Świat

Pożegnanie straconego czasu?

Kończy się dekada strachu

Niedostatek wody i żywności Niedostatek wody i żywności Forum
Na tle miłej i łatwej ostatniej dekady XX w. pierwsza dekada XXI w., która powoli się kończy, wyglądała jak kocie łby przy autostradzie.

Niby nic się wielkiego nie stało. Niby nic się nadzwyczajnego nie działo. Zwykle co miało rosnąć – rosło, co miało maleć – malało. Ale wszystko wciąż się trzęsło i telepało. Jakbyśmy pod podłogą mieli pełen kipiącej lawy basen, z którego raz po raz wystrzeliwują ku górze gejzery konfliktów, emocji, lęków, zbiorowych obsesji.

Zaczęło się od histerii i kończy się na histerii. Dziesięć lat temu, o północy 31 grudnia, świat miały zniszczyć ogłupiałe komputery. Teraz ma go zniszczyć świński wirus. A w międzyczasie? Czego myśmy się przez te dziesięć lat nie bali. Wściekłe krowy, zagrypione ptaki, islamscy terroryści, ibn Laden, Lew Rywin, atak cybernetyczny, agenci swoi i obcy, ekspansja Chińczyków, kryzys energetyczny, globalne ocieplenie, rosyjski imperializm, katastrofa systemu finansowego, wyczerpanie zasobów, załamanie demokracji, upadek Zachodu, kryzys demograficzny, wojna płci, irańskie i koreańskie rakiety, upadek dolara, chińskie buty, znikające biliony, zdemoralizowani bankierzy, oś zła, zdeprawowane firmy farmaceutyczne, chciwi maklerzy... Polska wraz z całym Zachodem szła przez tę dekadę jak Odyseusz przez cieśninę dzielącą Scyllę od Charybdy.

Na pierwszy rzut oka zachowywaliśmy się tak, jakby świat wkroczył w jakiś cielęcy wiek i zmagał się z młodzieńczą burzą hormonów. To jest optymistyczna wersja. Wersja pesymistyczna w nagłych uderzeniach emocji i gorączki identyfikuje objawy klimakterium starzejącego się i zużywającego swój rozwojowy potencjał powojennego porządku świata. Gdy ta dekada ruszała, ów porządek był jak pięćdziesięciolatek – na pozór w pełni sił, a pod pewnymi względami nawet u szczytu możliwości, ale już tu i ówdzie wyraźnie niedomagający, tu i ówdzie odczuwający strzykanie zapowiadające starość. Taki, co to chętnie pręży jeszcze muskuły, ale już się czasami zasapie i czasem zamiast szaleć woli posiedzieć przy kominku.

McBurze

Patrząc chłodno nie powinniśmy się czuć zaskoczeni. W latach 80. na powierzchnię zachodniej debaty zaczęło się przebijać przeczucie schyłku, a czasem nawet końca. Słowami „The End” zaczynało się coraz więcej książek. I odgrywały one coraz większą rolę. Takich, które słowa „koniec” nie miały w tytule, ale opisywały lub projektowały jakiś zasadniczy zwrot, przełom, nadchodzący kryzys, księgarnie były pełne.

Najpierw w głównym nurcie się z tych książek śmiano, opinia publiczna czytała je jak fikcję, a politycy je lekceważyli i uprawiali tę samą politykę co zwykle. W latach 90. masa krytyczna została jednak przekroczona i wśród światowej elity górę zaczął brać pogląd, że coś trzeba zmienić.

Dokładnej daty mentalnego przełomu ustalić się nie da. Ale da się obronić miękką tezę, że nastąpił on w okolicach 1997 r. W Polsce był to rok wielkiej powodzi i nowej konstytucji. Na świecie był to rok, który ujawnił katalog podstawowych wyzwań i zagrożeń. Załamanie rynków azjatyckich zapoczątkowało serię dramatycznych kryzysów finansowych i erozję obowiązującej ekonomicznej wiary. Protokół z Kioto zapoczątkował globalne zmagania z ociepleniem klimatu. Informacja o sklonowaniu brytyjskiej owcy Dolly uruchomiła światową debatę na temat ingerencji nauki w naturę. Pokojowe odzyskanie Hongkongu przez Chiny symbolicznie zapoczątkowało zmianę warty przy sterach wielkiego świata – Zachód zaczął się wycofywać z dominującej pozycji, a nowe potęgi zaczęły po nią sięgać. Zaproszenie Czech, Polski i Węgier do NATO symbolicznie otworzyło drogę do przekształcenia paktu obronnego rynkowych demokracji w stabilizatora światowego porządku.

Utworzenie wspólnego Amerykańsko-Meksykańskiego rynku uruchomiło nowe procesy regionalnej integracji uzupełniającej globalizację projektowaną przez (stworzone w 1994 r.) WTO. Śmierć księżnej Diany wywołała pierwszą globalną żałobę i stworzyła pierwszy medialny kult świecki o planetarnym zasięgu. Atak terrorystów islamskich w Luksorze zapoczątkował falę nowego terroryzmu i antyterrorystycznej histerii. Wybicie kurzych stad w Hongkongu dało początek serii globalnych histerii higienicznych.

Zanim ta dekada zaczęła się na dobre, katalog problemów w zasadzie został więc skompletowany. Świat wiedział, że musi zmienić kurs i z grubsza wiedział, na jaki, ale nie umiał zmienić go wystarczająco sprawnie, by ominąć nadciągające cywilizacyjne burze.

Z perspektywy dekady dobrze widać ujawnioną wtedy dysproporcję między szybko rosnącą dynamiką cywilizacyjnych procesów i zagrożeń a niesterownością wielkiej polityki. Rzecz w tym, że gospodarka, media, zmiany ekologiczne, wiedza, nauka, kultura popularna, rynki, technologia, świadomość i emocje społeczne pędzą przez świat coraz szybciej klucząc jak motorówki somalijskich piratów, a wielka polityka próbując się dostosować do zmiennej rzeczywistości, zatacza wielki łuk jak dwustutysięczny tankowiec zmieniający kurs w połowie oceanu, by za kilka dni trafić w główki portu.

Różnica dynamiki sprawia, że polityka coraz bardziej nie nadąża za rzeczywistością. Nawet kiedy nadciągające burze widoczne są na pokolenie z góry. Tak przynajmniej jest z trzema groźnymi burzami, które cywilizowany świat przez dwie dekady próbował ominąć i które wciąż się do niego zbliżały.

Ryzyka stworzone wraz z powstaniem McŚwiata (termin ukuty przez Benjamina Barbera dla określenia współczesnej masowej kultury i konsumpcji, zorganizowanej na wzór barów McDonald’s), ale też McGospodarki i McDemokracji mogliśmy wspólnymi siłami ominąć albo ograniczyć. Ale stworzone w latach 90. plany zostały na początku nowego stulecia porzucone i zlekceważone.

McRynek

Dobrym przykładem może być ekologia. Na początku lat 90. oenzetowski Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro przyjął, że grozi nam globalne ocieplenie wywołane rosnącą emisją gazów cieplarnianych. Pod koniec lat 90. w Kioto przyjęto protokół przyznający poszczególnym krajom limity emisji. Gdyby protokół był realizowany, ryzyko globalnego ocieplenia byłoby dziś może ponurym wspomnieniem. Ale gdy zaczął się wiek XXI, główni truciciele zakwestionowali, a potem odrzucili wcześniejsze ustalenia. Jedni tworzyli i upowszechniali naukowe teorie przeczące ociepleniu lub jego uznanym powszechnie przyczynom (USA). Inni podnosili sensowniejsze, lecz nie wysunięte podczas wcześniejszych negocjacji argumenty natury politycznej i finansowej (Chiny). To sprawiło, że emisja wciąż rosła, a z nią rosło ryzyko globalnej katastrofy.

W odróżnieniu od ostatniej dekady XX w., kiedy megatankowiec globalnej polityki próbował zmienić kurs w taki sposób, żeby ominąć widoczne na radarach McBurze, w pierwszej dekadzie XXI w. górę wzięły próby utrzymania wcześniejszego kursu. Ochrona klimatu była jedną z wielu ofiar tego trendu, który wszystko podporządkował obronie przyjętego modelu gospodarki oraz globalizacji w formie najkorzystniejszej dla rynków finansowych i wielkich korporacji.

Po dramatycznych kryzysach finansowych w Azji Południowo-Wschodniej (1997 r.) i w Rosji (1998 r.) wybuchła gorąca debata na temat trafności tzw. konsensu waszyngtońskiego narzucającego jednakową metodę transformacji wszystkim krajom, które potrzebowały wsparcia Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Na początku XXI w. dyskusję szybko wyciszono, bo płynące z niej wnioski naruszyłyby status quo i zaszkodziły wielkim potentatom.

Gdy w 2001 r. pękła gigantyczna bańka internetowa i załamała się giełda nowojorska, rozgorzał ostry spór o potrzebę ściślejszej regulacji rynków finansowych. Ale wyznawcy deregulacji szybko go wyciszyli, bo regulacja musiała oznaczać ograniczenie spekulacyjnych zysków.

Podobnie zamiatano pod dywan wszystkie dochodzące z realnego świata sygnały ostrzegawcze, świadczące o niesprawności coraz bardziej zderegulowanych rynków oraz tworzonych przez nie coraz większych napięciach i nierównowadze. Telepanie światowej gospodarki, powodowane lawinowo rosnącym zadłużeniem rządów i gospodarstw domowych w krajach rozwiniętych, unieważniano pokazując wysokie stopy wzrostu. Podobnie jak przechwytywanie coraz większej części bogactwa przez spekulujący coraz intensywniej i podejmujący coraz większe ryzyko sektor finansowy oraz związaną z nim elitę finansową.

Wstrząsy na rynkach surowców, wywołane rosnącym zapotrzebowaniem krajów rozwijających się na ograniczone zasoby i hamowaniem rozwoju nowych technologii, wyciszano upowszechniając wiarę, że nowe złoża można odkrywać bez końca. Rosnące zadłużenie nie przeszkadzało obniżaniu podatków, bo niższe podatki miały zapewnić jeszcze większy wzrost. Jakby zadłużenie i wzrost mogły nie mieć granic...

Kto kwestionował fundamentalną dla systemu absurdalną tezę, że wzrost i konsumpcja mogą zwiększać się bez końca, ten dostawał łatę radykała. Na dyskusję o modelu globalizacji nie miało wpływu rozwarstwienie gwałtownie rosnące zarówno w krajach rozwiniętych, jak rozwijających się. Dystans między krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się statystycznie malał – co pokazywano z dumą – ale w dużym stopniu malał dzięki temu, że w krajach rozwijających się bogaci byli coraz bogatsi, a w krajach rozwiniętych biedni byli coraz biedniejsi.

McŚwiat

Świat telepał się politycznie już w latach 90. Praktycznie wszystkie społeczeństwa szybko się bowiem rozwarstwiały, a w miarę rozwoju telekomunikacji, handlu i ruchu ludzi, dla miliardów osób coraz bardziej widoczne i drażniące stawały się różnice pomiędzy kulturami, poziomem zamożności, jakością i stylem życia w poszczególnych krajach. Rosnąca transparentność świata sprawiała, że różnice, które zawsze istniały, zaczęły wywoływać coraz silniejsze napięcia. A jednocześnie rosła globalna współzależność. Bogata Północ coraz bardziej uzależniała się od surowców, rynków zbytu i taniej robocizny biedniejszego Południa, a Południe potrzebowało technologii, kapitałów i rynków Północy.

W latach 90., gdy współzależność stała się oczywista, ugruntował się pogląd, że Północ musi we własnym interesie zainwestować w rozwiązanie problemów Południa. Bo jeśli tego nie zrobi, pogrążające się w anarchii i beznadziejności Południe zdestabilizuje świat, zaleje Północ falami uchodźców, zniszczy system zaopatrzenia w surowce. Magatankowiec światowej polityki zaczął więc szukać jakiegoś środkowego kursu.

Głównie argumenty praktyczne, a nie moralne albo polityczne zdecydowały, że u schyłku lat 90. ONZ przyjęła tak zwane cele milenijne. Kraje bogate zobowiązały się m.in. w ciągu półtorej dekady zmniejszyć o połowę liczbę osób żyjących w biednych krajach za mniej niż dolara dziennie, zapewnić wszystkim dzieciom świata naukę na poziomie podstawowym, zrównać dostęp płci do edukacji, zmniejszyć o 60 proc. wskaźnik umieralności dzieci i o 75 proc. wskaźnik umieralności matek, powstrzymać rozprzestrzenianie się HIV, malarii i innych groźnych chorób, stosować zasady zrównoważonego rozwoju, udostępnić krajom najbiedniejszym nowe technologie – zwłaszcza informatyczne – i zmniejszyć liczbę ludzi mieszkających w slumsach przynajmniej o 100 mln. Cel był ambitny, ale wyglądał dość realistycznie. Koszt programu szacowano na około 0,5 proc. PKB krajów rozwiniętych. Wkrótce jednak klimat międzynarodowy zmienił się zasadniczo i w pierwszej dekadzie XXI w. udało się zebrać zaledwie 87 z obiecanych 152 mld dol.

Zanim ruszył przygotowywany przez większość lat 90. projekt milenijny, duża część świata – zgodnie z prognozą Benjamina Barbera – znalazła się pod wpływem populistów i radykalnych fundamentalistów. Napięcia wywołane przez nowe rozwarstwienie i naruszającą struktury społeczne szybką modernizację sprawiły, że w coraz liczniejszych krajach konflikt między obrońcami tradycji i promotorami zmian przybrał formę mniej czy bardziej gorącej wojny domowej.

W krajach arabskich szerzył się fundamentalizm islamski. W Ameryce gwałtownie rosły wpływy fundamentalistów chrześcijańskich. W Izraelu coraz większą rolę odgrywali fundamentaliści żydowscy. W Polsce umacniali się katoliccy fundamentaliści ze środowiska radiomaryjnego. Szerzeniu się fundamentalizmu towarzyszyło narastanie tendencji autorytarnych. Globalny szok wywołany atakiem 11 września 2001 r. sprawił, że rosnący w siłę fundamentaliści i autorytaryści zawładnęli globalną opinią publiczną. W ten sposób opisana przez Benjamina Barbera, toczona w wielu krajach wewnętrzna walka McŚwiata z Dżihadem (czyli modernizacji z tradycjonalizmem) zamieniła się w zapowiedziane przez Samuela Huntingtona zderzenie cywilizacji.

Światową polityką zawładnęła walka fundamentalistów islamskich z chrześcijańskimi oraz żydowskimi i młodych nacjonalizmów krajów rozwijających się z zachodnim hegemonizmem. To, co w światowej polityce działo się przez następne lata, można odczytywać jako przejaw ksenofobicznego amoku po obu stronach „wojny z terroryzmem”. Ale można też widzieć w tej „wojnie” przygotowaną przez Al-Kaidę próbę wyrwania Arabów spod wpływów Zachodu i zamierzoną przez amerykańskich neokonserwatystów ostatnią zapewne próbę odzyskania kontroli Zachodu nad światem.

Z dzisiejszej perspektywy widać, że obie strony tę wojnę przegrały. Nie tylko w tym sensie, że nie udała się planowana przez neokonserwatystów demokratyzacja islamu ani planowane przez ibn Ladena narzucenia, Arabom islamistycznego porządku. Oba fundamentalizmy, które uwikłały świat w wojnę, straciły w swoich społeczeństwach dominującą pozycję.

Ważniejszy wydaje się jednak efekt, o którym żadna z walczących stron chyba nie myślała. Gdy Zachód topił energię i wielkie pieniądze w „wojnie z terroryzmem”, jego wewnętrzne problemy szybko narastały, a globalna pozycja coraz szybciej słabła. Kiedy u schyłku dekady załamała się zachodnia gospodarka, motorem świata były już nowe wielkie potęgi – Brazylia, Rosja, Indie, Chiny (BRIC). Ameryka wciąż ma więcej czołgów i samolotów niż cały rozwijający się świat razem wzięty; Zachód wciąż posiada, produkuje i konsumuje więcej niż kraje BRIC, ale mało kto już wierzy, że tę przewagę da się zachować na dłużej.

McDemokracja

Patrząc z dzisiejszej perspektywy na to, co świat przeżył w mijającej dekadzie, trudno jest nie postawić pytania, jak do tego doszło. Dlaczego wolny, bogaty, intelektualnie wyrafinowany i demokratyczny Zachód, który w XX w. pokonał dwa wielkie totalitaryzmy oraz stworzył historycznie bezprecedensową strefę bezpieczeństwa, rozwoju i dobrobytu, popełnił tyle kardynalnych błędów. Dlaczego naraził się na tak kosztowne straty i w takim stopniu roztrwonił swoją pozycję w świecie? Jak to się stało, że nasz megatankowiec nie zdołał wykonać planowanego w latach 90. manewru i w pierwszej dekadzie XXI w. zawrócił na kurs, który wpakował go w sam środek globalnych burz?

Chmury gromadzące się nad zachodnią demokracją zauważono już w latach 70. Wszystko jeszcze wtedy pozornie działało, ale przenikliwe umysły – takie jak Samuel Huntington czy Daniel Bell – przestrzegały przed rosnącym napięciem między demokracją, zakładającą zdolność ogółu obywateli do dokonywania mniej więcej racjonalnej oceny rzeczywistości i wybierania z grubsza kompetentnej władzy, a rozszerzającą się kulturą konsumpcji i rozrywki, która odcina ludzi od rzeczywistości i ogranicza ich zainteresowanie sprawami publicznymi.

Jądro problemu Huntington widział w coraz bardziej masowych, komercjalizujących się i nieodpowiedzialnych mediach, a Bell w potędze zmieniającej społeczną świadomość reklamy i w rozszerzającym się na wszystkie dziedziny życia rynku, którego spontaniczna siła coraz wyraźniej wyzwalała się spod społecznej kontroli i zdobywała przewagę nad procesem politycznym.

Oba te procesy przez ponad 30 lat stopniowo narastały, ale były na różne sposoby hamowane lub równoważone. W krajach rozwiniętych media, reklama, nauka, rynki, indywidualna konsumpcja (zwłaszcza kredyty konsumpcyjne), usługi medyczne i prawne, a nawet znaczna część handlu były trzymane w ryzach przez regulacje prawne lub kulturowe samoograniczenia. Radykalną zmianę uruchomił upadek komunizmu. Triumf wolności – rynkowej i politycznej – zrobił takie wrażenie, że politycznie nie sposób już było się oprzeć żądaniom zniesienia ograniczeń.

Proces „wyzwalania” zaczął się w latach 90., ale apogeum osiągnął na początku XXI w. W porównaniu z nieśmiałymi próbami deregulacji, podejmowanymi w latach 80. przez Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, „wolnościowa krucjata” przełomu tysiącleci była prawdziwym tsunami. Na całym Zachodzie jedne po drugich pękały nawet te ograniczenia, które za niezbędne uważali liderzy pierwszej fali deregulacji. Likwidowano nie tylko przepisy chroniące rynki finansowe, udzielanie kredytów, prawa konsumenckie i pracownicze, konkurencję i prawa obywatelskie (zwłaszcza ubezpieczenia i gwarancje społeczne) – ale także regulacje dotyczące reklamy, mediów, badań i polityki.

W krótkim czasie zasadniczo zmieniło to funkcjonowanie systemu. Media zostały skoncentrowane w wielkich konglomeratach i w dużej mierze podporządkowane regułom rządzącym rozrywką. Nauka, która po upadku komunizmu straciła zamówienia wojskowe, uzależniła się od korporacyjnych zleceń i darowizn. Polityka, swobodniej finansowana komercyjnymi pieniędzmi, zaczęła silniej reprezentować optykę elity finansowej, a słabiej interes publiczny. Coraz powszechniej obecna i bardziej agresywna reklama silniej koncentrowała uwagę społeczeństw na wciąż kreowanych pragnieniach konsumpcyjnych. Wszystko to razem sprawiło, że szybko malała przestrzeń racjonalnej debaty.

Demokracja traciła racjonalne jądro. Przestawała wyrażać poglądy i interesy wyborców, a zaczęła wyrażać głównie ich rosnące, łatwe do manipulowania emocje. Poczucie zagrożenia, wywołane szybkimi zmianami, rosnącym rozwarstwieniem, ograniczaniem zabezpieczeń socjalnych, zbliżeniem różnych kultur, sprawiało, że opinia publiczna coraz aktywniej szukała winnego. A jednocześnie coraz trudniej było jej zrozumieć, gdzie on się znajduje.

Istotne dla polityki dziedziny nauki – ekonomia, stosunki międzynarodowe, kryminologia, politologia, historia, a nawet klimatologia i epidemiologia – w coraz mniejszym stopniu tłumaczyły świat, a w coraz większym produkowały proste uzasadnienia korzystnych dla sponsorów tez. Przesuwające się ku rozrywce media coraz mniej uwagi poświęcały opisywaniu świata, a coraz więcej wywoływaniu dających się łatwo sprzedać emocji i upowszechnianiu poglądów korzystnych dla ich właścicieli. Biznes coraz więcej pieniędzy przeznaczał na podporządkowanie opinii publicznej swoim interesom poprzez wpływanie na naukę, media i politykę. I także politycy w coraz większym stopniu stawali się produktami nowej sytuacji. Coraz bardziej zajmowali się kierowaniem publicznych emocji na cele, które zapewniały im dostęp do finansowania koniecznego, by wygrać wybory.

Jak w latach 90. gospodarka zajęła się zaspokajaniem pragnień, które sama sztucznie kreowała, tak w mijającej dekadzie demokratyczna polityka skoncentrowała się na zarządzaniu lękami, które rozdmuchiwała. Wyborcy zaś, którzy coraz więcej uwagi poświęcali konsumpcji i rozrywce, a mniej zrozumieniu i kształtowaniu komplikującej się rzeczywistości, coraz chętniej przyjmowali podsuwane im proste wyjaśnienia.

McEnd

Pointą tej dekady jest obecny kryzys. Ale nie chodzi tylko o doraźne problemy spowodowane niesprawnością amerykańskiego rynku finansowego. Chodzi o – jak pisał Wallerstein – kryzys świata, jaki znamy. Bo poza doraźnym kryzysem gospodarczym mamy przecież na głowie kryzys ekologiczny, kryzys globalnego systemu finansowego, kryzys dolara jako waluty globalnej, kryzys politycznego przywództwa Zachodu, wywołany zmianą układu sił ekonomicznych, kryzys ludnościowy, przejawiający się eksplozją demograficzną w krajach rozwijających się i zachwianiem równowagi pokoleń w krajach rozwiniętych, kryzys demokracji słabnącej na Zachodzie i ponoszącej porażki w demokratyzowaniu kolejnych społeczeństw, a na dodatek kryzys nauki i mediów.

10 lat temu wszystkie McBurze widzieliśmy na horyzoncie. Dziś stoimy z nimi twarzą w twarz. Straciliśmy dekadę, która była szansą na ominięcie przynajmniej oka cyklonów. Wielu rachunków za tę straconą dekadę już nie unikniemy. Ale na horyzoncie widać coś na kształt happy endu. Bo jednak coś chyba do nas dociera.

W Kopenhadze widać, że nie ma dziś na świecie poważnego państwa, które by – jak w latach 90. – kwestionowało konieczność walki z globalnym ociepleniem. Rządy znów zmagają się z rosnącą nierównością, hazardem rynków finansowych, kryzysem mediów, wykluczeniem, wypieraniem postaw obywatelskich przez zainteresowany tylko sobą konsumariat. Nie mamy gotowych uniwersalnych recept. Świat spiera się o bezlik detali. Rozwiązań dopiero szukamy. Ale naiwna wiara w proste rozwiązania szczęśliwie wraz z tą dekadą odchodzi do historii.

 

Polityka 51.2009 (2736) z dnia 19.12.2009; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Pożegnanie straconego czasu?"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną