Narody Europy Środkowej w objęciach populistów

Pula populistów
W Europie Środkowej po hasła populistyczne sięgają nie tylko ekstremiści, ale także liderzy wielkich ugrupowań: od węgierskiego Fidesz przez słowacki SMER po polskie PiS.
Viktor Orban
Landov/BEW

Viktor Orban

Robert Fico
Petr Josek/Reuters/Forum

Robert Fico

Vaclav Klaus
David W. Cerny/Reuters/Forum

Vaclav Klaus

Prekursorem odsprzedawania ludziom ich własnych lęków jest obecny prezydent Czech Vaclav Klaus. Jarosław Kaczyński był jeszcze poza walką polityczną, kiedy Klaus już sięgał po potężne narzędzie oddziaływania na wyborców, jakim jest „polityka historyczna”.

Partia to kraj

Pierwszym wielkim aktem tego typu była kampania wyborcza do parlamentu w 1998 r. Klaus chwilę wcześniej stracił fotel premiera po tym, jak na skutek rosnącej krytyki rozpadła się jego partia ODS. Dysydenci wypowiedzieli mu posłuszeństwo w czasie, kiedy był z oficjalną wizytą w Sarajewie. Stąd błyskawicznie powstała określająca te wydarzenia nazwa zamach sarajewski – chodziło o to, żeby banalną partyjną wojenkę nacechować jako coś niemoralnego, wręcz niedemokratycznego. Od tamtych wydarzeń Klaus budował swój wizerunek króla Leara, zdradzonego przez najbliższych ojca narodu, który wbrew wszystkim samotnie walczy przeciw nieprzyjaciołom jego i kraju. W kampanii wyborczej jego partia tradycyjnie straszyła „lewicą” w taki sposób, aby nie definiować zbyt dokładnie, o jaką „lewicę” chodzi. W takiej mgle „lewicą” byli właściwie wszyscy, którzy nie popierali Klausa.

W tej atmosferze strachu tuż przed wyborami ODS opublikowała ulotkę, którą do dziś uważa się za jeden z najważniejszych momentów w historii wyborów w Republice Czeskiej. Klaus w patetycznym tonie wzywał w niej „współobywateli”, którym „nie jest obojętny los kraju”, do głosowania na jego partię. Kluczowy był jednak tytuł tej odezwy: „Mobilisace”, czyli mobilizacja, ale napisana zgodnie z przedwojenną ortografią (dziś to słowo Czesi piszą „mobilizace”.

Zagraniczni dziennikarze bezradnie rozkładali ręce próbując zrozumieć, dlaczego zmiana jednej literki wywołała takie oburzenie w mediach. Tymczasem chodziło tu o odwołanie do prawdziwej mobilizacji z dramatycznego lata 1938 r., kiedy Hitler stopniował groźby wobec Pragi, aby w końcu na konferencji w Monachium położyć kres demokratycznej Czechosłowacji. Ponieważ była to w historii kraju jedyna mobilizacja armii w sytuacji zagrożenia, dla każdego Czecha skojarzenie to było tak oczywiste jak dla Polaka zbitka „katyński las”. Przekaz był jednoznaczny: zagrożony jest byt kraju, ponieważ zagrożony jest byt Klausa. Skąd my to znamy?

Bezczelność i obłuda autorów odezwy wyszły na jaw już po wyborach, które wygrała demonizowana socjaldemokracja. Partia Klausa, aby nie tracić kontaktu ze stołkami, bez mrugnięcia okiem podpisała ze zwycięzcami zadziwiający układ-quasi-koalicję, na mocy której tolerowała rząd centrolewicy w zamian za szereg intratnych stanowisk.

Oprócz nacjonalistycznego istnieje też w Czechach równie silny – ale też dość oczywisty – prąd populizmu socjalnego. Tu z kolei dominują komuniści z ich wiecznymi odwołaniami do czasów, kiedy budowano w Pradze metro, piwo kosztowało koronę, a zakąska koronę dwadzieścia. Całkiem jak nasza nostalgiczna „szynka jak za Gierka”, tyle że dużo częściej przywoływane w polityce.

Obiecać i postraszyć

Prawica rządzi też od niedawna Węgrami. Tam jednak oskarżanie partii Fidesz o populizm jest nieco niesprawiedliwe, bo i lewica, która rządziła przed nią, nie zachowywała się dużo bardziej odpowiedzialnie. W węgierskiej polityce kupuje się bowiem głosy za pomocą obietnic kolejnych przywilejów, podwyżek czy świadczeń socjalnych, a potem, najczęściej przed wyborami, niektóre z tych obietnic się spełnia, zresztą z fatalnym skutkiem.

Mechanizm ten już przynajmniej dwu-, trzykrotnie w ciągu ostatnich 20 lat zaowocował gwałtownym kryzysem finansowym i koniecznością wprowadzania programów zaciskania pasa, co z kolei skutkowało demonstracjami i ulicznymi protestami. Sami Węgrzy za symbol tej samobójczej postawy polityków uznają kampanię wyborczą 1998 r., kiedy tuż przed wyborami rządzący socjaliści przyznali m.in. emerytom nadzwyczajne zniżki oraz prawo do częściowo darmowych przejazdów kolejami po całym kraju. Śmiechu było w kraju co niemiara, ale i tak nie pomogło i trzeba było oddać władzę prawicy.

Faktem jest jednak, że ten socjalny populizm, uprawiany właściwie przez wszystkie partie, został zauważony przez światowe media dopiero po zamieszkach ulicznych w 2006 r. Ludzie bili się wtedy z policją na ulicach po opublikowaniu w mediach tajnych nagrań ówczesnego premiera Ferenca Gyurcsanyiego, który na zamkniętym partyjnym spotkaniu otwarcie mówił o kłamstwach i pustych obietnicach składanych przez niego i jego kolegów w kampanii wyborczej.

Do tego czasu o populizmie węgierskim pisano najczęściej przy okazji wystąpień obecnych w życiu politycznym tego kraju ekstremistów. W latach 90. była to partia o dziwacznej nazwie Węgierska Partia Sprawiedliwości i Życia (MIEP), dziś to ciążący w stronę skinhea-dów ultraprawicowy Jobbik, czyli Ruch na Rzecz Lepszych Węgier. Partie te szokują atakami na Cyganów czy Żydów, nie kryją niechęci do sąsiednich krajów, często wprost wzywając do rewizji granic, za którymi mieszka kilka milionów Węgrów. Choć Jobbik w wyborach w kwietniu odniósł oszałamiający sukces i z 14 proc. stał się czwartą siłą w kraju, nadal jest to jednak polityczny folklor.

Tymczasem po podobne hasła, polegające na szczuciu przeciwko sąsiadom, już tradycyjnie sięga węgierska centroprawica – rządzący dziś krajem Fidesz. Niektórzy porównują to ugrupowanie do PiS, ale trzeba brać pod uwagę, że tam jednym z jej czynników jest istnienie dużej, prężnej i sfrustrowanej mniejszości węgierskiej w krajach otaczających Węgry. To nieustanny powód zadrażnień o skali, której nie da się porównać z niczym znanym w Polsce, nawet ze stosunkami z Rosją.

O emocjach, jakie tam rządzą, świadczy fakt, że nawet kiedy na sąsiedniej Słowacji tamtejszych Węgrów dopuszczono do współrządzenia, premier Węgier Viktor Orban wbrew protestom Bratysławy przeforsował budzącą wielkie kontrowersje ustawę o tzw. statusie Węgra zagranicznego. W praktyce dzieliła ona obywateli sąsiednich krajów na lepszych i gorszych według kryteriów etnicznych, tym pierwszym dając szereg przywilejów, np. w dostępie do studiów na Węgrzech czy wręcz obiecując dodatkowe zasiłki za posyłanie dzieci do węgierskojęzycznych szkół.

Viktor Orban po powrocie do władzy ogłosił plan dużo bardziej radykalny – przyznanie mniejszościom węgierskim mieszkającym w sąsiednich krajach obywatelstwa węgierskiego.

Kompleks ofiary

Karta narodowa ma wielkie znaczenie w całym regionie, czego dowodem Słowacja. W kraju tym w latach 90. kombinacja niedojrzałości elit z ludowym populizmem ŕ la Samoobrona doprowadziła niemal do izolacji kraju. W czasach mecziaryzmu ataki na „irredentę” (czyli przedstawicieli mniejszości węgierskiej) były na porządku dziennym, podobnie jak banialuki premiera o „ruchach armii węgierskiej”, wygłaszane na wiecach dla zwiezionych autobusami starszych ludzi. Po podobną broń sięgał też chętnie premier Robert Fico, którzy rządził w latach 2006–10. Fico nie jest trybunem ludowym jak Mecziar czy Lepper, to populista elegancki, bywały w świecie, odwołujący się do tradycji europejskiej socjaldemokracji. Zajmował się głównie – często uzasadnioną – krytyką swoich poprzedników za korupcję czy zbyt radykalne reformy rynkowe.

Z drugiej jednak strony wcale tych reform nie starał się jakoś energicznie odkręcać, bo wiedział, że korzysta na nich i on, i państwo. Z Mecziarem miał tyle wspólnego, że lubił odwoływać się do silnie zakorzenionego w słowackiej świadomości mitu słabego narodu, który bogatsi i silniejsi wiecznie stawiają do kąta. Tak też prezentował stosunki z sąsiednimi, dwa razy większymi Węgrami oraz półmilionową mniejszością węgierską u siebie w kraju. Rok temu doprowadził do zmian w ustawie regulującej używanie mniejszościowego języka w kontaktach urzędowych. Ustawa, składająca się z mnóstwa trudnych do ogarnięcia szczegółów, wywołała protesty po obu stronach granicy i wojnę dyplomatyczną, której szczytowym punktem było niewpuszczenie na Słowację prezydenta Republiki Węgier Laszlo Solyoma. Opinia publiczna jednak nie miała wątpliwości: chodziło o utrzymanie swoich zwolenników w stanie napięcia tylko po to, aby rosły wskaźniki w sondażach popularności.

Podobną zasadę w Polsce stosował i stosuje PiS: w dowolnej sprawie uruchamiać od razu najcięższe działa, a interes kraju utożsamiać z wizją partii. Ten środkowoeuropejski kompleks małych i średnich, polegający na nieustannych roszczeniach, rozżaleniu na historię, tropieniu spisków i zdrady ze strony możnych krajów Europy i Rosji, wykorzystywaniu etnicznych i kulturowych uprzedzeń miał jeszcze niedawno stać się podstawą regionalnego związku nowych państw Unii z Polską jako naturalnym liderem. Tak się nie stało.

Ale wciąż bardzo silna w tej części Europy jest pozycja „partii deficytu”, ugrupowań, które są skłonne wszystko obiecać, ekspresowo poszukać winnych narodowych nieszczęść, dostarczyć tak zwanych wartości i napiąć patriotyczną strunę do granic wytrzymałości. Populizmy coraz zręczniej przy tym udają normalne partie, wyrywają się z getta politycznego folkloru, a jednocześnie odgrzewają stereotypy, budzą upiory przeszłości, grają na najprostszych emocjach. Ta mieszanka nierealnych postulatów ekonomicznych i „narodowej godności” to materiał wybuchowy, który wciąż jest podkładany w różnych miejscach Europy Środkowej.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną