Dzieciństwo na receptę
Dzieci na tabletkach. Zamiast zupy kapsułka i biznes się kręci. Faszerowanie dzieci daje ułudę bezpieczeństwa
Pani Teresa bardzo się ucieszyła, gdy na początku wakacji córka oddała jej pod opiekę pięcioletnią wnuczkę. Od dawna marzyła o tym, by spędzić z nią więcej czasu. Plan był prosty i staroświecki: lody po spacerze, wycieczka do parku, wieczorne czytanie książek i obowiązkowo naleśniki z jagodami. Dziecko miało jednak własny pomysł na pierwszą wspólną wyprawę: „Babciu, pojedźmy do galerii i kupmy sobie duuuużo niezdrowych słodyczy”.
Konspiracyjny szept pięciolatki zabrzmiał jak propozycja napadu na bank. Bo we współczesnym domu kostka czekolady potrafi budzić większy niepokój niż garść tabletek.
Pani Teresa szybko to zrozumiała, kiedy otworzyła kuchenną szafkę i zobaczyła coś, co przypominało bardziej zaplecze niewielkiej apteki niż spiżarnię. Witamina D. Tran z kwasami omega-3. Kilka rodzajów witaminowych żelków mieniących się neonowymi barwami. Lizaki z minerałami. Preparaty na odporność. Syrop „na odporność plus”. Probiotyki. Magnez. Coś na koncentrację i na lepszy sen.
A jednocześnie w domu Marysi słodycze były zakazane, bo to czyste zło. Ryby również – podobno pełne rtęci. Sok? Za dużo cukru. Jogurt? Trzeba sprawdzić skład. Masło? Lepiej nie. Paradoks, który można zamknąć w jednym zdaniu: troszcząc się o swoje dzieci, coraz bardziej boimy się jedzenia, a coraz mniej boimy się kapsułek. Pani Teresa, przejmując opiekę nad wnuczką, miała wrażenie, że w centrum domowej kuchni stoi już nie garnek z zupą, lecz farmaceutyczny ołtarzyk.
Kult odporności
I to nie jest historia o jednej nadgorliwej matce, która śledzi parentingowe grupy na Facebooku. To opowieść o cywilizacyjnej zmianie, która dokonała się niemal niezauważenie. Jeszcze 20 lat temu rodzice zastanawiali się, czy dziecko zjadło w szkole obiad.