Duże igrzyska, mało chleba
Wzloty i upadki olimpijskie. Polacy piszą piękne scenariusze. Ale całkiem różowo nie jest
Na igrzyskach piszą się nieprawdopodobne scenariusze. Na przykład taki: rodowity Rosjanin walczy o medal, a sportowa Polska życzy mu jak najlepiej. Ale formalnie rzecz biorąc, jest on już nasz. 23-letni panczenista Władimir Semirunnij został wicemistrzem olimpijskim na morderczym dystansie 10 km, zdobywając dla Polski drugie srebro igrzysk. Był jednym z faworytów, niedawno został mistrzem Europy, a po swoim olimpijskim starcie oszczędnie prezentował radość z medalu, gdyż na treningach notował lepsze czasy.
Mniej więcej trzy lata temu Wowa, jak mówią na niego wszyscy w polskim łyżwiarskim światku, uznał, że skoro w ojczyźnie jego kariera została złamana – światowe władze panczenów, podobnie jak wielu innych dyscyplin, zakazały Rosjanom udziału w zawodach w ramach sankcji za agresję na Ukrainę – wskazane jest poszukać nowej reprezentacji. Jak szczerze powiedział tuż po dekoracji, był to układ dwustronny: Polska chciała medalu i zawodnika o takich możliwościach, on potrzebował nowej reprezentacji. Rozważał starty dla Holandii bądź Kazachstanu, ale najkonkretniejsza propozycja przyszła z Polski. Opowiadał, że na przejściu granicznym trząsł się z nerwów, a rodacy pogranicznicy dziwili się, że w obecnej sytuacji wojennego wrzenia w Ukrainie Polska zaprosiła Ruska na treningi. Okazując roczną wizę, przekonał ich, że to tylko układ czasowy. Ale wracać nie miał zamiaru.
Czytaj też: Zimowe igrzyska: czas start!
Trudny układ
Zmiana obywatelstwa oraz wybór nowej sportowej ojczyzny rzadko są odruchem serca, jak w przypadku Lucasa Pinheiro Braathena, Norwega po ojcu, Brazylijczyka po matce, który wychowany na narciarza alpejskiego w Norwegii w końcu uznał, że bardziej do twarzy jest mu w barwach Brazylii (swoje zrobił też konflikt z norweską federacją na tle umów sponsorskich) i zdobył dla niej pierwsze w historii zimowych igrzysk złoto, pokonując w slalomie gigancie naciskającą go mocno ekipę Szwajcarów.