Muzułmanie w Europie: Razem czy osobno

Jak się nie zderzyć
Po „Charlie Hebdo” burmistrz Rotterdamu, zresztą muzułmanin, powiedział europejskim muzułmanom: jak wam się Zachód nie podoba, to spadajcie. Trudno dziś w Europie o głupszą receptę.
Pokojowa manifestacja muzułmanów na rzecz Palestyny na moście w Rotterdamie.
Hans Knikman/Demotix/Corbis

Pokojowa manifestacja muzułmanów na rzecz Palestyny na moście w Rotterdamie.

Burmistrz Rotterdamu Ahmed Aboutaleb, Marokańczyk z pochodzenia.
Robin Utrecht/EPA/Polityka

Burmistrz Rotterdamu Ahmed Aboutaleb, Marokańczyk z pochodzenia.

Rotterdamski meczet.
Jerry Lampen/Reuters/Forum

Rotterdamski meczet.

Gdy rada miejska Rotterdamu rozważała zaproponowanie mu stanowiska burmistrza, ani razu nie padła uwaga o jego religii. Żaden radny nie zająknął się też w sprawie podwójnego obywatelstwa. Najcięższy zarzut padł pod sam koniec debaty z ust radnego Zielonych: „Ale przecież on jest kibicem Ajaxu! (czyli klubu z Amsterdamu)”.

W 2008 r. kandydatura Ahmeda Aboutaleba przeszła znaczną większością głosów. Jest on pierwszym muzułmaninem, który rządzi dużym europejskim miastem. Choć ten ostatni przymiotnik do Rotterdamu pasuje coraz mniej – przeszło 47 proc. jego mieszkańców to imigranci lub ich potomkowie. Według prognoz już w 2020 r. większość rotterdamczyków będzie muzułmanami. Tym bardziej muszą dziwić słowa Aboutaleba wypowiedziane tuż po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo”.

Burmistrz w wywiadzie na żywo dla publicznej telewizji powiedział do braci w wierze: „To niezrozumiałe, że możecie się odwracać od wolności. Ale jeśli nie cenicie wolności, to – w imię niebios – spakujcie swoje walizki i wyjedźcie”. Zrobił sobie przerwę i przyłożył jeszcze mocniej: „Może na świecie jest miejsce, gdzie możecie być sobą. Bądźcie ze sobą szczerzy i nie zabijajcie niewinnych dziennikarzy. Po prostu, jeśli się wam tu nie podoba, bo jacyś satyrycy robią gazetę, to po prostu wyp…lajcie”.

Ta zwięzła recepta na wszelkie problemy z imigracją muzułmanów w Europie zrobiła już międzynarodową furorę. Burmistrz Aboutaleb, miłośnik i tłumacz subtelnej poezji Adonisa, czasem jednak lubi przysolić. Teraz doskonale wstrzelił się w nastroje, które po okresie szoku zaczynają dominować w Europie. To koniec; albo my, albo oni – twierdzą niektórzy obrońcy zachodniej cywilizacji. Problem w tym, że „oni” nie mają dokąd „wyp…lać”, bo są już stąd.

1.

Na początek mała dekonstrukcja. Islam ma zespół cech wrodzonych: jest zacofany, agresywny, nietolerancyjny, niepodatny na zmianę. Z tego wynika nasza – zachodnia – wyższość moralna. A jeśli już jesteśmy o tej wyższości głęboko przekonani, to naturalną (i moralną) rzeczą jest, że chcemy europejskich muzułmanów od islamu uratować. Mówimy: weźcie naszą moralność, a staniecie się tak bogaci i demokratyczni jak my. Jeśli ją odrzucicie, pozostaniecie biedni i zniewoleni. Musimy na was naciskać, bo sami się nie zmienicie – tak już macie.

Jeśli do imigracji podejdziemy w ten sposób, do czego przekonują m.in. znana ze swych antyislamskich wypowiedzi Ayaan Hirsi Ali czy holenderski populista Geert Wilders, to mamy problem. Jeśli agresja, terroryzm i zabijanie to kwintesencja islamu, to porozumienie jest niemożliwe – ktoś musi z Europy wyjechać. Etykietowanie wszystkich muzułmanów jako radykałów jest przy tym jak samospełniająca się przepowiednia, która wpycha umiarkowanych wyznawców islamu w ręce terrorystów, a bez tych umiarkowanych porozumienia nie będzie.

Dlatego tak zaskakujące były słowa burmistrza Aboutaleba – sam wpakował wszystkich współbraci w wierze do jednego worka: zarówno tych, którym Zachód może się nie podoba, ale akceptują jego zasady, jak i tych, którzy te zasady chcą przemocą zburzyć. Gdy w 1976 r. jako 15-latek przyjechał do Holandii z Maroka, sam odrzucał te zasady, uważał, że Holendrzy traktują go z góry, że jest dyskryminowany. Dziś jest modelowym przykładem muzułmanina Europejczyka. Ma sukces i też nowe zdanie o warunkach integracji.

2.

Słowa to jedno, a praktyka drugie – szczególnie u polityka. Jeszcze dwa lata temu na konferencji w Rotterdamie Aboutaleb twierdził, że mówienie o wojnie religijnej na ulicach europejskich miast to przede wszystkim brak zaufania dla zdolności adaptacyjnych demokracji, szczególniej tej lokalnej. Przekonywał, że struktura demograficzna Rotterdamu to przecież gotowy przepis na zderzenie cywilizacji – z jednej strony zamknięci w swoich dzielnicach muzułmanie, z drugiej – kolebka najbardziej skrajnych, antyimigranckich ugrupowań w Holandii. A u niego na ulicach panuje spokój.

Na poziomie miasta nikt nie teoretyzuje o Koranie i szariacie – dowodzi Aboutaleb. Ważniejsza jest praktyka. Marsylia (20 proc. muzułmanów) i kilka innych europejskich miast ogranicza już ruch samochodowy w trakcie muzułmańskich świąt. We wschodnim Londynie od lat zawieszane są przepisy o parkowaniu w trakcie piątkowych modlitw w meczetach. W lyonskich szkołach codziennie na obiad jest do wyboru danie bez mięsa – dzięki temu ruchowi, niby w stronę wegetarian, uniknięto zmieniania menu wyłącznie dla muzułmanów, którzy nie jedzą mięsa nieprzyrządzanego zgodnie z religijnym rytuałem.

Dla tej lokalnej integracji muzułmanów symboliczny stał się meczet w Duisburgu. To miasto w Nadrenii Północnej-Westfalii było jednym z pierwszych celów gastarbeiterów, zaproszonych do Niemiec z Turcji w latach 50. Pierwotnie meczet powstał nieco w tajemnicy, w starej kantynie. Reakcji nie było, więc muzułmanie dodali jeszcze wezwanie do modlitwy przez głośniki, co już spotkało się z buntem autochtonów. Powołano więc radę (m.in. ksiądz, związkowiec), która miała opracować plan integracji.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną