Miasto dzików
Dziki problem. One już się nie wyniosą z polskich miast. Było zabawnie, robi się coraz straszniej
Na początku września cztery dorosłe i ósemka maluchów wtargnęły do przedszkola Bajka w Witnicy. Konserwator Jerzy Walczak siedział w swojej kanciapie, gdy usłyszał odgłos racic, a chwilę później krzyki kucharek. – Dobrze, że nie było jeszcze naszych ludzkich dzieci – mówi Elżbieta Kudelska. Jako pomoc przedszkolna z innymi kobietami pomagała Jurkowi, gdy dzika rodzina wkroczyła na plac zabaw: one hałasowały z jednego krańca, on uchylił furtkę przy drugim i nawigowali je za płot. – Jeden samiec był tak potężny, że jak w panice przywalił w ogrodzenie, musiałem prostować metalowe słupki – mówi pan Jerzy.
Dziki idą zebrą
Widok watahy przecinającej osiedlowe uliczki, ryjącej trawniki pod blokami czy spacerującej wzdłuż miejskich promenad, przestał być osobliwością. Zwierzęta wpisały się w tkankę polskich miast w wyniku procesu „synantropizacji i synurbanizacji”, czyli przystosowania do środowiska przekształconego przez człowieka. Populacja dzików w obwodach leśnych i rolnych w ciągu ostatniej dekady spadła (według GUS) z 265 tys. do 60 tys. sztuk – głównie w wyniku odstrzału w walce z afrykańskim pomorem świń (ASF). W miastach trend jest odwrotny: liczba zwierząt gwałtownie rośnie. Stały się pełnoskalowym wyzwaniem z zakresu bezpieczeństwa, gospodarki komunalnej i ochrony środowiska.
– Witnicę ryją po całości – mówi Agnieszka Piwkowska, mieszkanka tego 6-tysięcznego miasteczka w Lubuskiem. Pokazuje wybebeszony klomb przy reprezentacyjnym pałacu ślubów. Po drugiej stronie ul. Sikorskiego dziki przeorały trawnik. Przy Pocztowej też – wzdłuż barierek przy jezdni i na podwórku, gdzie nie ostał się nawet kawałek nienaruszonej zieleni. Wszystko w centrum miejscowości, jednej nocy w połowie października.