Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Jak wybrać podstawówkę dla dziecka i czy w ogóle warto się nad tym zastanawiać?

Zajęcia w jednej z krakowskich podstawówek Zajęcia w jednej z krakowskich podstawówek Adrianna Bochenek / Agencja Wyborcza.pl
Doświadczenia ostatnich 20 lat uczą, że jedyne, czego można być pewnym, jeśli chodzi o oświatę w Polsce, to jej nieprzewidywalność.

Interesujesz się edukacją? Warto zajrzeć na „Naszą szkołę”, nową stronę poświęconą tej tematyce. I posłuchać naszego nowego podkastu edukacyjnego.

Janowi i Annie na namysł został jeszcze jeden dzień. W Warszawie 20 marca o godz. 20 mija czas, by w systemie elektronicznym wybrać szkołę publiczną, do której chciałoby się wysłać swoje dziecko. – Mamy osiedlową podstawówkę pod domem, ale nie jestem przekonany, czy to dobre miejsce. Mieszkamy na blokowisku. Przechodząc, słyszę, jak uczniowie przeklinają na boisku. Niezbyt dobrze też ta szkoła wypada w rankingach. Z drugiej strony, zniechęca mnie myśl o dojazdach do innej podstawówki, zwłaszcza że przecież nie mamy pewności, jaka tam będzie codzienność – mówi Jan.

Czytaj też: Zakaz smartfonów w szkołach? Prościej wysłać uczniów w kosmos. Robi się groźnie

Do kiedy czas? To zależy od samorządu

Zgodnie z przepisami dzieci w Polsce z urzędu przyjmowane są do szkół podstawowych obwodowych według adresu zamieszkania. Mogą też uczyć się w szkole poza obwodem w tej samej lub innej dzielnicy, jeśli rodzice złożą wniosek do dyrektora, a on będzie miał możliwość przyjęcia dodatkowego ucznia (zważywszy na liczebność ostatnich roczników siedmiolatków, zazwyczaj ma).

Czas na dopełnienie formalności mocno różni się w zależności od samorządu. W niektórych miejscach skończył się już w lutym, w innych, np. w Krakowie, apogeum ruchu przypada teraz – składać dokumenty można do 29 marca. W jeszcze innych, takich jak Poznań czy Łódź, aplikowanie dopiero się zacznie (odpowiednio w kwietniu i w maju). Dla porządku dodajmy, że rekrutacja do większości niepublicznych podstawówek na kolejny rok szkolny zakończyła się już dawno – np. w styczniu albo nawet we wrześniu.

Pytania o to, do jakiej szkoły z dzieckiem się kierować, opiekunowie kolejnych roczników przyszłych uczniów zadają sobie mniej więcej od dwóch dekad, gdy do Polek i Polaków na szerszą skalę dotarło, że edukacja może być przestrzenią wyboru. Każdy chce, żeby jego dziecko mogło uczyć się w jak najlepszych warunkach (choć bywa to bardzo różnie rozumiane), podczas gdy okoliczności nieustająco – i też na różne sposoby – pozostają trudne. Jaki jest więc sens tych pytań i rozbudowanych analiz?

Czytaj też: Uczniów ubywa, pieniędzy brak. Samorządy biją na alarm

Czy warto się zastanawiać nad szkołą?

Bo doświadczenia ostatnich 20 lat uczą, że jedyne, czego można być pewnym, jeśli chodzi o oświatę w Polsce, to jej nieprzewidywalność (niezależnie od tego, jak mocno wierzymy w rysującą się właśnie możliwość zmiany). Brzmi to niezwykle gorzko – ale jeśli odłożyć oceny i emocje, takie właśnie wnioski płyną z faktów. Przez ostatnie dwie dekady po kilka razy dość zasadniczo i radykalnie zmieniano pomysły i przepisy dotyczące tego, kto, w jakim wieku i na jak długo ma iść do szkoły podstawowej, czego powinien się w niej uczyć i co powinno z tego wyniknąć – w szczególności gdzie ma uczyć się dalej i czy w ogóle musi to robić. Bardzo wiele decyzji o tym, gdzie syn czy córka mają zacząć naukę, podejmowano w okolicznościach zgoła innych niż te, w których dziecku przyszło ją kończyć.

Bezpośredni skutek był taki, że w wątpliwościach na lata pogrążali się sami rodzice. – Wysłałam najpierw syna, a potem córkę do podstawówki dwie dzielnice dalej, bo naszą rejonową szkołę kompletnie przeorało wydłużenie do ośmiu klas powiązane z likwidacją gimnazjów. Zapanował chaos, tłok, nauka na zmiany, a z czasem upolitycznienie. Rok w rok skrupulatnie świętowano Dni Żołnierzy Wyklętych i fetowano wizyty pani prezydentowej Agaty Dudy – opowiada Renata z Warszawy.

Przemeldowała dzieci do mieszkania mamy, naprzeciwko której też jest szkoła – bardziej kameralna i z otwartym, postępowym dyrektorem. Dzień w dzień od ośmiu lat wożą dzieci – po 40 min rano i blisko godzinę popołudniu z powrotem w korkach, choć z tej dzielnicowej szkoły syn dawno mógłby wracać sam piechotą. Wstają chwilę po szóstej, żeby zdążyć na ósmą – chyba że nauka zaczyna się później, bo i do tamtej „kameralnej” podstawówki dotarła w końcu zmianowość. Po drodze zmienił się też dyrektor i nowy również organizuje Dni Żołnierzy Wyklętych. Renata, stojąc w korkach, do dziś czasem zastanawia się, po co było to całe zamieszanie.

Posłuchaj podkastu „Polityki”: Podstawę programową trzeba pacyfikować przebiegle i sprytnie

Osiedlowa szkoła jest OK? I co z rankingami?

Czy to znaczy, że najlepszą postawą jest fatalizm, poniechanie refleksji i zdanie się na zrządzenie losu? Z pewnej perspektywy – owszem. W świetle licznych naukowych analiz obawa, że dziecko coś straci, np. przez to, że w szkole zetknie się z rówieśnikami ze słabiej wykształconych rodzin, gorzej sytuowanych czy o innych wartościach, jest nieuzasadniona. Jak kilka lat temu podkreślał na łamach „Polityki” prof. Przemysław Sadura, wszystkie badania, jakie przeprowadzono przez ostatnie pół wieku, pokazują, że w grupach o zróżnicowanym poziomie kompetencji dzieci lepiej rozwinięte nic nie tracą, natomiast te mniej uprzywilejowane – zyskują.

Dla obydwu grup bardzo rozwijające jest doświadczenie różnorodności oraz trening w życiu i współpracy z innymi – i mniej, i bardziej mądrymi, chodzącymi na różne zajęcia, czytającymi dobre książki albo słuchającymi złej muzyki (lub dobrej). Badacze potwierdzili też znaczenie intuicyjnie zrozumiałej zależności, że właśnie dzielnicowa czy osiedlowa szkoła daje największe realne szanse na znalezienie przyjaciół koło domu – jeśli już nie z podwórka, to przynajmniej z pobliskiej ulicy.

Jest jeszcze wątek rankingów. Z jednej strony coraz szerzej odrzucanych jako miernik nie tych wartości, na których współczesnym szkołom i rodzinom „powinno” zależeć, z drugiej strony – wciąż funkcjonujących jako swoista twarda, obiektywna i łatwa do pozyskania informacja o jakości szkoły. Kłopot w tym, że i tu nie wiadomo, czy faktycznie mówią one o jakości jej pracy.

W polskich warunkach nie przebił się szerzej dużo bardziej rzetelny miernik edukacyjnej wartości dodanej – czyli tego, jaki faktycznie wkład w rozwój uczniów i ich rezultaty na egzaminach wniosła szkoła – a nie np. fakt, że po prostu w wyniku surowej selekcji przyjęto do niej wyłącznie dzieci wybitnie zdolne. Niewątpliwie zabieranie potencjalnie dobrych uczniów ze szkół przeciętnych do elitarnych – publicznych czy niepublicznych – sprawia, że te przeciętne stają się coraz słabsze.

Czytaj też: Prof. Nowak z prawicą grają larum nad zmianami w edukacji. Uporządkujmy fakty

W chaosie liczą się jednostki

Oczywiście jest pytanie, na ile taka argumentacja może trafić do rodzica, który nie chce, żeby inni uczniowie przeklinali nad głową jego dziecka ani – tym bardziej – stosowali przemoc lub powszechnie wagarowali. Rodzica, który chce, żeby dziecko po prostu było w szkole bezpieczne. Tu zastosowanie ma stara znana prawda – w systemie, który nie jest uporządkowany – a system oświaty, niestety, wciąż nie jest – rzeczywistość zależy od jednostek, czyli od ludzi. Od tego, jaka dziecku przytrafi się wychowawczyni.

Jeśli w trakcie spotkań rekrutacyjnych, na podstawie opowieści rodziców starszych uczniów czy innych doświadczeń ujawnia się nauczycielka budząca zaufanie, życzliwa i komunikatywna, warto uwzględnić ten właśnie znak. Dołożyć starań, by syn czy córka trafili do jej klasy (zazwyczaj na dalszych etapach składania dokumentów w szkołach jest możliwość rozmowy o tym w sekretariacie). I życzyć wychowawczyni dużo zdrowia i sił.

Czyta też: Prace domowe, dlaczego budzą tyle emocji. Nie trzeba ich zakazywać, żeby miały sens

A sobie – i innym rodzicom, nauczycielom i dzieciom – tego, żeby władzom możliwie szybko udało się wprowadzić ład w system oświaty. Tak by rodzice, pozostawiając dziecko w szkole obwodowej lub decydując się na rekrutację do placówki niepublicznej albo publicznej spoza rejonu, przynajmniej z grubsza wiedzieli, między jakimi wartościami i jaką rzeczywistością jest to wybór.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Dlaczego książki drożeją, a księgarnie upadają? Na rynku dzieje się coś dziwnego

Co trzy dni znika w Polsce jedna księgarnia. Rynek wydawniczy to materiał na poczytny thriller.

Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
18.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną