Widok na ścianę
Polskie zen, czyli moda na medytację. Wystarczy 20 minut. I nie chodzi o to, żeby przestać myśleć
Spotkanie w sandze, czyli grupie wspólnie medytujących, dla podejmujących postanowienia noworoczne. Piętro kamienicy w centrum miasta, herbata i ciasteczka. Rozmowy i śmiechy. Miło. Pierwsza próbka medytacji – tylko tyle, żeby posmakować, góra 20 minut, żeby nikogo nie wystraszyć, plus drobne instrukcje. Na przykład ta, że w medytacji nie chodzi o to, żeby przestać myśleć. Wystarczy, że potraktuje się tę myśl jak chmurę płynącą po niebie. Wspólne wejście do zendo, czyli miejsca medytacji: na sali w większości 18–20-latkowie, ale widać też bardzo dojrzałe twarze. Dwie panie z uniwersytetu trzeciego wieku obawiają się, czy fizycznie dadzą radę usiąść na tych poduszkach. Wysportowana kobieta około sześćdziesiątki nieśmiało się rozgląda. Nikt z zebranych nie wie jeszcze, co go niebawem czeka. To lepiej.
Coś wreszcie poczuć
Tomasz i Konrad przyjechali, bo czytali o buddyzmie. Tomasz mówi, że to tak, jakby coś ważnego przeczuwał, już to wcześniej wiedział – i wreszcie to znalazł, klarownie wyłożone, w książce „Zen – Świt na Zachodzie”. Pytania, na które odpowiedzi nie dawało ani AI, ani Kościół, nagle ułożyły mu się w spójny system, więc przyjechał. Konrad, na którego półce stoją teraz wszystkie książki przeczytane przez Tomasza, dodaje, że medytacja zawsze go ciekawiła, ale bał się spróbować.
Teresa, pani mniej więcej 60-letnia, mówi, że nie ma żadnych oczekiwań. Dwa miesiące temu przeszła na emeryturę. Koleżanki, nieco starsze emerytki, już zaczęły szukać dla niej i dla siebie tanich połączeń lotniczych. Ale Teresa wie, jak to będzie wyglądało w praktyce: tysiące pomysłów, krzyżujące się oczekiwania, wieczny pośpiech, stres i nerwy. A ona po odchowaniu dzieci i odhaczeniu kariery chce mieć spokój. Wie, że na medytację koleżanki się nie skuszą.