Czerwono na zielonym
Lasy społeczne. Czy przyszłe rządy wyrąbią ten pomysł? Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach
Jako pierwszy w wakacje uspołeczniony został las pod Wrocławiem. Symboliczna zmiana – bo zalesionych obszarów ani nie przybyło, ani nie ubyło – sprowadziła się do nadania nowego szyldu. Ale też nowych zasad wyrębu na 11 tys. ha wokół miasta. W przypadku stolicy Dolnego Śląska idzie o miejsca pod wieloma względami wyjątkowe, głównie w dolinie Odry i jej dopływów. – Dziesiąta część pozostanie w ogóle bez wycinki. Na całym obszarze nie będzie rębni zupełnych, czyli dużych otwartych przestrzeni wyciętych do ściółki – wylicza wrocławski przyrodnik Paweł Kisiel. Chronione będzie również to, co szczególnie zachwyca. – Najbardziej wartościowe są fragmenty zdominowane przez ponadstuletnie dęby i jesiony, które często wyrosły spontanicznie. Zachowały bliską naturalnej strukturę – dodaje Paweł Kisiel.
Wie, o czym mówi, bo brał udział w negocjacjach o każdy hektar. W jednym z podwrocławskich nadleśnictw rozmowy trwały do drugiej w nocy. Pozostałe 10 aglomeracji na swoje lasy społeczne jeszcze będzie musiało poczekać, bo Lasy Państwowe najwyraźniej uznały, że najlepszym sposobem na oczekiwaną społecznie zmianę jest jeszcze więcej tego samego.
Rysowanie ostoi
To nowy rozdział – z entuzjazmem ogłosiło Ministerstwo Klimatu i Środowiska. – Chodzi o lasy, które w kluczowych miejscach wokół miast uwzględniają nie tylko potrzeby gospodarki czy konsekwencje zmiany klimatu, lecz także wzmacniają oczekiwania lokalnych mieszkańców – objaśnia Piotr Drygas z podległego ministerstwu Instytutu Ochrony Środowiska, koordynującego proces wyznaczania. Wartością jest więc nie tylko sam kontakt z dziką i zróżnicowaną przyrodą, lecz również danie mieszczuchom szansy na bieganie nie po asfalcie, zbieranie grzybów bez konieczności wielogodzinnej wyprawy czy stworzenie miejsca na bezpieczny wypad na rowerze bez strachu o potrącenie.