Świat

Wybory w Wielkiej Brytanii. Triumf Johnsona, brexit coraz bliżej

Boris Johnson opuszcza siedzibę Partii Konserwatywnej po wyborczym zwycięstwie Boris Johnson opuszcza siedzibę Partii Konserwatywnej po wyborczym zwycięstwie HANNAH MCKAY / Forum
Powyborcza prognoza i spływające oficjalne wyniki pokazują wielki sukces konserwatystów. Torysi mają zdecydowaną większość w Izbie Gmin. Brexit to już teraz kwestia czasu.
Boris Johnson przemawia podczas finałowej konwencji wyborczej w środę 11 grudnia.HANNAH MCKAY/Forum Boris Johnson przemawia podczas finałowej konwencji wyborczej w środę 11 grudnia.

Z nocnych badań exit poll wynikało, że Partia Konserwatywna Borisa Johnsona odniosła miażdżące zwycięstwo nad coraz bardziej lewicową i podzieloną w obliczu brexitu Partią Pracy. Już nad ranem było jasne, że prognoza była precyzyjna i torysi będą samodzielnie rządzić.

Ogromna przewaga partii Johnsona

Badanie wykonane na zlecenie Sky News, BBC i ITV przewidywało, że konserwatyści zdobędą aż 368 mandatów, a laburzyści zaledwie 191, 71 mniej niż dwa lata temu w wyborach ogłoszonych przez Theresę May. Choć exit poll to tylko prognoza, to wyniki rzadko znacząco od niej odbiegają, ale i tak się zdarzało. Pierwsze takie badanie w 1974 r. przewidywało przewagę laburzystów na poziomie 132 mandatów, a skończyło się na trzech! Techniki badawcze były jednak niedoskonałe. Z drugiej strony w 2015 r. exit poll był na granicy błędu statystycznego.

Tym razem też nie powinno być wielkiej różnicy. Nad ranem podano, że po przeliczeniu ponad 99 proc. głosów (wszystkich okręgów jest 650) torysi mają 362 mandaty, a Partia Pracy 202. Szkocka Partia Narodowa – 48, a Liberalni Demokraci – 11.

Okręgi są jednomandatowe. W każdym wyłaniany jest jeden poseł, a głosy oddane na rywala, choćby minimalnie słabszego, przepadają. Laburzyści sądzili, że w wielu miejscach zwyciężą dzięki taktycznemu głosowaniu zwolenników proeuropejskich liberałów i konserwatystów. Tak się nie stało.

Czytaj też: Brexit: i tragedia, i farsa

Dżin ksenofobii hula po Anglii

Johnson zatriumfował, opierając kampanię na brexicie, swoim świętym Graalu. Siły opozycji były zaś zbyt rozproszone, by mu zagrozić. Laburzyści odrzucili wszelkie pakty z liberałami, podczas gdy Partia Brexitu, rywal torysów, praktycznie wycofała się z wyścigu.

Hasło Johnsona – „Zakończyć brexit” – sprawdziło się w okręgach na północy, które były bastionem laburzystów. Do czwartku. To w tym zaniedbanym regionie, który głosował za wyjściem z Unii w referendum 2016, laburzyści stracili głosy, które zdecydowały o ich klęsce.

Tymczasem Johnson niemal dorównuje popularnością Margaret Thatcher, która w 1987 r. wróciła do władzy z wynikiem 101 mandatów. Słynący z politycznego krętactwa i raczej tępej propagandy Boris jest już nielubiany nawet w Londynie, gdzie był kiedyś merem. Stał się za to idolem mniej wyrobionej politycznie prowincji, której naiwnie się wydaje, że brexit to lek na kryzys, bo zahamuje napływ imigrantów i podwyższy dochody.

Nacjonalistyczne hasła grają na iluzjach starej dobrej Anglii. Wypuszczony z butelki przez referendum dżin ksenofobii hula po Anglii. Tak będzie przez kilka kolejnych lat.

Czytaj też: Dominic Cummings – zły duch brexitu

Jeden z najgorszych wyników Partii Pracy

Partia Pracy nie potrafiła rozmawiać z wyborcami z małych miast o brexicie, przekonać ich, że to droga do gospodarczej zapaści, a nie cudownego uzdrowienia. Dla przeciętnego wyborcy chaos w Izbie Gmin, która blokowała brexit, ale nie umiała zaproponować własnego rozwiązania, był nie do pojęcia.

Laburzyści traktowali wyborców z północy jak własność. A brak wrażliwości zawsze się mści. Stanowisko partii wobec brexitu było niejasne ze względu na lewicowe poglądy jej lidera, który uznaje Unię Europejską za bastion kapitalizmu i liczy na jej osłabienie. Mimo to Corbyn w połowie roku przełamał się i miał nadzieję, że jego projekt rozpisania nowego referendum (wyboru między miękkim brexitem a pozostaniem w Unii) porwie proeuropejskich wyborców. Takie kunktatorstwo zrobiło fatalne wrażenie.

Czytaj też: Premier Johnson mówi królową

Jeremy Corbyn musi odejść

Korzystne dla Brytyjczyków może być w tych wyborach tylko jedno. Doktrynerskie kierownictwo Partii Pracy pod wodzą Corbyna, otoczonego koterią młodych i zadufanych w sobie doradców, będzie musiało z czasem odejść. Jego wynik jest gorszy od uzyskanego przez doktrynera Michela Foota w 1983 r., kiedy żartowano, że jego manifest wyborczy był „notatką samobójcy”. Dziś mówi się o porażce Partii Pracy największej od 1935 r. Sprzyjający jej dziennik „Daily Mirror” napisał o „Koszmarze przed Bożym Narodzeniem”.

Corbyn, mówiący niezrozumiałym językiem londyński marksista, okazał się kiepskim liderem na czasy konfrontacji. Przegrał kapitał zaufania wyborców z 2017 r. i powinien odejść w niesławie, wstydząc się słusznych zarzutów o tolerancję dla antysemityzmu w łonie swego ugrupowania.

Usunięcie Corbyna otwierałoby drogę do centrowego kursu partii, która mogłaby się odbudować do następnych wyborów – odbędą się zapewne za pięć lat w atmosferze kryzysu ekonomicznego. Taka metamorfoza u laburzystów nie jest jednak prosta ani oczywista. Dziś mogą tylko wspominać siłę partii z czasów Tony′ego Blaira.

Czytaj też: Bruksela zgadza się na opóźnienie rozwodu

Brexit nadejdzie

Te historyczne wybory otwierają drogę do brexitu do końca stycznia przyszłego roku. Zdominowana przez konserwatystów Izba Gmin uchwali bez trudu umowę wynegocjowaną przez Johnsona i Wielka Brytania przestanie być członkiem UE. Po tym akcie rozpocznie się 11-miesięczny okres przejściowy i niewiele się w stosunkach z Unią zmieni. Czas ten wypełnią ekspresowe rokowania w sprawie stosunków handlowych. Jest go mało, co grozić będzie brexitem bez umowy (chyba że do końca lipca strony przedłużą ten okres o rok lub dwa, co jest możliwe).

Najpierw jednak królowa wygłosi kolejną mowę w parlamencie, przedstawiając program rządu Johnsona. Znajdą się w nim obietnice zwiększenia nakładów na państwową służbę zdrowia (o 32 mld funtów), ograniczenia imigracji i dłuższych kar więzienia dla skazanych za udział lub przygotowywanie aktów terroru. Dla każdego coś miłego. Potem zacznie się etap rozliczeń. Johnson obiecał kwadraturę koła – chce zwiększać nakłady i obniżać podatki, a wszystko to w czasach, gdy unię celną ma zastąpić umowa handlowa z USA i Indiami (przy zachowaniu imigracji). Takie pobożne życzenia łykają dziś wyborcy na całym świecie, ufni w proste hasła. Brytyjczycy dostaną w końcu swojego Graala i się odprężą – będzie biedniej i chłodniej, ale na swoim.

Czytaj też: Lindsay Hoyle, nowy spiker Izby Gmin

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną