Ciszej proszę!
Ciszej proszę! Motocykliści lubią decybele, a mandaty za hałas to rzadkość. Jak z tym walczyć?
Katarzyna od siedmiu lat mieszka na warszawskiej Pradze. Gdy się wprowadzała, myślała, że uliczny hałas nie będzie jej rozpraszać. Jednak od kiedy pracuje zdalnie, nie może się skupić. Od świtu do zmierzchu słychać tramwaje i karetki, ale to motocykle są najgorsze. Wszystkie okna jej mieszkania wychodzą na ruchliwą ulicę.
Katarzyna na tarasie bywa tylko wieczorem, kiedy ruch choć trochę się uspokaja. – Podlewam kwiatki, a potem szybko uciekam, bo i tak nie ma co siedzieć w tych spalinach – mówi. – Przy zamkniętych oknach nie da się spać, bo gorąco, przy otwartych też nie, ponieważ budzi mnie ryk silników – straciła nadzieję na poprawę sytuacji. – W nocy to jest jakaś plaga. Ruszają z piskiem opon i na najwyższych obrotach silnika z rykiem pędzą do kolejnych świateł, a ja leżę w łóżku i zastanawiam się, ile jeszcze godzin zostało do pobudki.
Okolica, w której mieszka, to betonowa pustynia. Między jezdnią a zabudową jest niewiele zieleni, pojedyncze drzewa nie tworzą bariery, która mogłaby choć częściowo ograniczać hałas. Na hałas skarżą się również mieszkańcy w innych częściach Warszawy. – To chyba nie jest normalne, że jakiś motocyklista jedzie sobie z Rembertowa do centrum i wszyscy po drodze muszą słuchać ryku jego silnika – mówi jeden z nich. Nocne przejazdy motocykli są przekleństwem mieszkańców Woli, Śródmieścia, Ochoty czy Mokotowa.
Na lokalnych grupach sąsiedzkich nikogo już specjalnie nie dziwią pytania o dobre zatyczki do uszu dla niemowląt. Pojawiają się także prośby o rady, co zrobić z psem, który w środku nocy zrywa się i zaczyna panicznie szczekać w reakcji na huk silnika. Ludzie wymieniają się sposobami na wygłuszenie okien, śpią przy zamkniętych oknach nawet podczas upałów, piszą skargi i próbują ustalić, gdzie właściwie można zgłosić problem.