Świat

Czy po weekendzie będzie wojna?

Płonący tankowiec w Zatoce Omańskiej Płonący tankowiec w Zatoce Omańskiej ISNA / AFP / EAST NEWS
Stany Zjednoczone obciążyły Iran odpowiedzialnością za ataki na tankowce w Zatoce Omańskiej. Może to być doskonały powód do wojny, którego – jak się zdaje – Amerykanie od jakiegoś czasu szukają.

„Według oceny rządu Stanów Zjednoczonych Islamska Republika Iranu jest odpowiedzialna za ataki, które miały miejsce dzisiaj w Zatoce Omańskiej. Ocena ta opiera się na danych wywiadowczych, użytej broni, poziomie wiedzy potrzebnej do przeprowadzenia operacji, ostatnich podobnych irańskich atakach na żeglugę oraz na tym, że żadna grupa pośredników działająca na tym obszarze nie ma środków i biegłości do działania w tak wysokim stopniu zaawansowania” – wygłoszone w nocy naszego czasu oświadczenie sekretarza stanu Mike′a Pompeo brzmi jak oskarżenie. Atak na cywilne statki na międzynarodowych wodach byłby oczywistym aktem agresji, domagającym się nie tylko potępienia, ale być może odwetu. Czy dwa tankowce, które zostały uszkodzone przez bliżej nieznane ładunki wybuchowe, mogą stanowić wystarczający powód do uderzenia na Iran?

Amerykanie pokazują nagranie

Amerykanie na potwierdzenie swoich oskarżeń pokazują nagranie wideo, na którym wedle ich interpretacji irańska gwardia rewolucyjna usuwa z burty jednego ze statków niewybuch miny magnetycznej. Nagranie jest czarno-białe, wykonane najprawdopodobniej z drona lub samolotu rozpoznawczego – autorem filmu jest amerykańskie Dowództwo Centralne, odpowiadające za Bliski Wschód.

Towarzyszy mu zdjęcie przytwierdzonego do burty przedmiotu – najprawdopodobniej właśnie ładunku wybuchowego. Analiza obrazów wydaje się potwierdzać, że łodzie wykorzystane w tej operacji należą do irańskiej gwardii strażników rewolucji. Irańczycy oczywiście zaprzeczają jakiemukolwiek związkowi z incydentem.

Co istotne, wszystko szczęśliwie zakończyło się bez ofiar. Załogi obydwu tankowców, w sumie 44 osoby z norweskiego MT Front Altair i japońskiego Kokuka Courageous, udało się ewakuować dzięki wsparciu US Navy, mimo że pożar na norweskiej jednostce statków strawił ją w połowie. Statki nie zatonęły – na jednym ze zdjęć widać dziurę w poszyciu ponad linią wody.

Należy się nawet zastanowić, czy w takim razie celem ataku było zatopienie tankowców. Ich armatorzy nie mówią wprost o przyczynach uszkodzeń i pożaru, wiadomo, że na statkach doszło do eksplozji. Nie potwierdziły się wczorajsze spekulacje, że tankowce zostały storpedowane. Gdyby tak było, zapewne dziś mówilibyśmy o tragedii, a militarna eskalacja byłaby znacznie bliżej.

Czytaj także: Czy Irańczycy odsuną ajatollahów od władzy?

Ostateczną decyzję podejmie Donald Trump

Pompeo zdaje się jednak ostrzegać, że wszystkie opcje są na stole – jak zwykle brzmi stosowana w takich sytuacjach dyplomatyczna groźba. „Stany Zjednoczone będą bronić swoich sił, interesów i staną wraz z naszymi partnerami i sojusznikami, aby chronić światowy handel i stabilność regionalną. Wzywamy wszystkie narody zagrożone prowokacyjnymi atakami Iranu, aby dołączyły do ​​nas w tym przedsięwzięciu” – sekretarz stanu wygłosił rutynową formułkę i również rutynowo zapowiedział zwołanie sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Przebieg posiedzenia zapewne również nie będzie odbiegał od rutyny – Amerykanie oskarżą Iran o atak, Rosja oświadczy, że nie ma na to wystarczających dowodów, a Chiny wstrzymają się od głosu – żadnej wspólnej decyzji nie uda się podjąć. Wtedy, znowu na zasadzie znanej z wielu takich sytuacji, w waszyngtońskim „tanku” zbierze się narada wojenna pod przewodnictwem szefa połączonych sztabów gen. Joe Dunforda, która rozpatrzy dostępne opcje i rekomenduje jedną z nich. Ostateczną decyzję podejmie głównodowodzący: prezydent USA Donald Trump.

W otoczeniu prezydenta to nie wojskowi odgrywają kluczową rolę. Oni zapewne będą ostrożni, jak to zwykle generałowie znający koszty wojny i bardziej niż Iranem zaniepokojeni działaniami Rosji i Chin. Autorem antyirańskiej polityki Białego Domu jest John Bolton, doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa, który już w maju zarzucał Iranowi dokonanie ataków na saudyjskie statki, wtedy u wybrzeży Zjednoczonych Emiratów Arabskich. To za jego sprawą Amerykanie skierowali później na Morze Arabskie i do Zatoki Perskiej lotniskowcową grupę uderzeniową oraz eskadrę bombowców. Przypisanie Iranowi drugiego ataku na tankowce może oznaczać, że siły te zostaną użyte w karzącym ataku odwetowym. Bolton wcale się nie kryguje i daje do zrozumienia, że chętnie uderzyłby na Iran. Część komentatorów twierdzi, że ma irańską obsesję.

Czytaj także: Co dziś napędza islamską rewolucję

Czy Europa poprze USA?

Ale USA mimo wszystko będą szukać międzynarodowego wsparcia dla ewentualnego ataku, a to może zająć czas. Na Izrael mogą liczyć w ciemno, choć polityczny chaos w Tel Awiwie po tym, jak Benjaminowi Netanjahu nie udało się utworzyć rządu, raczej nie sprzyja tak radykalnym decyzjom jak wojna. Brytyjczycy, zawsze stający u boku Amerykanów w bliskowschodnich operacjach, zapowiedzieli, że przeprowadzą własną analizę wydarzeń w Zatoce Omańskiej, choć na wstępie ufają amerykańskiemu wywiadowi. Kontynentalna Europa oczywiście nie poprze amerykańskiego ataku odwetowego, choć jeśli irańska odpowiedzialność za zaminowanie tankowców zostanie wykazana, część krajów może zmienić zdanie. Jeśli Amerykanie rzeczywiście chcą przeprowadzić uderzenie, weekend będzie czasem gorączkowych konsultacji.

Akcja zbrojna przeciwko Iranowi mogłaby przynieść nieprzewidywalne skutki – od wystrzelenia przez Teheran rakiet na Izrael, przez zamachy terrorystyczne w Izraelu i na Zachodzie, po wejście do gry sojuszników Iranu z Rosji i Chin. Nawet jeśli Trumpowi i Boltonowi mogłoby się spieszyć do wojny, wojskowi będą ich od tego niemal na pewno odwodzić.

Szybka, zwycięska kampania pewnie prezydentowi by pomogła, ale nikt nie jest w stanie zagwarantować, że taka będzie. Ugrzęźnięcie w dłuższej wojnie, a zwłaszcza zablokowanie transportu ropy z Zatoki Perskiej czy liczne ofiary cywilne mogłyby być dla Trumpa katastrofą. Dlatego dziś wydaje się, że to, z czym mamy do czynienia, jest kolejną eskalacją w wojnie dyplomatycznej, a nie wstępem do prawdziwej.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną