Co dalej w sprawie Korei Płn.

Uzbrojeni w cierpliwość
Wiosenne nawroty kryzysu koreańskiego to cykliczny blef Kim Dzong Una. Sytuacja zmieniła się o tyle, że teraz w Ameryce rządzi Donald Trump.
Atrapy rakiet z orwellowskim hasłem: „Dla pokoju i stabilności świata” na paradzie z okazji 105. rocznicy urodzin Kim Ir Sena, założyciela dynastii.
Wong Maye-E/AP/EAST NEWS

Atrapy rakiet z orwellowskim hasłem: „Dla pokoju i stabilności świata” na paradzie z okazji 105. rocznicy urodzin Kim Ir Sena, założyciela dynastii.

Kim Dzong Un jako Najwyższy Przywódca rządzi już szósty rok.
KCNA/Xinhua/ZUMAPRESS/Forum

Kim Dzong Un jako Najwyższy Przywódca rządzi już szósty rok.

audio

AudioPolityka Jędrzej Winiecki - Uzbrojeni w cierpliwość

Miała wybuchnąć wojna jądrowa, przez kilka tygodni serwisy informacyjne na wszystkich kontynentach straszyły napięciem na Półwyspie Koreańskim. Tymczasem rozeszło się po kościach, jakby na majówkę wyjechało także przywództwo polityczno-wojskowe obu Korei, Ameryki i Chin. Na szczęście jeszcze w pierwszych dniach maja nie padł żaden strzał, a strony zrezygnowały z eskalacji.

Robert Litwak, badający drogi rozprzestrzeniania się broni masowego rażenia i tzw. państwa zbójeckie (Korea Płn. jest zaliczana do ich czołówki), uznaje kryzys koreański za „kubański kryzys rakietowy w zwolnionym tempie”. Stawka i zagrożenia są podobnie najwyższe, więc nie ma miejsca na pochopne decyzje, zbyt łatwo uruchomić apokalipsę. Ale, jak mówił Litwak dziennikowi „New York Times”, zwolnione zazwyczaj tempo gwałtownie przyspieszyło, gdy rząd Donalda Trumpa dał wyraźnie do zrozumienia, że przestaje tolerować postępy programu zbrojeń Korei Płn.

Logikę postępowania Trumpa i jego rządu wykłada adm. Harry Harris, dowódca amerykańskich sił zbrojnych na Pacyfiku, Oceanie Indyjskim i w dużej części Azji: północnokoreańskiego satrapę Kim Dzong Una trzeba traktować poważnie. Jeśli Kim mówi, że zaatakuje Stany Zjednoczone i ich sojuszników – Koreę Płd., Japonię czy Australię, to trzeba być na atak przygotowanym. Sęk w tym – to pytanie o dokładny przebieg granicy oddzielającej fantazję od rzeczywistości – że północnokoreańska propaganda z kamienną miną telewizyjnych spikerów zapewnia, że wystarczą trzy bomby z jej arsenału, by zniszczyć całą planetę.

Wiosna Kimów

Wiosna sprzyja kryzysom na Półwyspie. Co roku, tradycyjnie w marcu i kwietniu, wojska Korei Płd. ćwiczą wspólnie z Amerykanami. Regularne manewry propagandowo podchwytuje Korea Płn., widzi w nich przygotowania do wojny. A że już bodaj piąte czy szóste pokolenie poddanych Kimów szykuje się do odparcia spodziewanej inwazji, toteż reżim tworzy przeciwwagę dla obrazków z południowokoreańskich poligonów. Chętnie testuje uzbrojenie, w tym – na przekór zakazom Rady Bezpieczeństwa ONZ – przeprowadza próby rakiet. Nie zawsze udanymi próbami uświetnia ważne rocznice przypadające podczas manewrów: urodziny Kim Ir Sena w połowie kwietnia i święto Koreańskiej Armii Ludowej pod koniec miesiąca, będące okazją do malowniczych defilad.

Po przejęciu władzy w Korei Płn. przez Kim Dzong Una w 2011 r. wiosenne kryzysy rozwijały się w przewidywalny sposób. Komunistyczna Północ na długo przed manewrami, jeszcze np. w styczniu, zaczyna od ostrzeżeń, by nie wyjeżdżać na poligony, a gdy to jednak następuje, przechodzi do fazy podgrzewania atmosfery, by dość szybko wpaść w spazmy i tygodniami grozić atakiem rakietowym na USA i Koreę Płd. Zdarzyło się już przecież, że Kim wypowiedział – jedynie retorycznie – wojnę obu największym wrogom, później – także retorycznie – wojnę tę jednostronnie toczył. Propaganda opowiadała przy tym, jakie to niszczycielskie dla wrogów posunięcia północnokoreańskie wojska mogłyby hipotetycznie wykonać, by wreszcie – też retorycznie – wojnę szybko zwycięsko zakończyć. Zazwyczaj, tak się stało i teraz, napięcie gwałtownie opadało wraz z zakończeniem manewrów (w tym roku 30 kwietnia). Dotąd co roku szło mniej więcej tym samym torem, z tą różnicą, że tym razem teoretycznego triumfu zapragnął również Donald Trump.

Czekając na rakiety

Za prezydentury Baracka Obamy powściągliwe traktowanie północnokoreańskiej paplaniny nazywało się „strategiczną cierpliwością”, wyczekiwaniem, aż zaczną działać nałożone na Koreę Płn. sankcje i aż Chiny, jedyny poważny sponsor i protektor, przemówią Kimowi do rozsądku. W efekcie czego program zbrojeń zostanie znacznie spowolniony, a najlepiej zamrożony. Cierpliwość podbudowano przekonaniem, że co prawda niewiele można już zrobić, ale Kim, jak Związek Radziecki przed nim, nie zdoła wykorzystać rakiet i bomb, które są przecież jego jedyną gwarancją przetrwania. Rozkaz odpalenia czegokolwiek zawierającego broń masowego rażenia w kierunku USA, ich baz na Pacyfiku, w Japonii czy Korei Płd. równałby się samobójstwu.

Do powściągliwości skłaniały rachuby, że z kolei jakiekolwiek uderzenie na Koreę Płn. pociągnie za sobą odwet, wymierzony zapewne w Koreę Płd. i ofiary idące po obu stronach 38. równoleżnika w setki tysięcy, jeśli nie miliony. 23 lata i 11 lat temu amerykańscy prezydenci Bill Clinton i George W. Bush zupełnie poważnie rozpatrywali zniszczenie północnokoreańskiego ośrodka jądrowego. Ale ostrzeżenia przed rozmiarem katastrofy były wystarczająco przekonujące.

Dziś amerykański wywiad jest pewien, że Kim mógłby uderzyć w cele w regionie. Nie ma jednak pewności, kiedy jego inżynierowie opracują technologie umożliwiające wysyłanie rakiet na duże odległości, co pozwoliłoby osiągnąć kontynentalną część USA. To może być kwestia kilku lat. Dlatego amerykański wiceprezydent Mike Pence ogłasza koniec strategicznej cierpliwości, a Trump dołącza do Kima w retorycznie pozycyjnym starciu. Amerykanin nie wykluczył żadnej możliwości, wysłał ku Korei armadę i czekał na upragniony pierwszy poważny sukces w polityce międzynarodowej.

Wojna z Albanią

Trump w kryzys koreański wszedł z impetem, który nadało mu zbombardowanie lotniska w Syrii i wykorzystanie dużej bomby do zniszczenia systemu jaskiń talibów w Afganistanie. Sposób, w jaki Trump traktuje państwa zbójeckie, przypomina jednak wojnę amerykańsko-albańską, którą 20 lat temu stoczyli Robert De Niro i Dustin Hoffman w filmie „Fakty i akty”, promowanym hasłem „komedia o prawdzie, sprawiedliwości i innych efektach specjalnych”. W owym filmie chodziło o wyratowanie prezydenta USA ze skandalu obyczajowego, więc jego doradca (De Niro) wspólnie z wziętym producentem filmowym (Hoffman) odciągnęli uwagę widzów wymyślonym wyłącznie na użytek telewizji konfliktem z Albanią. Chwyciło. Pomagała legendarna amerykańska nieznajomość geografii, dramatyzm opracowanych przez scenarzystów zdarzeń i doświadczenia machiny Hollywood.

Z zaangażowaniem Trumpa w kryzys koreański, w końcu też telewizyjnego wyjadacza produkującego latami m.in. pokazy piękności, jest jak z filmową wojną z Albanią. W kwietniu padło wiele patetycznych zapowiedzi, ale stosunkowo niewiele zmieniło się w położeniu Korei Płn., tak jak na syryjskim lotnisku samoloty lądowały już w ciągu kilku godzin po amerykańskim bombardowaniu, a w Afganistanie nie takie operacje nie zatrzymały talibów. Za to efekt telewizyjno-propagandowy był niezły. Nawet w oczach surowych krytyków Trump nabrał dostojeństwa zdecydowanego, wymierzającego sprawiedliwość przywódcy.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną