Biznes we krwi
Krew pępowinowa. Skarb czy fikcja? Setki rodziców w Polsce płacą za to od lat. Sprawdzamy rynek
Prokuratorzy dwóch amerykańskich stanów – Teksasu i Arizony – postanowili dobrać się do skóry firmom obiecującym rodzicom nowo narodzonych dzieci medyczne cuda. Na celowniku znalazł się największy w branży prywatny bank krwi pępowinowej Cord Blood Registry z Tucson, któremu zarzucono sprzedawanie marzeń przebranych za medycynę. Według pozwów firma przekonywała przyszłych rodziców, że zamrożona krew pępowinowa może pomóc w leczeniu ponad 80 chorób, a jej przechowywanie jest „jedyną okazją w życiu”.
Rzeczywistość jest mniej spektakularna. Prywatnie przechowywaną krew pępowinową wykorzystuje się bowiem niezwykle rzadko; od 2010 r. w USA zaledwie w kilkunastu przypadkach użyto jej u pacjentów, którzy mieli ją zdeponowaną. Za to jej gromadzenie rozwinęło się w niemały biznes. W prywatnych amerykańskich bankach czekają ponad dwa miliony tzw. jednostek, a system publiczny ma ich setki tysięcy do przeszczepień dla osób niespokrewnionych. Przez lata właśnie ten model był przedstawiany jako wzór solidarności transplantacyjnej.
W Polsce rynek bankowania krwi pępowinowej również istnieje, choć w mniejszej skali. W wyniku konsolidacji na placu pozostał w zasadzie jeden dominujący gracz, Polski Bank Komórek Macierzystych (PBKM), oraz spółka Progenis. Obie firmy mają ogólnokrajowy zasięg, choć laboratorium PBKM znajduje się w Warszawie, a Progenisu – w Krakowie. Na stronie internetowej spółki podkreślono ponad 22 lata działalności, ale brak danych o liczbie przechowywanych próbek.
Z kolei w PBKM, które rozpoczęło działalność w 2002 r. i jest częścią dużej europejskiej grupy FamiCord, zdeponowano ponad milion tkanek popłodowych, z czego 60 proc. stanowi krew pępowinowa z różnych krajów Europy. Wbrew swojej nazwie to również firma prywatna i jeśli chodzi o język, którego używa w reklamach kierowanych do rodziców, jest on łudząco podobny do tego, który w Ameryce wzięli pod lupę prokuratorzy.