Amerykańska polityka na Bliskim Wschodzie

W poszukiwaniu gwoździ
Uznając JEROZOLIMĘ za stolicę Izraela, Ameryka przestaje udawać bezstronnego mediatora. Czy to dobrze, czy źle?
Uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela, ogłoszone na początku grudnia, odbiło się szerokim echem.
Stefano Rocca/EyeEm/Getty Images

Uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela, ogłoszone na początku grudnia, odbiło się szerokim echem.

Sprawa Jerozolimy jest symboliczna, a los Palestyńczyków mało kogo obchodzi.
Mohammed Salem/Reuters/Forum

Sprawa Jerozolimy jest symboliczna, a los Palestyńczyków mało kogo obchodzi.

Stare rosyjskie powiedzonko: „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” ma – lub ściślej mówiąc, długo miało – zastosowanie w przypadku Ameryki i Bliskiego Wschodu. Wydarzenia w Izraelu i Zatoce Perskiej przez ostatnie cztery dekady traktowano w Waszyngtonie trochę jak wiadomości z kraju – tak wielkie były wpływy i interesy największego mocarstwa w tym regionie świata.

Po katastrofalnej amerykańskiej inwazji na Irak to się zmieniło, Bliski Wschód wymknął się spod amerykańskiej kontroli i stał się nieprzewidywalny. Arabska wiosna ludów z 2011 r. obaliła kilku dyktatorów, a potem wywołała chaos w Libii, Egipcie, Jemenie i Syrii; w ogarniętych wojną domową Syrii i Iraku powstał sunnicki kalifat, który dopiero teraz, po kilku latach, upadł; Iran zdobywa kolejne szyickie przyczółki w regionie; Arabia Saudyjska i Izrael, dotychczas względem siebie wrogie, rozważają zawarcie antyirańskiego sojuszu.

Wszystko to dzieje się samoczynnie, bez zgody, inicjatywy i ręcznego sterowania Ameryki, co po części wynika z nieprzemyślanej polityki George’a W. Busha, a po części z eskapizmu Baracka Obamy, który postanowił odpuścić Bliski Wschód – czy to ze względów pragmatycznych (bo amerykańskie interwencje były kosztowne i nieudane), czy idealistycznych (bo wszystkie narody, jak postulował sto lat temu amerykański prezydent Woodrow Wilson, mają prawo do samostanowienia).

Wciąż jednak Ameryka ma na Bliskim Wschodzie duże możliwości – jeśli nie żeby coś naprawić, to przynajmniej żeby coś zepsuć. Dlatego nieobliczalny Trump i nieprzewidywalny Bliski Wschód to szczególnie niebezpieczna mieszanka wybuchowa.

Koniec fikcji

Pierwsze bliskowschodnie wyskoki Trumpa w duchu „na przekór wszystkim” mamy już za sobą: uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela i podważanie (na razie bez natychmiastowych skutków) układu między Zachodem a Iranem o wstrzymaniu irańskiego programu atomowego w zamian za zniesienie zachodnich sankcji. Szczególnie uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela, ogłoszone na początku grudnia (razem z planami przeniesienia tam amerykańskiej ambasady), odbiło się szerokim echem.

Do tej pory powszechnie zgadzano się, że status wschodniej Jerozolimy i Zachodniego Brzegu Jordanu, czyli ziem okupowanych przez Izrael od 1967 r., może być uregulowany tylko w porozumieniu Izraelczyków z Palestyńczykami. Samowolna decyzja Izraela z 1980 r. o aneksji wschodniej Jerozolimy i wpisaniu do konstytucji, że „niepodzielna Jerozolima jest stolicą kraju”, nie została przez nikogo innego formalnie zaakceptowana. Dlatego wszystkie kraje mają swoje ambasady w Tel Awiwie.

I oto Trump zrywa z tym aksjomatem polityki międzynarodowej. Wielu obserwatorom wydaje się to sensacją i niebezpiecznym zwrotem. Ale jeśli się chwilę zastanowić, jest to całkiem logiczne ukoronowanie amerykańskiej polityki wobec Izraela i Palestyńczyków. Bo przecież Waszyngton nigdy nie był bezstronnym mediatorem w ich konflikcie. Zawsze brał stronę Izraela, nawet za rządów Obamy.

Dopiero w grudniu 2016 r. dyplomacja Obamy, na trzy tygodnie przed końcem jego rządów, nie zawetowała rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ wzywającej Izrael do wstrzymania rozbudowy osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu (czyli na terytorium spornym od 1967 r.), tylko wstrzymała się od głosu. Wywołało to zdziwienie na całym świecie, przyzwyczajonym, że Ameryka bezwarunkowo popiera Izrael. Nawet jeśli konsekwencje są zgoła absurdalne.

W 2012 r. USA wstrzymały dotacje dla UNESCO, bo organizacja ta przyjęła Autonomię Palestyńską w poczet członków. Tym sposobem np. dzieci z Ghany, które nie mają bladego pojęcia o Żydach i Palestyńczykach, stały się przypadkowymi ofiarami konfliktu bliskowschodniego, bo nie dostały sponsorowanych przez UNESCO przyborów szkolnych.

Biorąc powyższe pod uwagę, uznanie Jerozolimy przez Trumpa ma niepodważalną zaletę: ostatecznie kończy długoletnią fikcję Ameryki jako bezstronnego mediatora. Rzekomo Jared Kushner, zięć Trumpa, przygotowuje jakiś nowy plan rozwikłania konfliktu bliskowschodniego, ale można śmiało przyjmować zakłady, że ani w 2018 r., ani w następnych latach nic z tego nie będzie.

Cierpliwi Palestyńczycy

To bardzo zły scenariusz, bo warto przypomnieć, jaka jest istota konfliktu: dwa narody, Żydzi i Palestyńczycy, roszczą sobie prawa do małego skrawka ziemi między Morzem Śródziemnym i rzeką Jordan. Oba mają ważkie, duchowe, emocjonalne i historyczne, argumenty. Oba są tak samo liczne (na spornym terenie żyje ok. 6 mln Żydów i 6 mln Palestyńczyków). Dziś jeden z tych narodów – po licznych wojnach, rozejmach, zamachach terrorystycznych, akcjach odwetowych – ma w swoich granicach 80 proc. spornego terytorium, ale jeszcze nie jest usatysfakcjonowany. Okupuje pozostałe 19 proc. spornego obszaru i wysyła tam kolonistów, nazywanych eufemistycznie „osadnikami”.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną