Świat

Jak Ilhan Omar łamie tabu amerykańskiej polityki

Jak Ilhan Omar łamie tabu amerykańskiej polityki

37-letnia Ilhan Omar, urodzona w somalijskim Mogadiszu i wychowana w Minnesocie, zdecydowanie zasłużyła na miano politycznej sensacji ostatnich kilku tygodni. 37-letnia Ilhan Omar, urodzona w somalijskim Mogadiszu i wychowana w Minnesocie, zdecydowanie zasłużyła na miano politycznej sensacji ostatnich kilku tygodni. Jim Bourg/Reuters / Forum
Pierwsza muzułmanka zasiadająca w Kongresie odważyła się naruszyć jedną z najświętszych zasad politycznego savoir-vivre’u za oceanem – skrytykowała bezwarunkowe poparcie USA dla państwa Izrael.

Nie licząc Donalda Trumpa, regularnie budzącego zażenowanie po obu stronach politycznego sporu w Stanach Zjednoczonych, dawno żadna postać tamtejszej debaty publicznej nie wywołała tylu emocjonalnych reakcji zarówno wśród demokratów, jak i republikanów. Debiutująca w tej kadencji w Izbie Reprezentantów 37-letnia Ilhan Omar, urodzona w somalijskim Mogadiszu i wychowana w Minnesocie, zdecydowanie zasłużyła na miano politycznej sensacji ostatnich kilku tygodni. Jej kontrowersyjne wpisy w mediach społecznościowych, publiczne starcie z Trumpem i zamach na świętości amerykańskiej polityki zagranicznej spowodowały nawet, że na moment popularnością przebiła inną liderkę nowej fali wśród demokratów Alexandrię Ocasio-Cortez. Prawicowe tabloidy i portale internetowe mają już na nią cały wachlarz określeń, od antysemitki i anty-Amerykanki, poprzez agentkę Braci Muzułmańskich, aż po terrorystkę chcącą dokończyć dzieła zamachowców z 11 września. A wszystko zaczęło się, jak to często ostatnio bywa w amerykańskiej polityce, od jednego tweeta.

Czytaj także: Pogarda bin Ladena wobec Zachodu zaczęła się od Szekspira?

Jak Omar Ilhan wywołała polityczną burzę

10 lutego Omar, znana ze swojej krytyki izraelskiego rządu i od dawna zaangażowana w poprawę sytuacji palestyńskich uchodźców w USA, napisała, że amerykańskiej polityce względem krajów Bliskiego Wschodu „chodzi o sprzyjanie Benjaminom”, nawiązując w ten sposób do bezkrytycznego poparcia, jakie Biały Dom udziela premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu.

Na burzę w całej amerykańskiej przestrzeni publicznej nie trzeba było długo czekać. Republikanie natychmiast oskarżyli ją o antysemityzm i działanie na szkodę państwa, przypominając, że Tel Awiw pozostaje najważniejszym strategicznym sojusznikiem USA w tej części świata. Krytycznie do Omar odniosła się też jej macierzysta partia – liderzy demokratów w Kongresie Chuck Schumer i Nancy Pelosi niemal natychmiast zmusili ją do opublikowania na Twitterze przeprosin i odwołania swoich słów. Najbardziej bezpośredni był, jak łatwo przewidzieć, Donald Trump, którego zdaniem demokratka z Minnesoty powinna natychmiast złożyć kongresowy mandat.

Amerykańscy komentatorzy polityczni spodziewali się, że dyskusja ta stanie się po prostu kontrowersją, jakich wiele, i szybko przejdzie do historii. Stało się jednak dokładnie odwrotnie, a dalszy ciąg debaty o poglądach Ilhan Omar stał się papierkiem lakmusowym dla stanu amerykańskiej demokracji w czasach coraz większej polaryzacji i upartyjnienia.

Muzułmanie obywatelami drugiej kategorii

Przez kolejne tygodnie kampania dyskredytowania młodej kongresmenki w prawicowych mediach tylko nabrała intensywności. Pod jej adresem pojawiały się pierwsze oskarżenia o proislamski fanatyzm – przypomniano jej twitterowy wpis z 2012 r., w którym stwierdziła, że „Izrael zahipnotyzował cały świat” i życzyła sobie, żeby „Allah obudził wszystkich tych ludzi, którzy nie dostrzegają zła czynionego niewinnym przez to państwo”. Wtedy po raz pierwszy zaszła za skórę żydowskim organizacjom politycznym, tworzącym jedną z najsilniejszych i najskuteczniejszych grup wpływu na Kapitolu. Pojawiły się też próby powiązania jej z islamskim terroryzmem. Jeszcze w lutym przed budynkiem stanowego parlamentu Zachodniej Wirginii zawisł plakat sugerujący, że Ilhan Omar była zamieszana w organizację ataków na wieże WTC.

Najwięcej kontrowersji wywołał jednak jej komentarz wygłoszony w ubiegłym miesiącu w Los Angeles na corocznej konferencji Rady ds. Relacji Amerykańsko-Muzułmańskich. Omar stanęła wówczas w obronie mieszkających w Stanach Zjednoczonych wyznawców islamu, według niej traktowanych przez władze jak obywatele drugiej kategorii. Źródeł tej dyskryminacji upatruje właśnie w zamachu z 11 września, po którym muzułmanów zaczęto jej zdaniem stygmatyzować i automatycznie posądzać o terroryzm. Nie same poglądy jednak, a użyte przez kongresmenkę słowa rozwścieczyły prawicę. Omar napisała, że „paru ludzi coś zrobiło 11 września i nagle my wszyscy [muzułmanie] zaczęliśmy tracić dostęp do naszych wolności obywatelskich”.

Trump krytykuje Omar

To już dla republikanów było o jedno tabu za dużo. O ile krytykę Izraela, a przez to i amerykańskiej polityki zagranicznej na Bliskim Wschodzie, byliby w stanie przełknąć, o tyle zachowanie to w połączeniu z wybrzmiewającymi jako bagatelizujące komentarzami na temat sprawców największej tragedii we współczesnej historii Stanów Zjednoczonych zamieniło Ilhan Omar w cel numer jeden ataków, nie tylko werbalnych.

W ubiegłym tygodniu FBI aresztowało 55-letniego mężczyznę, mieszkańca stanu Nowy Jork, który zadzwonił do waszyngtońskiego biura kongresmenki i groził śmiercią jej oraz jej pracownikom. Do krucjaty przeciwko niej zachęcał zresztą sam Donald Trump, kilkukrotnie w ciągu ostatnich dni publikując na Twitterze zdjęcia i materiały wideo z 11 września i oskarżając Omar o „żałosne komentarze, niegodne amerykańskiego parlamentarzysty”. W sukurs prezydentowi natychmiast przyszła rzeczniczka Białego Domu Sarah Sunders, według której publiczna, jednostkowa krytyka Omar przez Trumpa była właściwym posunięciem.

Od tego czasu pochodząca z Somalii polityczka pozostaje pod zwiększoną ochroną ze strony stołecznej policji i FBI. Na polityczny mecenat jednak liczyć za bardzo nie może. Nie popiera jej stara gwardia demokratów, równie mocno zależna od poparcia AIPAC-u (Rady ds. Stosunków Amerykańsko-Żydowskich), co republikanie. Demokratyczni przywódcy w Kongresie upokorzyli zresztą Omar, poddając pod głosowanie i przyjmując rezolucję potępiającą jakiekolwiek przejawy mowy nienawiści i dyskryminacji wobec Żydów i muzułmanów. Choć kongresmenka z Minnesoty sama poparła projekt, dla wielu na Kapitolu oczywiste było, że to właśnie w nią – jako symboliczna publiczna kara – wymierzona jest wspomniana rezolucja.

Mandatu złożyć nie zamierza

Sama zainteresowana nic sobie z tego jednak nie robi. Poproszona o komentarz do całego zamieszania ostatnich tygodni powiedziała stacji CNN, że czuje się „podekscytowana faktem, że jej słowa pod adresem Izraela wywołują aż tak wielką debatę”. Otwiera też kolejne fronty walki. Coraz aktywniej udziela się w temacie możliwego obalenia reżimu Nicolasa Maduro w Wenezueli, krytykując administrację Trumpa za branie pod uwagę zbrojnej interwencji USA.

Wypomina przy tej okazji niezbyt szlachetną przeszłość amerykańskiej polityki w tym regionie, znów uderzając w fundamenty tamtejszej strategii dyplomatycznej. I – co najważniejsze – mandatu ani broni składać nie zamierza.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Gdy najbliżsi chorują psychicznie

Czy człowieka musi paraliżować strach i niemoc, gdy bliska mu osoba zaczyna cierpieć na zaburzenia psychiczne?

Anna Dobrowolska
27.05.2014
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną