W Honiatynie czas szaleje
W Honiatynie czas szaleje. Wieś obok Ukrainy jest jak kronika zmieniającego się świata
Przemek Pokrycki, fotograf po łódzkiej filmówce, jest tu urodzony i wszystkich zna. To on wymyślił kronikowanie Honiatyna. Pomysł prosty: co jakieś 10 lat od 2004 r. (wejście Polski do Unii Europejskiej) pokazywać honiatyńską Polskę szczerze i bez upiększeń. Ci sami ludzie portretowani w tych samych miejscach (lub pustka po nich). Cicho przepływające przez czas twarze, domy, zdarzenia, poglądy na wieś i świat poza nią.
Kiedyś wyjdzie z tego dokumentalna epopeja.
Kalendarium przyfrontowej wsi
2026 r. – okna domów wychodzą teraz na geopolitykę. Wojna w Ukrainie; są noce, gdy słychać niedalekie wybuchy. Zdarzyło się to nagle, zagarnęło ludzi, nie dało prawa do prywatnych ucieczek w rodzaju moja chata z kraja, weszło do codziennych rozmów. Ale nie pierwszyzna, Honiatyn zawsze był frontem dla jakiejś wojny.
W 1943 r. nocą przyszli do wsi Ukraińcy rzezać Polaków. W 1944 r. przyszli znowu do leżącego przez miedzę Uhrynowa. Zabili kilkadziesiąt osób. Każdy dom w Honiatynie o tym pamięta i nigdy nie zapomni.
W 1951 r. Stalin ruszył palcem i zjawili się ruscy mierniczy w asyście krasnoarmiejców korygować granice państwowe. Wytyczali je przez środek stodół, przecinali wpół rodziny. Którejś nocy Honiatyn przeniósł po cichu na polską stronę całą stodołę.
W 2004 r. otworzyła się Europa i nagle zniknęły na zachodnich saksach młode chłopaki, nadzieja honiatyńskiej OSP i przyrostu naturalnego. Popsuło im się tam w głowach od ateizmu – uważają teraz rodzice. Do wsi młodzi zjeżdżają na święta jak do rustykalnej kultury i mądrzą się o demokracji.
W 2012 r. wybuchła europejska wojna futbolowa, mistrzostwa organizowały Polska i Ukraina. Była duma, bo z unijnego Honiatyna wjeżdżało się prosto w ukraińskie lata 50. XX w., trzęsąc się na dziurach w asfalcie, płacąc sztrafy w łapę milicjantom.