In vitro znowu hamuje. Pieniędzy miało wystarczyć, ale pacjentów jest więcej
Rządowy program in vitro miał być jednym z tych rzadkich przypadków, gdy państwo obiecuje pomoc i rzeczywiście jej udziela. I przez pierwszy okres działał zaskakująco dobrze. Teraz jednak w klinikach kończą się pieniądze, pacjenci trafiają do kolejek, a Ministerstwo Zdrowia po raz kolejny dosypuje środków. Tyle że ten sam problem powtarza się już drugi rok z rzędu.
Kto zdąży, ten się leczy
Są w polskiej ochronie zdrowia kolejki, które mają biurokratyczną logikę: człowiek zapisuje się i czeka. Są też takie, których istnienie trudno racjonalnie uzasadnić, bo świadczenie jest finansowane przez państwo, klinika ma lekarzy, pacjent ma wskazania, ale gdzieś po drodze kończy się limit pieniędzy.
Program rządowego finansowania in vitro należy właśnie do tej drugiej kategorii. Jesienią 2026 r. sytuacja zaczęła wyglądać znajomo. Kliniki realizujące program już pod koniec lata informowały, że wykorzystują przyznane im środki, a nowych pacjentów nie mogą już przyjmować albo muszą wpisywać ich na listy oczekujących. W niektórych ośrodkach pieniądze wystarczyły zaledwie do połowy roku, w innych do końca trzeciego kwartału. W ankiecie, którą skonstruowało Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii, 24 placówki (spośród 58) przyznały, że w pewnym zakresie musiały ograniczyć leczenie albo finansować procedury z własnych środków, licząc na późniejszy zwrot.
A przecież po to program został stworzony, żeby pierwsze pytanie, jakie para słyszy w klinice, nie było o pieniądze.
Najpierw była euforia
Program wystartował 1 czerwca 2024 r., po kilkuletniej przerwie w publicznym finansowaniu in vitro. Zainteresowanie było ogromne. – Na starcie zgłaszalność była wyższa, bo wiele par czekało na ten program, gdyż wcześniej po prostu nie było ich stać na to, żeby kontynuować albo rozpocząć leczenie – mówi Marta Górna, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”.