywać, zmieniać i leczyć. Oczywiście o niektórych z nich można dziś powiedzieć: „lekarzu, lecz się sam”. Ale gdyby nie te pierwsze organizacje, nawet nie przyszłoby nam do głowy, że coś jest chore.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Kaczyński się pozbierał, złapał cugle, zagrożenie nie minęło. Czy PiS jeszcze wróci do władzy?

Mamy już niezagrożoną demokrację, ze zwyczajowymi sporami i krytyką władzy, czy nadal obowiązuje stan nadzwyczajny? Trwa właśnie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, debata na ten temat, a wynik wyborów samorządowych stał się ważnym argumentem.

Mariusz Janicki
09.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną