Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Społeczeństwo

„Nienawidzę kobiet, to silniejsze ode mnie”. Gdy Łomiarz wychodzi na wolność, budzą się demony

Henryk R., pseudonim Łomiarz Henryk R., pseudonim Łomiarz Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Sprawa tzw. Łomiarza uruchamia pytanie stare jak kodeks karny: czy groźnych przestępców można jeszcze kontrolować, gdy formalnie spłacili dług wobec państwa? I czy państwo ma do tego narzędzia, które nie naruszają konstytucji?

We wtorek (28 kwietnia) Henryk R. skończył odbywanie kary dziesięciu lat pozbawienia wolności. Siedział w więzieniu, z przerwami, od 1993 r. „Nienawidzę kobiet, to silniejsze ode mnie. Jak widzę kobietę, to myślę: jest do eliminacji” – mówił policjantom w 2009 r. Był oskarżony o zaatakowanie 29 kobiet na warszawskim Śródmieściu. Pięć z nich zmarło.

Biegli orzekli, że w jego przypadku nadal występuje „bardzo wysokie prawdopodobieństwo popełnienia w przyszłości czynu zabronionego”. Innymi słowy, najpewniej znów zaatakuje. I tu zaczyna się problem: bo prawo mówi jasno – kara została wykonana, więc dalsza izolacja nie wchodzi w grę. A społeczne emocje mówią coś zupełnie innego.

Czytaj także: „Bestia z Sulikowa”. Dawid J. pierwszy raz zabił jako 14-latek

Szatan z Piotrkowa, Bestia z Sulikowa

Skąd pseudonim Łomiarz? R. używał tępego narzędzia, metalowej rurki lub składanej, metalowej sprężyny. Napadał z zaskoczenia, zwykle późnym popołudniem w ciemnych bramach na Placu Zbawiciela i w okolicy, na Puławskiej, w rejonie Madalińskiego, na Marszałkowskiej. Najmłodsza ofiara miała 22 lata, najstarsza 88. Większość stanowiły kobiety w wieku od 46 do 65 lat. Jego poszukiwania prowadziła specjalna grupa operacyjna policji pod kryptonimem „Amnezja” – bo większość ofiar pamiętała niewiele albo nic. Wyrywał im torebki, kradł pieniądze, które przeznaczał na alkohol i drobne wydatki.

Zaczął w marcu 1992 r. Został zatrzymany we wrześniu 1993 r., a potem skazany na 25 lat odsiadki. W apelacji wyrok obniżono do 15 lat.

Reklama