Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Sport

Mundial w Arabii Saudyjskiej? Po Katarze to już żadna różnica. I tylko kibiców żal

Mohammed bin Salman i szef FIFA Gianni Infantino podczas szczytu G20 na Bali, 15 listopada 2022 r. Mohammed bin Salman i szef FIFA Gianni Infantino podczas szczytu G20 na Bali, 15 listopada 2022 r. Balkis Press / ABACA / Forum
Saudowie zamierzają ubiegać się o tytuł gospodarza mistrzostw świata w 2030 r. w partnerstwie z Egiptem i Grecją. I pewnie się uda, bo poważnych konkurentów brak, a organizacji, jaką jest FIFA, łamanie praw człowieka najwyraźniej nie przeszkadza.

Kiedy kibicom, przynajmniej tym minimalnie zaangażowanym politycznie, wydaje się, że światowa federacja nie może już upaść niżej w służalczości wobec bliskowschodnich autokracji, ta z uporem pokazuje, że ma jeszcze spory potencjał. Samo przyznanie organizacji mundialu katarskiemu reżimowi, znanemu z niewolniczych metod rządzenia i systemowego łamania praw człowieka, wywołało falę oburzenia, choć czysto symbolicznego. Nikt nie zdecydował się zbojkotować imprezy, a protesty, jak zamiana logotypu sponsora technicznego reprezentacji Danii na niewidoczny znak wodny czy wykonany przez niemieckich piłkarzy gest zamykania ust, należy odnotować tylko z kronikarskiego obowiązku. W praktyce nic nie znaczą, a piłkarski świat ulega kolejnym szantażom religijnych fundamentalistów, sponsorów spektaklu ważnego zwłaszcza – no właśnie – dla Europy. Już w Katarze emirowie wymusili na FIFA zakaz sprzedaży alkoholu w czasie rozgrywek, a federacja dorzuciła żółte kartki za noszenie wspierającej ruchy LGBT+ opaski „One Love”. Europejskie reprezentacje pokornie podkuliły ogon, Harry Kane i Manuel Neuer nie zaryzykowali dobra drużyny.

Teraz Katar, potem Arabia Saudyjska?

Co dalej? Przed nami jeszcze trzy tygodnie mundialu, sporo się może jeszcze wydarzyć, ale z szumnie zapowiadanych protestów politycznych nic nie wyjdzie, raczej będziemy oglądać kolejne odcinki płaszczenia się FIFA przed emirami. W dłuższej perspektywie może to umocnić trend sprzedawania prawa do organizacji największej obok letniej olimpiady imprezy sportowej innym autokracjom. Demokracje się nie palą, a w Zatoce Perskiej płacą chętnie.

O organizację mundialu w 2030 r. będzie się więc ubiegać Arabia Saudyjska, dominująca w regionie, znająca metody tzw. sportwashingu, tj. poprawiania sobie wizerunku poprzez imprezy sportowe. Aż dziw, że Saudowie dali się Katarczykom wyprzedzić w goszczeniu pierwszego mundialu na ziemi arabskiej. To ważne również z politycznego punktu widzenia; kraje ostatnio mają raczej napięte relacje, a w najlepszym okresie zachowywały powściągliwość.

Katarczycy i Saudowie niegdyś byli sojusznikami, bo też nie mieli o co się spierać. Problemy zaczęły się w drugiej połowie lat 90., kiedy coraz bogatszy Katar wyraził ambicje wykraczające poza Zatokę Perską. Chciał być liderem rozwoju na modłę zachodnią, choć oczywiście tylko w kwestiach gospodarczych. Prawa człowieka, idee demokracji liberalnej nikogo w Dausze nie interesowały. Katarczycy kreowali swój wizerunek z pomocą otwartej w 1996 r. stacji Al-Dżazira, która wbrew pozorom nigdy nie miała być przeciwwagą dla CNN, BBC czy innych zachodnich mediów. Chodziło o soft power. Najpierw było miło, ale stacja z czasem stała się niezależna i krytyczna dla saudyjskej monarchii.

Czytaj też: Po co nam mundial

Najmniej liczy się sport

Przez chwilę było jeszcze różowo: Katarczycy dorzucili tysiąc żołnierzy do saudyjskiej interwencji zbrojnej w Jemenie, ale w 2017 r. relacje obu krajów zawaliły się całkowicie. Saudyjczycy dostrzegli w Dausze schronienie dla różnej maści islamskich radykalizmów, które ich zdaniem zagrażały stabilności regionu. Czyli dominacji Arabii Saudyjskiej. Goliat zaczął więc dusić Dawida, bo takie są mniej więcej proporcje sił wojskowych obu krajów. Rijad zamknął drogę lotniczą do Kataru i przekonał do tego swoich sojuszników – Egipt, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Dla Katarczyków to był spory cios, lotnisko to ich perła w koronie, jeden z najważniejszych portów przesiadkowych na świecie, odcięcie go od sporej części klientów uderzyło i po kieszeni, i w prestiż. Izolacja trwała dwa lata, a w jej tle pobrzmiewała piłka nożna – Saudyjczycy zapowiadali bojkot rozgrywanego w Katarze Pucharu Zatoki Perskiej. Ostatecznie do rozgrywek przystąpili, weszli nawet do finału – przegrali z Bahrajnem 1:0.

Ta może nieco przydługa uwertura geopolityczna jest potrzebna, by zrozumieć jedną z głównych motywacji saudyjskiej kandydatury. Nie chodzi tu tylko o impakt globalny. Może nawet większe znaczenie ma kwestia prymatu w regionie. Innymi słowy, organizacja mistrzostw w piłce nożnej na naszych oczach sprowadza się do rywalizacji obrzydliwie bogatych dyktatur. Za to dziękować należy oczywiście FIFA i innym federacjom, sam sport nikogo tu nie interesuje.

Saudyjczycy grają i zaskakują

Uczciwość nakazuje podkreślić, że w przeciwieństwie do Katarczyków Arabia Saudyjska nie jest piłkarską pustynią. Saudyjska drużyna po raz pierwszy do mundialu zakwalifikowała się w 1994 r., wyszła nawet z grupy. Dla porównania: wyczyn ten Polakom nie udaje się od 1986 r. Dodajmy, że było to wtedy dla Saudyjczyków spore osiągnięcie, bo za rywali mieli Holendrów, Belgów i Marokańczyków – wygrali z dwiema ostatnimi ekipami. Odpadli dopiero w starciu ze Szwedami, późniejszym brązowym medalistą. Grali też na turniejach we Francji (1998), Korei i Japonii (2002) i Niemczech, wszędzie odpadali w grupie. Zdarzały im się wstydliwe porażki, jak 8:0 z Niemcami, częściej jednak byli po prostu dyskretnym tłem dla lepszych zespołów.

Na lokalnym podwórku radzą sobie znacznie lepiej. Stołeczna Al-Hilal to klubowa potęga, pięciokrotny zwycięzca azjatyckiej ligi mistrzów z ośmioma trofeami w gablocie. Trenuje ich Roman Diaz, uznany Argentyńczyk, który w karierze grał na mundialu obok Diego Maradony, a w Europie piłkę kopał ze sporymi sukcesami w barwach Interu Mediolan czy AS Monaco. W kraju Al-Hilal rywalizuje z superdrużynami Al-Ahli i Al-Nassr. Saudyjska kadra w całości zbudowana jest zresztą z piłkarzy ligowych, co w przypadku mistrzostw rozgrywanych w połowie sezonu jest sporym atutem. Nie trzeba lepić drużyny z rozjechanych po świecie zawodników, synchronizować ich formy, wystarczy odpowiednio szybko zamknąć ich na wspólnym zgrupowaniu. Trener Herve Renard tak właśnie zrobił – jak na razie z rewelacyjnym skutkiem.

W pierwszym meczu Arabia Saudyjska sprawiła największą do tej pory niespodziankę na turnieju, pokonując we wtorek 1:2 faworyta do złota, Argentynę. W dodatku było to zwycięstwo pewne, osiągnięte niesłychaną konsekwencją na boisku. Saudyjczycy zaskoczyli Messiego i jego kolegów bardzo wysoką defensywą, graniem na granicy ryzyka i łapaniem rywali na spalonym. Włoska „La Gazzetta dello Sport” pisała, że Arabia wystąpiła „z podręcznikiem futbolu w kieszeni”. Sukces zaskoczył ich samych, celebracjom nie było końca, władze ustanowiły środę świętem narodowym i dały wszystkim wolne. Drugi mecz Arabia gra z Polską. Wielu kibiców zakładało, że to dla Orłów stosunkowo najłatwiejsze zadanie i okazja do strzelenia paru goli. Już wiadomo, że będzie trudno, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Polacy grają na razie wręcz antyfutbol.

Czytaj też: Futurystyczny megapol z Arabii Saudyjskiej

Cristiano Ronaldo poleci do Rijadu?

Na tym Saudyjczycy nie chcą poprzestać. Pozycję w piłkarskim świecie miałby podbić sensacyjny transfer – kontrakt Al-Hilal z Cristiano Ronaldo. Portugalczyk, marketingowa machina o sile średniej wielkości suwerennego państwa, ikona piłki ostatnich 15 lat, sam wyrzucił się z Manchesteru United, nie akceptując swojej coraz mniejszej roli w drużynie. Ego nie pozwala mu zaakceptować słabszej formy, ale wizerunkowo to cały czas gigant. Saudyjczycy chcieli go już latem, oferowali 305 mln funtów. Ronaldo na przeprowadzkę do Rijadu się nie zdecydował, chciał jeszcze grać na najwyższym poziomie. Teraz jest bezrobotny, co brzmi dość kuriozalnie, ale z tego powodu ofertę Al-Hilal może jeszcze przyjąć.

W europejskiej piłce Saudyjczycy są zresztą obecni od jakiegoś czasu. Nie sportowo oczywiście, ale finansowo. PIF, tamtejszy suwerenny fundusz majątkowy, przejął już angielskie Newcastle i próbował ją zamienić w potęgę klubową. To też element rywalizacji stricte lokalnej. Swój superklub mają już Katarczycy (Paris Saint-Germain), ma emir Dubaju (Manchester City). Pora więc na bogaczy z Rijadu. Po Newcastle przyjdzie zapewne pora na kolejne kluby, saudyjskie fundusze rozpatrują przejęcie Manchesteru United i Liverpoolu, a więc firm nie tylko lepszych, ale i bardziej zasłużonych dla futbolu. Rodzina królewska wydała komunikat, że mocno wspiera owe „prywatne” próby przejęcia kolejnych klubów. Co oznacza po prostu, że przekaże tyle pieniędzy, ile będzie trzeba. „Prywatne” – celowo wzięte w cudzysłów – tu nic nie dzieje się bez zgody księcia Mohammeda bin Salmana, który zawiaduje wszak monarchią absolutną.

Futbol zabawką dyktatur

Saudyjczycy chcieliby zorganizować mundial za osiem lat wspólnie z Egiptem i Grecją. Współgospodarze to oczywiście tylko zasłona dymna, większą legitymizacja piłkarska i wizerunkowa. Ich dobór jest zresztą nieprzypadkowy. FIFA po skandalach korupcyjnych z udziałem członków jej komitetu wykonawczego (za płatną protekcję mundial otrzymał właśnie Katar) zmieniła zasady wyboru gospodarza mistrzostw, teraz głosować na niego – lub nich – będą wszystkie federacje członkowskie, łącznie 211. Partnerów Rijad dobrał bardzo starannie, żeby wygrać. Wcześniej faworytem wydawała się kandydatura Hiszpanii i Portugalii, zwłaszcza po wycofaniu się Anglików.

Saudyjski projekt ma teraz większe szanse właśnie z powodu demokratyzacji wyborów. Sporo głosów zapewni im Egipt, popularny i szanowany nie tylko w krajach Maghrebu i Półwyspu Arabskiego, ale i Azji. Grecja z kolei może przekonać część federacji europejskich, nawet jeśli kolejny mundial na południu oznaczałby grę w listopadzie i przerwanie sezonu na Starym Kontynencie. Sama też skorzysta na partnerstwie z Rijadem, bo Saudyjczycy chętnie się pewnie dorzucą do remontu infrastruktury u swoich koalicjantów. Książę bin Salman już robi podchody – w czasie ceremonii otwarcia obecnych mistrzostw spotkał się jeden na jeden z szefem FIFA Giannim Infantino.

W ten sposób futbol stałby się już definitywnie zabawką brutalnych dyktatur. Arabia Saudyjska to kraj minimalnie tylko bardziej oświecony od Kataru, w dodatku od siedmiu lat prowadzi brutalną interwencję wojskową w Jemenie. Kiedy w lutym Rosja rozpoczęła inwazję na Ukrainę, nie brakowało głosów, że Saudyjczycy robią na swoim podwórku to samo, bombardując osiedla cywilne i dopuszczając się zbrodni. Do 2030 r. oczywiście wiele może się zmienić, ale niektórym bin Salman przeszkadza już teraz, prezydent Joe Biden wezwał nawet do reformy stosunków Waszyngtonu z Rijadem. Trudno się jednak spodziewać, żeby podobnie postąpił Infantino lub ktoś, kto zajmie jego miejsce. FIFA to napędzana petrodolarami marionetka dyktatorów, ta walka wydaje się przegrana. I tylko zwykłych kibiców żal, bo mundialem rozgrywanym w cieniu przemocy cieszyć się jednak trudno.

Czytaj też: Długowieczni sportowcy

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak pokroić morze? Przybywa chętnych na kawałek Bałtyku. A rybakom wiatr w oczy

To tylko złudzenie, że na Bałtyku jest bezmiar przestrzeni. Jest coraz ciaśniej i coraz więcej chętnych, którzy chcą wyrwać kawałek morza dla siebie.

Ryszarda Socha
24.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną