Boehner John

Czuły hamulcowy
Nowy przewodniczący Izby Reprezentantów John Boehner prezydenta Obamę traktuje z kurtuazją. Ale zadba o to, by żadna jego inicjatywa nie przeszła w Kongresie.
Każdy amerykański polityk marzy o takim życiorysie: skromne pochodzenie, bieda, ciężka praca, drobny biznes, sport, religia, służba w armii...
Richard A. Bloom/Corbis

Każdy amerykański polityk marzy o takim życiorysie: skromne pochodzenie, bieda, ciężka praca, drobny biznes, sport, religia, służba w armii...

Młotek w ręce republikanów. Demokratka Nancy Pelosi przekazuje przewodnictwo Izby Reprezentantów Johnowi Boehnerowi.
Charles Dharapak/AP/Agencja Gazeta

Młotek w ręce republikanów. Demokratka Nancy Pelosi przekazuje przewodnictwo Izby Reprezentantów Johnowi Boehnerowi.

W nowym Kongresie, który 5 stycznia zainaugurował swoją sesję, wzmocnieni po listopadowych wyborach republikanie będą próbowali odkręcić reformy zapoczątkowane przez prezydenta Obamę. Na Kapitolu dyktują warunki dzięki silnej większości w Izbie Reprezentantów i remisowej sytuacji w Senacie, gdzie przez obstrukcję parlamentarną mogą blokować inicjatywy demokratów.

W Izbie głównym rozgrywającym będzie jej nowy przewodniczący, lider republikańskiej opozycji John Boehner. Kolorem, jaki najlepiej go określa, jest szarość. Kongresmen z Ohio rzadko przyciąga uwagę mediów, nie porywa tłumów, nie tryska fajerwerkami erudycji jak jeden z jego poprzedników, błyskotliwy Newt Gingrich. John Boehner mówi suchymi, krótkimi zdaniami, powtarzając jak pacierz zasady konserwatywnego katechizmu: niskie podatki, mniej rządu, jak najmniej regulacji biznesu. Przed wyborami do Kongresu demokraci daremnie straszyli nim Amerykanów – mało kto wiedział, kim Boehner jest. Na Kapitolu wyróżnia go tylko opalenizna nabyta dzięki intensywnej grze w golfa. Spędza na niej wiele czasu ze znajomymi z korporacji.

Boehner to jeden z największych przyjaciół Amerykańskiej Izby Handlowej – podczas 20-letniej kariery na Kapitolu w 93 proc. głosowań zajmował stanowisko zgodne z jej linią. Nie ukrywa swych bliskich więzi z potentatami biznesu – otacza się korporacyjnymi lobbystami, przyjmuje datki od firm na kampanie, bez skrupułów korzysta z przelotów ich odrzutowcami. W Kongresie zainicjował Thursday Group, obiady czwartkowe dla prezesów koncernów i lobbystów. Przed głosowaniem w sprawie subwencji dla producentów tytoniu rozdawał w Izbie Reprezentantów czeki od tobacco lobby. „Gdy ktoś mówi o moich związkach z biznesem, to odpowiadam: sorry, sam jestem biznesem. Wywodzę się z niego, to moje serce i dusza” – deklaruje.

Nazajutrz po listopadowych wyborach do Kongresu, które wyniosły go na przewodniczącego Izby, Boehner wygłosił przemówienie. Kiedy doszedł do słów: „Przez całe życie goniłem za amerykańskim marzeniem”, głos mu się załamał i przeszedł w płacz. Nie pierwszy raz dał wyraz wzruszeniu – w 2007 r. tłumił szloch, przemawiając w Kongresie w debacie o budżecie Pentagonu. W 2010 r. łkał też podczas wręczania mu nagrody przyznanej przez konserwatywny Ruch na Rzecz Życia. Emocjonalny ekshibicjonizm to częsta cecha amerykańskich polityków, płacz nie szokuje, nie budzi też dezaprobaty, chyba że wygląda na objaw słabości.

Jeśli zapytać prawicowych ekspertów, co sądzą o płaczliwości Boehnera, odpowiadają dyplomatycznie, że kongresmen daje wyraz swym emocjom, ale przyznają, że dobrze mu to służy. Nikt nie ma wątpliwości, że chodzi o płacz kontrolowany. Łamiący się głos, tłumiony szloch uczłowiecza polityka. Jestem ludzki, mówi w ten sposób, myślę nie tylko o karierze i dolarach.

Z baru do Kongresu

Boehner publicznie wzrusza się najczęściej, kiedy mówi o swoim dzieciństwie. Urodził się w niezamożnej rodzinie właściciela baru-restauracji Andy’s Cafe pod Cincinnati w Ohio. Z rodzicami i jedenaściorgiem rodzeństwa gnieździli się w trzech pokojach z kuchnią. Od małego pracował, pomagając ojcu – sprzątał, mył podłogi i naczynia, kelnerował. W niedzielę wstawał o trzeciej nad ranem, aby rozwieźć gazety i zdążyć do kościoła na poranną mszę.

Po ukończeniu męskiego liceum katolickiego wstąpił na Uniwersytet Xavier. Żeby opłacić czesne, dorabiał jako dozorca na campusie. Jako pierwszy w rodzinie Boehnerów skończył studia wyższe. W czasie wojny w Wietnamie służył w marynarce, ale po dwóch miesiącach odesłano go do kraju z powodu zadawnionej kontuzji, której nabawił się na boisku futbolowym. Jeszcze przed zrobieniem dyplomu – z biznesu i zarządzania – został współwłaścicielem lokalnej firmy Nucite Sales, dystrybutora opakowań i wyrobów plastikowych. Z czasem został jej dyrektorem i prezesem.

Każdy amerykański polityk marzy o takim życiorysie: skromne pochodzenie, bieda, ciężka praca, drobny biznes, sport, religia, służba w armii... Jak większość rodzin z lower-middle class na Środkowym Zachodzie, klan Boehnerów głosował od pokoleń na demokratów. John kontynuował tę tradycję, ale pod koniec lat 70. przeszedł do Partii Republikańskiej. Jak wyjaśnia, stało się to wtedy, gdy zdał sobie sprawę, że podatki zapłacone przez jego firmę przewyższają zyski. Czuł też, że Partia Demokratyczna opanowywana przez tęczową koalicję z udziałem posthipisowskich liberałów nie jest już miejscem dla niego. „Uważałem, że demonstranci z długimi włosami protestujący przeciw wojnie nie zachowywali się po amerykańsku” – wspominał w wywiadzie.

Jako republikanin i spełniony biznesmen spróbował sił w polityce, startując z sukcesem w wyborach do władz rodzinnego miasta West Chester Township. W dwa lata później został deputowanym do zgromadzenia stanowego. W 1990 r. zdobył mandat do Izby Reprezentantów.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną