Grubsza sprawa
Otyłość olbrzymia. To nie jest tylko choroba ciała. „Kto je sześć obiadów w jeden dzień, w tym trzy w nocy?”
JULIUSZ ĆWIELUCH: – Pan był gruby czy puszysty?
MICHAŁ BONAROWSKI: – Urodziłem się w 1971 r. W książeczce zdrowia po urodzeniu wpisali mi blisko pięć kilo i że jestem zdrów. Dziś taka liczba już byłaby sygnałem ostrzegawczym dla lekarzy. Kończąc podstawówkę, ważyłem już ponad 80 kg. A w liceum przekroczyłem 100. Odpowiadając na pytanie: byłem otyły od dziecka.
Utyć za późnego Gierka to był jednak wyczyn.
Mam do siebie sporo dystansu, ale jeszcze więcej dystansu mam do robienia sobie żartów z otyłości, bo często to nie jest choroba ciała, ale psychiki. Oczywiście upraszczam, może nawet nieco trywializuję, ale po samym sobie widzę, ile spraw człowiek załatwia sobie jedzeniem, ile kompleksów nim zapycha. A jednocześnie ciągle próbuje się to obrócić w żart, byle się nie skonfrontować z problemem.
Krzysztof Kowalewski zwykł był przy mnie żartować: kto położył ten namiot na fotelu, a nie, czekaj, to moja koszula. Opowiadam to, żeby spuścić trochę powietrza z rozmowy, która ma mały potencjał na lekką.
Nie bronię się przed swobodną rozmową, ale jak masz 9 mln otyłych Polaków, to trudno cokolwiek obracać w żart. A co do Gierka, to może i banany występowały głównie na redzie w Gdańsku, a nie w sklepach w Warszawie czy w Koluszkach. Ale proszę pamiętać, że chowali nas rodzice, którzy czasem sami nie dojadali, a czasem nieśli jeszcze w sobie traumę swoich rodziców, którzy widzieli, jak się umiera z głodu podczas wojny. Co jest istotne, bo temat traumy w otyłości to bardzo ważny wątek. Na dodatek w czasach mojego dzieciństwa jedzeniem ludzie okazywali sobie uczucia, bo często inaczej nie bardzo potrafili. Na sklepowych półkach było pusto, ale o dziecko się dbało. Oczywiście w myśl zasady, że im więcej, tym lepiej.