Uścisk dłoni z Trumpem wystarczył, by Kim przestał być renegatem
Trump, kierując się zasadą żelaznej niekonsekwencji w polityce zagranicznej, zmienił amerykańskie nastawienie. Dzięki temu to Kim zyskuje więcej.
Kim Dzong Un i Donald Trump spotkali się na historycznym szczycie w Singapurze.
Jonathan Ernst/Reuters/Forum

Kim Dzong Un i Donald Trump spotkali się na historycznym szczycie w Singapurze.

Wyjeżdżają z tym, po co przyjechali. Obu zależało na dobrej atmosferze i taka była. Zdjęcia uścisków dłoni – są. Potrzebowali obietnicy sukcesu i przełomu – też jest. Prezydent USA Donald Trump zaprasza przywódcę Korei Północnej Kim Dzong Una do Białego Domu i ogłasza, że proces rozbrojenia północnokoreańskiego arsenału jądrowego rychło się rozpocznie. Nawiązaliśmy wspaniałe stosunki – mówi enigmatycznie Trump. I dodaje, że potrzeba było dużo dobrej woli, by mogło dojść do szczytu. Zapewnia, że spotkanie poszło lepiej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Zostawiamy przeszłość za sobą – wtóruje przywódca Korei Północnej i deklaruje, że świat zobaczy duże zmiany itd.

Czytaj także: Historyczny szczyt Donalda Trumpa i Kim Dzong Una

O wynikach szczytu zdecydują mocarstwa

Oczywiście to tylko zapowiedzi. Rozmowy o rozbrojeniu, jego konkretnych warunkach, amerykańskich ustępstwach i gwarancjach bezpieczeństwa – to wszystko potrwa pewnie lata. Sytuacja wokół Korei jest tak zasupłana i uwikłanych jest tam tyle sprzecznych interesów, że powodzenie negocjacji o bombach i rakietach jest mocno niepewne. To, czym się ten szczyt okaże, będzie zależało także od tego, jak zinterpretują go państwa regionu, zwłaszcza mocarstwa.

Chińczycy, którzy podwieźli Kima do Singapuru swoim samolotem i prowadzili przedszczytowe konsultacje, trzymają rękę na pulsie. Korea Południowa pod wodzą prezydenta Moon Jae-ina, prącego do zbliżenia z Północą, jest nastawiona entuzjastycznie. Moon przyznał, że z emocji nie przespał dobrze nocy przed spotkaniem, relację z niego śledził z całym rządem. Rosja liczy na potknięcie Trumpa i w razie problemów chciałaby wskoczyć na fotel mediatora.

Najwięcej obaw miała Japonia. Premier Shinzo Abe w ciągu ostatniego półtora roku widział się z Trumpem siedmiokrotnie, chodziło głównie o setki północnokoreańskich rakiet, które mogą razić cele w Japonii i japońskich obywateli porywanych w minionych dziesięcioleciach. O tym Trump i Kim prawdopodobnie nie mówili.

Czytaj także: Koree próbują się pojednać

Kto zyskuje więcej na szczycie Trumpa z Kimem

Urobek Trumpa sprowadza się do doprowadzenia do pierwszego w historii spotkania amerykańskiego prezydenta z władcą z Pjongjangu. Trump może udowadniać, że jego taktyka jest skuteczniejsza niż poprzednich amerykańskich rządów – nie doszły w rozmowach z Kimami tak daleko. Nie doszły, gdyż miały ku temu powody. O ile Ameryka, także pod wodzą Trumpa, twierdzi, że Korea Północna uzbrojona w broń jądrową i rakiety międzykontynentalne jest zagrożeniem dla światowego pokoju (i amerykańskich przewag w Azji Wschodniej), o tyle wcześniej reżim z Pjongjangu ani nie był tak silnie uzbrojony, ani Amerykanie nie mieli ochoty traktować Kimów jak równorzędnych partnerów. Tym bardziej że Kimowie na swoją pozycję pracowali szantażem rozpętania wojny i użycia w niej broni jądrowej. Uleganie im byłoby złym przykładem i okazaniem słabości, na które supermocarstwo nie może sobie pozwolić.

Jednak Trump, kierując się zasadą żelaznej niekonsekwencji w polityce zagranicznej, zmienił amerykańskie nastawienie. Dzięki temu to Kim zyskuje więcej. Wywozi z Singapuru legitymację dla siebie i swojego reżimu. Spełnia się fundamentalne marzenie jego dziadka i ojca, by ich państwo uznano za pełnoprawnego uczestnika społeczności międzynarodowej. Gdy Trump uścisnął dłoń Kima na tle amerykańskich i północnokoreańskich flag, Kim przestał być renegatem.

Czytaj także: Charles Kupchan o demolującej polityce zagranicznej Donalda Trumpa

Dla obywateli Korei Północnej bez zmian

Zgodnie z przewidywaniami nie było mowy o prawach człowieka. Nie wolno zapominać, że Kim pozostaje przywódcą państwa totalitarnego, zorganizowanego i rządzonego według stalinowskich wzorów. Zbrodniczego reżimu, traktującego obywateli jak niewolników.

W Korei Południowej zwolennicy otarcia na Koreę Północną rozwiązują dylemat o etycznym wymiarze rozmów z satrapą założeniem, które do jakiegoś stopnia sprawdziło się w Chinach: przełamanie izolacji, włączenie do międzynarodowego obiegu handlowego i perspektywa korzyści gospodarczych powinny zdopingować reżim do poluzowania totalitarnych stosunków. Tyle teoria. Na razie praktyka wygląda tak, że po szczycie świat staje się nieco bezpieczniejszy, ale los poddanych Kima jeszcze się nie zmienia.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną