Świat

Eurosceptycy nie podbiją Brukseli po wyborach

Eurosceptycy nie podbiją Brukseli po wyborach

European Parliament / Flickr CC by 2.0
Europarlament podzieli się jak nigdy wcześniej. Fragmentaryzacja utrudni obsadę kluczowych stanowisk, ale nie wpłynie na codzienną pracę izby.

Barwny architekt antyunijnych nastrojów w Wielkiej Brytanii Nigel Farage, zakładając swoją nową partię, na początku tygodnia przekonywał, że jeśli opóźnienie brexitu zmusi jego kraj do udziału w wyborach europejskich, to on te wybory wygra i napoi lękiem swoich przeciwników politycznych. I o ile partia Farage’a może rzeczywiście namieszać na poziomie krajowym – jeżeli Zjednoczone Królestwo rzeczywiście do nich przystąpi – to nie wpłynie na podział sił w PE. Na to przynajmniej wskazuje sondaż opublikowany wczoraj przez tenże Parlament – pierwszy, w którym brukselscy badacze założyli udział Brytyjczyków w eurowyborach zaplanowanych na 23–26 maja.

Europejska Partia Ludowa nadal z przewagą

Sondaż przewiduje ponowne zwycięstwo Europejskiej Partii Ludowej (do której należą m.in. PO, PSL i niemieccy chadecy), która uzyska 180 mandatów na 751 możliwych, o niemal 40 mniej, niż ma obecnie. Drugie miejsce zajmą socjaliści i demokraci (m.in. SLD i brytyjska Partia Pracy) – 149 europosłów, też prawie 40 mniej niż w trwającej kadencji, a trzecie – liberałowie (m.in. Nowoczesna i rządzące w Czechach ANO), którzy zamiast 68 deputowanych będą mieli 76 przedstawicieli. Pozostałe partie proeuropejskie nie zmienią znacząco swojej liczebności. Nieznacznie wzrośnie zaś reprezentacja antyunijnych europosłów, którzy – po części dzięki partii Farage’a – według sondażu wprowadzą 115 przedstawicieli zamiast dotychczasowych 78.

Przez niski prognozowany wynik brytyjskich torysów mniej deputowanych będą mieli eurosceptyczni Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy – strat w Wielkiej Brytanii nie zrekompensuje nawet lepszy niż w 2014 r. wynik PiS, który również należy do tej eurofrakcji. 62 miejsca zajmą europosłowie partii, które nie należą jeszcze oficjalnie do żadnej z grup w Parlamencie Europejskim.

Czytaj także: Populiści chcą rządzić w Europie. O co im chodzi?

Więcej potrzebne do większości

Jeżeli sondaż znajdzie swoje odzwierciedlenie w wynikach wyborów, to nie przyniesie on rewolucji dla składu izby. Owszem, w Brukseli będzie więcej antyunijnych posłów, ale nie będą oni w stanie blokować prac izby, nawet do spółki z Konserwatystami i Reformatorami, zajmą bowiem niecałą jedną czwartą miejsc w PE. Najważniejszą zmianą w porównaniu do obecnej kadencji będzie natomiast konieczność budowania większości w oparciu o większą liczbę frakcji. Dotychczas kompromis między ludowcami a socjaldemokratami wystarczał do przegłosowywania propozycji dyrektyw i rozporządzeń. W zbliżającej się kadencji dwie partie brukselskiego mainstreamu po raz pierwszy w historii najpewniej nie uzyskają większości, więc do koalicji będą musiały zaprosić kolejną eurofrakcję.

Czytaj także: Największe niewiadome wyborów do Parlamentu Europejskiego

Bez rewolucji, bez paraliżu

Taki stan rzeczy oczywiście utrudni budowanie koalicji po wyborach, ale nie zapowiada paraliżu izby. Już w tej kadencji trzy lub więcej partii popierały rozporządzenia i dyrektywy dotyczące tak kluczowych obszarów jak m.in. polityka energetyczna, gospodarcza i monetarna. Większa fragmentaryzacja Parlamentu najpewniej wydłuży zaś negocjacje na temat podziału najważniejszych stanowisk w Unii.

Rozmowy na ten temat odbywają się w miesiącach po wyborach, a do tej pory ich sukces był uzależniony od osiągnięcia kompromisu między socjaldemokratami a ludowcami. Teraz rozmowy o przydziale foteli przewodniczącego Parlamentu, szefa Komisji i wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa będą musiały odbyć się w formacie trójstronnym.

Czytaj także: Kaja Godek rusza na podbój europarlamentu, o którym nie ma pojęcia

Liberałowie na równi z ludowcami i socjaldemokratami?

W tym świetle kluczowe wydaje się pytanie, kto zajmie ostatnie wolne miejsce przy stole negocjacyjnym. Na ten moment najpoważniejszym kandydatem wydają się liberałowie, którzy już w trwającej kadencji aspirowali do zajmowania ważnych stanowisk w izbie. To dzięki poparciu europosłów dwóch największych partii szef liberałów Guy Verhofstadt został głównym koordynatorem Parlamentu Europejskiego do spraw brexitu.

Pozycję wyjściową liberałów może jeszcze podbudować zasilenie ich szeregów przez eurodeputowanych z partii prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Ugrupowanie rządzące nad Sekwaną jakiś czas temu aspirowało do stworzenia własnej frakcji w Brukseli, ale po fiasku tej inicjatywy Francuzom najbliżej jest do partii Verhofstadta. Ziszczenie tego scenariusza pozwoliłoby liberałom wprowadzić ponad 100 deputowanych, co z kolei umożliwiłoby przystąpienie do rozmów z ludowcami i socjaldemokratami z w miarę równej pozycji. Tylko Farage i jego anytunijni sojusznicy mogą być pewni pozostania na marginesie polityki w Brukseli.

Czytaj także: Jak będzie wyglądał europarlament po wyborach? Są pierwsze sondaże

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Mężczyzna w związku. Jak to działa?

Jacek Masłowski o niespełnionych oczekiwaniach mężczyzn wobec kobiet oraz kobiet wobec mężczyzn.

Anna Dobrowolska
23.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną