USA: Nowa taktyka walce z terroryzmem

Nieżywy lub martwy
Koniec Osamy ibn Ladena pokazał nową taktykę Ameryki w walce z terroryzmem: targeted killings, czyli celowane zabójstwa. Zgładzenie szefa Al-Kaidy pomoże Barackowi Obamie w wyścigu o reelekcję, ale komplikuje wojnę w Afganistanie.
Amerykańska ulica cieszy się ze śmierci ibn Ladena.
Aristide Economopoulos/The Star-Ledger/Corbis

Amerykańska ulica cieszy się ze śmierci ibn Ladena.

Operację Trójząb Neptuna na żywo obserwowali najważniejsi ludzie administracji Baracka Obamy.
Pete Souza/The White House/Corbis

Operację Trójząb Neptuna na żywo obserwowali najważniejsi ludzie administracji Baracka Obamy.

Przemysł zabawkarski reaguje natychmiast i bez skrupułów – zabij sobie Osamę sam.
EAST NEWS

Przemysł zabawkarski reaguje natychmiast i bez skrupułów – zabij sobie Osamę sam.

Osama ibn Laden zginął tak jak jego ofiary: z zaskoczenia i bez broni w ręku. 2 maja amerykańscy komandosi wzięli szturmem dom w pakistańskim Abbottabadzie, zabijając przywódcę Al-Kaidy wraz z synem i dwoma przybocznymi. Ocalały trzy kobiety i dziewięcioro dzieci. Wbrew początkowym doniesieniom ibn Laden nie strzelał do żołnierzy – jedyne strzały w stronę komandosów padły na zewnątrz budynku, mężczyźni zabici w środku nie byli uzbrojeni. Sam ibn Laden w chwili śmierci miał pod ręką kałasznikowa i pistolet, ale nie sięgnął po nie. Czy Amerykanie mogli wziąć go żywcem? Nawet jeśli istniała taka możliwość, rozkazy były inne: jak powiedział szef CIA Leon Panetta, „nie zakładano, że Osama zostanie pojmany”. Celem operacji było zabicie, nie schwytanie lidera Al-Kaidy.

Tydzień po wydarzeniu w Europie podniósł się chór oburzenia na Amerykę. Obrońcy praw człowieka lamentują, że na ibn Ladenie wykonano wyrok i nie uszanowano jego prawa do procesu, niektórzy prawnicy uważają, że komandosi nie mieli podstaw, by go zabijać. Amerykanie przypominają, że w czasie akcji liczyły się ułamki sekund, a żołnierze musieli liczyć się z ewentualnością, że terrorysta odpali ukryty ładunek wybuchowy. Poza tym dylematy prawne nie znikłyby wraz z pojmaniem ibn Ladena: trafiłby do więzienia w Guantanamo, czekałby go tajny proces, który i tak skończyłby się wyrokiem śmierci. Barack Obama uznał, że po zamachach z 11 września 2001 r. ma prawo wymierzyć sprawiedliwość tak, jak uzna to za stosowne. A przy okazji dać jasny sygnał terrorystom.

Europa lubi krytykować Amerykę, zwłaszcza po fakcie, ale tym razem sama ma brudne ręce. Dzień przed zabiciem ibn Ladena samoloty NATO ostrzelały kompleks Bab Azizija w Trypolisie. Dziwnym trafem jedna z rakiet uderzyła w dom, gdzie przebywał Muammar Kadafi – libijski przywódca przeżył, zginął natomiast jego najmłodszy syn i troje wnucząt poniżej trzeciego roku życia. Francja i Wielka Brytania zaprzeczają, jakoby polowały na dyktatora lub jego rodzinę – NATO twierdzi, że nalot w Trypolisie był częścią ataku na punkty dowodzenia armii libijskiej. Nawet depesze dyplomatyczne USA odnotowują, że 29-letni Saif Arab trzymał się z dala od wojska i nie angażował w politykę jak jego bracia. Są dwa wyjaśnienia: albo autorzy ataku pomylili synów Kadafiego, albo, co bardziej prawdopodobne, wzięli na cel samego dyktatora.

Cel: terrorysta

Wojnę z terroryzmem zastąpiło likwidowanie terrorystów. Po zamachach w Moskwie w 1996 r. Władimir Putin, wówczas jeszcze początkujący premier Rosji, ogłosił, że „dopadniemy sprawców nawet w kiblu”. Przez kolejne 15 lat zabójstwa zleceniodawców stały się powszechną metodą walki z terroryzmem nie tylko w Rosji. W 2004 r. rosyjska bomba wybuchła w Dausze pod samochodem Zelimchana Jandarbijewa, który finansował zamach w teatrze na Dubrowce, w tym samym roku izraelska rakieta trafiła założyciela Hamasu Ahmeda Jasina. W 2006 r. amerykańskie bomby zabiły przywódcę Al-Kaidy w Iraku Abu Musaba Zarkawiego, a dwa lata później oddział kolumbijskich komandosów wtargnął do Ekwadoru, by zastrzelić lidera FARC Raúla Reyesa.

Gdy Osama ibn Laden dokonał swojego ataku na Amerykę, obowiązująca doktryna nakazywała wkraczać do państw dających schronienie terrorystom. Tak też zrobili Amerykanie w Afganistanie, ale nie ułatwiło to wcale złapania ibn Ladena, a najechane kraje stawały się poligonem dla nowych terrorystów. Nie mogąc opanować wojny domowej w Iraku, pięć lat temu USA przyjęły taktykę targeted killings, tropienia i zabijania organizatorów zamachów na siły koalicji. W Pakistanie CIA od kilku lat prowadzi program systematycznego zabijania terrorystów przy użyciu samolotów bezzałogowych, w samym Afganistanie to samo robią oddziały komandosów. Zabicie ibn Ladena, jakkolwiek wyjątkowe ze względu na jego rolę w Al-Kaidzie, jest tylko kolejnym z kilkuset zabójstw celowanych ostatnich lat.

Ich skutek jest taki sam jak morderstw politycznych z czasów zimnej wojny, ale z prawnego punktu widzenia istnieje zasadnicza różnica: podczas gdy skrytobójstwa obcych przywódców są dziś w USA zakazane, zabijanie terrorystów odbywa się w majestacie prawa. Dlatego też Ameryka, Izrael ani Kolumbia nie ukrywają zabójstw celowanych, przeciwnie, szczegółowo je relacjonują, często pokazują zdjęcia zabitych – tak było przy Jassinie, Zarkawim i Reyesie. Biały Dom rozważał publikację zdjęcia ibn Ladena z przestrzeloną głową, ale ostatecznie z tego zrezygnował. „My jesteśmy inni. Nie traktujemy tych zdjęć jak trofeów” – przekonywał Barack Obama w niedzielnym wywiadzie dla stacji ABC. Inna rzecz, że polityczne korzyści ze zgładzenia szefa Al-Kaidy spłynęły już na jego konto.

Moment triumfu

Przemówienie Obamy o zgładzeniu ibn Ladena obejrzało 56 mln Amerykanów. Biały Dom uprzedził rodziny ofiar zamachów na WTC i Pentagon, że mają oglądać telewizję, sam Obama zadzwonił z wiadomością do George’a Busha i Billa Clintona. W przemówieniu skwapliwie wyliczył swój wkład w schwytanie szefa Al-Kaidy, doradcy co rusz podkreślali stanowczość i przywództwo prezydenta w czasie operacji. Zanim Obama skończył mówić w telewizji, tłum pod Białym Domem skandował już „USA, USA!”, młodzi wznosili okrzyki radości, reporterzy telewizji wyławiali z tłumu weteranów wojny w Afganistanie. Nowojorski Times Square ogarnął patriotyczny entuzjazm, na Ground Zero, gdzie stały kiedyś bliźniacze wieże, ludzie recytowali przysięgę na wierność fladze USA.

Ameryka przeżyła rzadki moment triumfu i niezmąconej niczym euforii. Nastrój porównywano do radości po zakończeniu II wojny światowej, co wydaje się przesadą, ale od czasu Adolfa Hitlera nikt nie budził w USA takiej nienawiści jak Osama. Rodziny ofiar ataków z 11 września 2001 r. otrzymały satysfakcję – nie wszyscy mówili o closure, zabliźnieniu psychicznej rany po zamachach, ale wielu tak właśnie określało swoją reakcję. Zabicie ibn Ladena to zwycięstwo całej Ameryki, która przez chwilę przeżywała nieznany od dawna okres narodowej zgody i pokrzepienia ducha, nadwątlonego stagnacją gospodarki i opiniami o zmierzchu supermocarstwa. Dla Europejczyków radość z powodu śmierci wyglądała niestosownie, ale Amerykanie świętowali w dużej mierze kres własnej bezsilności.

Obama świętował osobisty triumf. Uznanie wyrazili mu nawet ci, którzy od 2009 r. nie powiedzieli o nim jednego dobrego słowa, jak b. wiceprezydent Dick Cheney i czołowy komentator prawicy Sean Hannity. Operacja w Abbottabadzie zniweczyła budowany przez republikanów wizerunek prezydenta profesora, nieumiejącego podjąć twardej decyzji i narażającego na szwank bezpieczeństwo kraju. Jeszcze jako kandydat w 2008 r. Obama zapowiedział, że jeśli dostanie dane wywiadowcze o miejscu pobytu ibn Ladena, wyśle wojska nawet do Pakistanu, nie pytając o zgodę tamtejszego rządu – wtedy uznano to za gafę, a teraz zrobił dokładnie to, co wtedy zapowiedział. Pokazał charakter i gotowość podejmowania ryzyka, których brak osłabiał dotychczas jego prezydencki wizerunek.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną