Coraz więcej domowych plantacji marihuany w Izraelu

Podziemie na strychu
Od wieków paliło się tu haszysz z fajek wodnych. Młodzi Izraelczycy wolą skręty z marihuaną domowej produkcji. Coraz mocniejszą, droższą i rozprowadzaną przez gangi.
Wśród młodych Izraelczyków gwałtownie rośnie konsumpcja marihuany i nie jest to już ta sama niewinna trawka, której legalizacji domagają się organizacje studenckie.
Nir Elias/Reuters/Forum

Wśród młodych Izraelczyków gwałtownie rośnie konsumpcja marihuany i nie jest to już ta sama niewinna trawka, której legalizacji domagają się organizacje studenckie.

Izraelskiej młodzieży przestaje już wystarczać fajka wodna - upowszechnia się palenie wzbogaconej marihuany.
Uriel Sinai/Getty Images/Flash Press Media

Izraelskiej młodzieży przestaje już wystarczać fajka wodna - upowszechnia się palenie wzbogaconej marihuany.

W muzułmańskim miasteczku Um el-Fachm, przy głównej szosie z Tel Awiwu do Galilei, w kawiarenkach rozsianych na zboczu wzgórza pod meczetem można ich spotkać w każdy piątek. Przy stolikach z findżanem mocnej kawy starsi panowie w ciemnych galabijach rozprawiają o sprawach wielkiego świata i statecznie pociągają haszysz z wodnych fajek. Nikt nigdy nie powie, że są upaleni, choć zdarza się, że milczą, kontemplują i czekają, aż gorzkawy dym odetnie ich od codziennych kłopotów.

Tej starej tradycji nie zakłócają ingerencje policji, mimo że publicznie raczą się nielegalnym w Izraelu narkotykiem. Nikt nie pyta, gdzie go kupili, bo wszyscy znają nazwiska i adresy plantatorów i producentów wytwarzających haszysz z żywicy krzewu konopi. Islam zabrania picia alkoholu, więc palenie haszyszu, zwłaszcza w dzień wolny od pracy, stało się na arabskim Wschodzie zwyczajem, którego nikt tutaj nie potępia.

Co innego w Tel Awiwie, Natanji, Hajfie i innych izraelskich miastach, gdzie tradycyjną fajkę z haszyszem zastąpił skręt z trawką albo, jeśli ktoś woli, dżoint albo grass. Wśród młodych Izraelczyków gwałtownie rośnie konsumpcja marihuany i nie jest to już ta sama niewinna trawka, której legalizacji domagają się organizacje studenckie. Drogi przemytu marihuany do Izraela zostały w większości odcięte, więc w kraju ruszyła domowa produkcja, a ta została tak bardzo udoskonalona, że towar w niczym nie przypomina haszyszu z arabskich fajek. Nie tylko dlatego, że wytwarza się go z suszu konopianych liści, a nie z żywicy krzewu konopi – zawartość THC, czyli aktywnych biologicznie substancji, tych powodujących euforię, wzrosła dziesięciokrotnie. Oczywiście proporcjonalnie wzrosła też cena narkotyku.

Kef, czyli przyjemność

Jeszcze kilka lat temu, gdy popyt na marihuanę był w Izraelu niewielki, 10 gramów kosztowało mniej niż sto dolarów. Zawierała wówczas nie więcej niż 2 proc. THC, a przemyt z Sudanu przez Egipt i Synaj w pełni zaspokajał popyt. Dzisiaj za tę samą ilość dobrej trawki, czyli takiej, w której zawartość THC podskoczyła do 19 proc., gwarantując prawdziwe odprężenie, optymizm, a także wzrost samooceny i przyjemności seksualnej, zapłacić trzeba tysiąc dolarów, a czasami nawet więcej.

Nic dziwnego, że nawet ci, którzy plantację zakładali w doniczkach, wyłącznie na własny użytek, nie oparli się pokusie przekształcenia prywatnych mieszkań w półprzemysłowe wytwórnie wysokogatunkowego, zakazanego produktu. W hebrajskim slangu powstał cały zbiór powiedzeń określających jego walory, ale najpopularniejsze to chyba kef – czyli po prostu „przyjemność”.

W nadmorskich barach i wielkomiejskich dyskotekach wciąż jeszcze można się publicznie zaciągnąć dymkiem skręta starego typu. Nawet jeśli znajdzie się w lokalu tajniak, przymknie oczy. Nie na połów płotek tam przyszedł. Stałym bywalcom barman wyciągnie gotowca spod lady albo dosypie szczyptę marihuany do herbaty. Skutek będzie taki sam: dobre samopoczucie. W razie potrzeby, gdy pod ladą zabraknie towaru, sprzeda go kolega, na ogół ten sam, który w ciągu dnia przemierza piaszczyste plaże, żeby znaleźć klientów na lekki odlot.

Ale prawdziwy, mocny towar zszedł do podziemia. Podziemie może się znajdować w piwnicy albo na strychu, ale najczęściej mieści się w jednym pokoju prywatnego mieszkania.

Tak było w przypadku Ejtana B. aresztowanego niedawno przez policję. Na ślad domowej plantacji naprowadzili ją sąsiedzi, skarżący się na podejrzany odór w klatce schodowej. „Zła izolacja to rzeczywiście był mój błąd – zeznał Ejtan podczas przesłuchania. – Zapomniałem zatkać ręcznikiem szparę pod drzwiami do mieszkania”.

Nie tylko ostry zapach wydostał się z mieszkania Ejtana. Także protokół przesłuchania wyciekł do publicznej wiadomości, a z jego treści można było sporządzić krótką instrukcję produkcji wysokogatunkowej marihuany.

Ściany pomieszczenia obija się dwiema warstwami izolacji. Pierwsza tłumi hałas klimatyzatorów, a druga, sporządzona z odbijającej światło folii, wzmacnia działanie i tak już mocnych 600-watowych żarówek. Podobnych zazwyczaj używa się do oświetlania stadionów sportowych.

Liście marihuany, która wykiełkowała z gleby wzbogaconej łuskami orzecha kokosowego, kochają mocne światło. No i nie wolno zapomnieć o skomplikowanej instalacji hydroponicznej. Wodę należy pobierać z cieknących klimatyzatorów. Jest chemicznie czysta, bez chloru – a równocześnie rozwiązuje się problem jej skutecznego odprowadzania. W ten oto sposób Ejtan skracał do kilku miesięcy proces dojrzewania rośliny, który w przyrodzie trwa zwykle ponad rok. Wszystko to pod warunkiem, że nasiona, które przed zasadzeniem trzeba namoczyć w szklance z ciepłą wodą, są wysokiego gatunku. U Ejtana tak było, bo nasiona sprowadzał zawsze od renomowanego dilera z Amsterdamu, gdzie można je kupić legalnie. A całe skomplikowane pozornie wyposażenie domowej plantacji nabywał w sklepach dla rolników, elektryków lub hydraulików.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną