Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Podwyżki nauczycieli. PiS robi problemy, samorządy bezradne, a bieda w szkołach coraz większa

Szóstoklasiści z Olsztyna. Szóstoklasiści z Olsztyna. Robert Robaszewski / Agencja Wyborcza.pl
Pisowski rząd podniósł nauczycielom wynagrodzenia, a nie przekazał na ten cel pieniędzy do budżetów miast. Gorzej sprawy podwyżek dla nauczycieli nie można było rozegrać. PiS celowo stwarza te problemy, gdyż dobrze wie, że opozycja będzie bezradna.

Temat nowej podwyżki pensji dla nauczycieli wałkowany był od końca wakacji ubiegłego roku (poprzednia podwyżka była w maju 2022 i wyniosła 4,4 proc.). Wtedy jednak PiS argumentował, że kolejnego wzrostu wynagrodzeń nie przewidziano w budżecie, trzeba więc poczekać do roku 2023. Przemysław Czarnek obiecał, że będzie to wzrost o 9 proc. od 1 stycznia 2023, bez względu na stopień awansu zawodowego.

Kiedy jednak w styczniu rząd zaczął przymierzać się do nowego budżetu, obiecana podwyżka zmalała. PiS postanowił podnieść wynagrodzenia całej sfery budżetowej, w tym także nauczycielom, o 7,8 proc. ZNP zabiegał o rozmowę z ministrem edukacji i nauki, gdyż chciał wynegocjować wyższe stawki, niczego jednak nie wskórał. Związkowcy dowiedzieli się, że nauczyciele nie zostaną potraktowani ani lepiej, ani gorzej niż pozostali pracownicy budżetówki. Podwyżki zostały wpisane do ustawy budżetowej, którą Sejm uchwalił pod koniec stycznia, a prezydent podpisał 2 lutego br. Wtedy było już jasne, że wynagrodzenia nauczycieli wzrosną o 7,8 proc. (Sejm odrzucił poprawkę Senatu, zdominowanego przez opozycję, zgodnie z którą pensje nauczycieli miałyby być wyższe o 25,3 proc.).

Na kogo teraz głosować?

Przemysław Czarnek rozporządzenie o nowych stawkach wynagrodzeń podpisał pod koniec lutego, co spowodowało, że wypłaty dla nauczycieli opóźniły się o prawie miesiąc. Mimo to władze samorządowe Łodzi, zdominowane przez opozycję (Platforma i SLD), zdziwiły się, że trzeba nauczycielom wypłacić wyższe wynagrodzenia. Przekonywały opinię publiczną, że w budżecie miasta na rok 2023 nie zaplanowały tego dodatkowego wydatku na rzecz pracowników oświaty. Gdy cała Polska wiedziała, że budżetówka otrzyma podwyżkę o 7,8 proc., w tym także nauczyciele, władze Łodzi ogłosiły, że nie miały o tym bladego pojęcia.

„Głos Nauczycielski” cytuje Małgorzatę Moskwę-Wodnicką, wiceprezydentkę Łodzi, która narzeka, że Czarnek nie negocjował z łódzkim samorządem podwyżek dla nauczycieli („rozporządzenie ministra jest dużym zaskoczeniem”). Można się więc domyślić, że gdyby PiS zdecydował się na takie rozmowy, władze Łodzi zablokowałyby nawet te jakże niewielkie podwyżki wynagrodzeń. Nauczyciele zrozumieli, że gdyby decydowała Platforma Obywatelska oraz SLD (Małgorzata Moskwa-Wodnicka reprezentuje w samorządzie Lewicę), wszyscy pracownicy budżetówki dostaliby podwyżki z wyjątkiem nauczycieli. W pokojach nauczycielskich w Łodzi bardzo mocno wyrażano oburzenie na słowa wiceprezydentki Łodzi. Ludzie otwarcie mówili, że teraz już wiedzą, na kogo mają nie głosować. Na pewno nie na opozycję, która głosami swoich senatorów przyznaje nauczycielom 25,3 proc. podwyżki, a w terenie odmawia nawet tego, co przyznał PiS (7,8 proc.).

Gorzej sprawy podwyżek dla nauczycieli władze Łodzi nie mogły rozegrać. Zupełnie inną kwestią jest fakt, że pisowski rząd podniósł nauczycielom wynagrodzenia, a nie przekazał na ten cel pieniędzy do budżetów miast. O tym jednak należało głośno mówić od początku roku, już na etapie uchwalania budżetu przez Sejm. Czekanie z tym aż do dnia, w którym trzeba przelać nauczycielom pieniądze na konta, i ogłaszanie, że w budżecie miejskim brakuje 17 mln zł w skali roku, to polityczny strzał w stopę. Dlaczego tak późno zareagowano?

Majstersztyk polityczny PiS

To zresztą nie koniec błędów politycznych, które popełnia Platforma i Lewica w Łodzi. Łodzianie dowiedzieli się, że muszą się pogodzić z wstrzymaniem remontów drogowych, gdyż trzeba przesunąć pieniądze z dróg, aby wypłacić podwyżki nauczycielom. Tak oto PiS dokonał majstersztyku politycznego, gdyż nie swoimi rękami zniechęcił nauczycieli do opozycji. Do pedagogów dotarło bowiem, że choć PiS nas gnoi i poniża zarobkami na poziomie najniższej krajowej, to przecież jeszcze gorzej będzie, gdy do władzy dojdzie Platforma i Lewica. Partie te nie wahały się bowiem zrzucić na nauczycieli winy za dziurawe łódzkie drogi. Straszną głupotą było też oburzenie się na Czarnka, że nie negocjował z samorządowcami podwyżek. Wiceprezydentka Łodzi zapewne nie zdawała sobie sprawy, że tymi słowami szkodzi swojej partii i robi dobrze przeciwnikom. Tak oto w roku wyborczym, gdy kampania się coraz bardziej rozkręca, opozycja kopie pod sobą dołki ku uciesze PiS.

To wciąż jednak nie jest koniec bezmyślnej postawy władz samorządowych w Łodzi. Oto nauczyciele pokątnie dowiadują się, że nie otrzymają wynagrodzenia za pracę podczas ustnych egzaminów maturalnych. Władze Łodzi szukają bowiem oszczędności w oświacie, gdyż brakuje im wspomnianych 17 mln zł na nauczycielskie podwyżki. Ponieważ jednak nie można nikomu zlecać pracy bez wynagrodzenia, egzaminy ustne są ustawiane w czasie lekcji (dyrektorom kazano unieważnić poprzednią organizację matur i ustawić ją od nowa). Dzięki temu matura ustna nie obciąży budżetu (nauczyciele zamiast prowadzić swoje lekcje, będą egzaminować). Za pustki w budżecie miasta nie zapłaci więc PiS, choć on jest winny, lecz uczniowie młodszych klas w liceach i technikach, którym przepadną lekcje w czasie matur ustnych (przepadają też w czasie matur pisemnych). Nauczyciele wyjdą na tym na zero (ani nie zarobią na ustnych maturach, ani nie stracą). Stracą wyłącznie dzieci.

Niezmiernie dziwi mnie fakt, że władze Łodzi tak nieporadnie rozwiązują problem braku pieniędzy na wyższe wynagrodzenia dla nauczycieli oraz na ustne matury. PiS celowo stwarza te problemy, gdyż dobrze wie, że opozycja będzie bezradna. Platforma i Lewica czekały z reakcją na dziurę w budżecie do ostatniej chwili, wręcz pozwoliły, aby PiS włożył im rękę do nocnika. Jak to możliwe, że dopiero w marcu zorientowały się, iż brakuje pieniędzy na podwyżki przyznane nauczycielom ponad miesiąc wcześniej przez Sejm? To bardzo źle świadczy o opozycji, gdyż dowodzi, że kompletnie nie ma pomysłu na oświatę i daje się wodzić pisowcom za nos. Choć nauczyciele podczas strajku w roku 2019 zrazili się do partii rządzącej, nadzieję więc mieli w opozycji, jednak opozycja tej sympatii nie potrafi wykorzystać. W Łodzi czujemy, że w kwestii wynagrodzeń Platforma i SLD dały nam porządnego kopa w tyłek. Rozumiemy, że dla opozycji jesteśmy jeszcze bardziej niechcianym dzieckiem niż dla PiS. Te partie, nawet gdyby doszły do władzy, nie podwyższą nam pensji.

Władze samorządowe udają głupa

Można zrozumieć, że w budżecie miasta nie ma pieniędzy na podwyżki dla nauczycieli. Nie było ich jednak także w lutym oraz w styczniu. Należało więc o tym głośno krzyczeć w tym samym czasie, kiedy Sejm uchwalał budżet na rok 2023, a nie dopiero teraz. No i jak to możliwe, że dla pozostałych pracowników sfery budżetowej podwyżki zostały zaplanowane w budżecie Łodzi, a tylko dla nauczycieli nie? Mam nieodparte wrażenie, że władze samorządowe udają głupa, gdy tłumaczą, że nie przewidziały wzrostu wynagrodzeń dla pedagogów. A już kompletnym idiotyzmem jest zarzut, iż Czarnek nie negocjował z samorządowcami wzrostu wynagrodzeń dla belfrów. Ten kretynizm polityczny przedstawicielki Lewicy zapewne pisowskiego ministra rozśmieszył do łez. Platforma i SLD bezmyślnie połknęły haczyk, który został na nich zarzucony przez PiS.

A przecież można było zupełnie inaczej rozwiązać ten problem. Przede wszystkim trzeba było zareagować znacznie wcześniej (w styczniu, a nie w marcu) na to, że rząd przerzuca na samorządy obowiązek znalezienia środków na podwyżki wynagrodzeń. W żadnym wypadku zaś nie wolno antagonizować społeczeństwa (np. ogłaszając, że przez nauczycieli inwestycje drogowe w mieście nie zostaną dokończone). Władze samorządowe w Łodzi zatańczyły tak, jak im zagrał PiS. Dały się zrobić w konia, że aż miło. Cudnie, po prostu cudnie. Niestety największą ofiarą tej obrzydliwej gry politycznej między rządem a opozycją wcale nie są nauczyciele, lecz młodzież. My swoje podwyżki dostaniemy, samorządowcy też swoje od rządu w końcu wyszarpią (być może na drodze sądowej), natomiast uczniom i uczennicom nikt nie zrekompensuje straty odwołanych lekcji. Jedną czy dwie lekcje można by przeboleć, ale to idzie w dziesiątki i setki straconych godzin.

PiS zrobił to dzieciom, a opozycja nie potrafi się temu przeciwstawić. Jedna partia warta drugiej, a efektem tej brudnej gry jest edukacyjna nędza. Bieda w szkołach coraz większa, a na drogach dziury. A to przecież dopiero początek kampanii wyborczej. Strach pomyśleć, co czeka oświatę dalej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czy człowiek mordujący psa zasługuje na karę śmierci? Daniela zabili, ciało zostawili w lesie

Justyna długo nie przyznawała się do winy. W swoim świecie sama była sądem, we własnym przekonaniu wymierzyła sprawiedliwą sprawiedliwość – życie za życie.

Marcin Kołodziejczyk
13.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną