Czy Unia może karać za psucie demokracji

Odyseusz się wyrywa
Czy Unia Europejska ma prawo karania członków za łamanie zasad liberalnej demokracji? Ma nawet obowiązek, jeśli chce przetrwać.
Jeszcze do niedawna sprawa wychodzenia z Unii nie była w ogóle uregulowana w unijnym prawie.
Wiktor Dąbkowski/Corbis

Jeszcze do niedawna sprawa wychodzenia z Unii nie była w ogóle uregulowana w unijnym prawie.

Czy Unia w ogóle ma prawo karać członków za uchybienia w sztuce demokracji, skoro jej samej zarzuca się praktyki niedemokratyczne, np. podczas kryzysu zadłużeniowego wobec Grecji?
Tony Webster/Wikipedia

Czy Unia w ogóle ma prawo karać członków za uchybienia w sztuce demokracji, skoro jej samej zarzuca się praktyki niedemokratyczne, np. podczas kryzysu zadłużeniowego wobec Grecji?

audio

AudioPolityka Łukasz Wójcik - Odyseusz się wyrywa

Poteoretyzujmy. Wyobraźmy sobie taką oto sytuację – w jednym z państw członkowskich Unii Europejskiej dochodzi do legalnego zamachu stanu. Władzę obejmuje autokrata, który za nic ma rządy prawa, zasadę trójpodziału władzy i autonomii jednostki. Konstytucję zmienia jak chce, bo ma odpowiednią większość. Drwi z Brukseli, zarzuca jej neokolonializm i twierdzi, że nikt nie będzie mówił jego współobywatelom, jak mają żyć. I jednocześnie w świetle reflektorów otwiera kolejne autostrady – wybudowane za unijne pieniądze, o czym już nie wspomina.

Czy można takie państwo wyrzucić z Unii? Nie można. Jeszcze do niedawna sprawa wychodzenia nie była w ogóle uregulowana w unijnym prawie. Zakładano, że przystąpienie do europejskiego projektu jest wyborem nie tyle politycznym, ile cywilizacyjnym. A członkowie będą traktowali wspólnotę jako dobro wspólne, więc będą działać w dobrej wierze. Sytuacja się jednak zmieniła i od 2007 r. w Traktacie o Unii Europejskiej widnieje już art. 50., który pozwala państwom członkowskim na wystąpienie, droga wolna. Ale o wyrzuceniu nie ma mowy. To błąd – twierdzi coraz liczniejsza grupa zachodnioeuropejskich polityków, m.in. szara eminencja Komisji Europejskiej i jej wiceprzewodniczący Holender Frans Timmermans.

Ich tok rozumowania jest następujący: Unia Europejska jest jedynym w swoim rodzaju politycznym towarzystwem ubezpieczeniowym. Szczególnie z punktu widzenia państw członkowskich z komunistyczną przeszłością. Państwa te, wstępując do Unii i zgadzając się przyjąć jej wartości i zasady, wykupiły coś w rodzaju polisy ubezpieczeniowej na wypadek, gdyby miały w przyszłości popaść w polityczne szaleństwo. Tak jak Odyseusz przywiązały się do europejskiego masztu, aby nie dać się zwieść syrenom populizmu i autorytaryzmu. Ale czasem przychodzi taki moment, że jeśli łajba ma przetrwać, Odyseusza trzeba wyrzucić za burtę.

1.

Unia Europejska, jako spadkobierczyni w prostej linii sojuszów opartych na węglu i stali, bardzo późno zainteresowała się swoją politycznością. Co nie znaczny, że pierwsi członkowie nie dostrzegali politycznej roli tej organizacji. Współczesne instytucje wydają się jednak skrojone raczej do negocjowania umów handlowych, regulacji wspólnego rynku i wolnej konkurencji, rozdzielania funduszy strukturalnych niż do kierowania europejskim imperium. Polityczne zasady współżycia były nie tyle ignorowane, co panował w tej sprawie kompromis – po wojnie państwa Europy Zachodniej obrały kurs na demokrację liberalną, która jako system – z lokalnymi odchyleniami – była dla wszystkich niekwestionowanym ideałem.

Niemiecki politolog Jan-Werner Müller przekonuje, że ten właśnie powojenny kierunek zmian politycznych w Europie od początku polegał na przekazywaniu kolejnych uprawnień niewybieralnym instytucjom, np. sądom konstytucyjnym. W książce „Contesting Democracy” pisze, że takie – wydawać by się mogło – antydemokratyczne tendencje wynikały wprost z obaw zrodzonych po epoce demokratycznie zbudowanych totalitaryzmów. Stąd też zrodziła się np. niemiecka idea demokracji wojującej, streitbare Demokratie, czyli system, w którym wszystkie trzy władze dzierżą szczególne uprawnienia pozwalające im na obronę liberalnego ładu przed demokracją, w imię demokracji.

Zwolennicy takiego modelu z niepokojem przyjęli więc perspektywę poszerzenia Unii o kraje byłego bloku wschodniego. Paradoksalnie okazało się jednak, że wobec tych potencjalnych członków Europa musiała się w końcu określić, spisując pierwszy raz swoje podstawowe wartości polityczne. Zawarto je w tzw. kryteriach kopenhaskich z 1993 r. i nadal pełnią one rolę zbioru warunków, których spełnienie otwiera drogę do członkostwa. Obok kryteriów ekonomicznych (np. gospodarka rynkowa) są tam również cztery polityczne: stabilna demokracja, rządy prawa oraz poszanowanie dla praw człowieka i mniejszości.

Pierwszy problem polega na tym, że owe kryteria tracą swoją prawną wagę po przystąpieniu. O ile państwa kandydackie są co roku recenzowane przez Komisję Europejską pod kątem spełniania kryteriów kopenhaskich, o tyle te same państwa już w Unii nie podlegają takiej systematycznej kontroli. Nie oznacza to, że na członków Unii nie ma bata. I tu jest drugi problem: ten unijny bat przybiera tylko dwie skrajne formy: łaskotek albo bomby nuklearnej.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną