Świat

Czy USA ewakuują swoje bazy z Turcji? Byłby to cios dla NATO

Baza lotnicza Incirlik w Turcji Baza lotnicza Incirlik w Turcji Nerovingian / Flickr, CC by 4.0
Ruch samolotów transportowych po groźbach Erdoğana wywołał zaniepokojenie o przyszłość składu bomb jądrowych i instalacji antyrakietowej NATO.

Turecki prezydent coraz bardziej bezceremonialnie wciąga NATO w swoje spory z USA i resztą zachodniego świata. W telewizyjnym wywiadzie w weekend Recep Tayyip Erdoğan dał do zrozumienia, że Turcja może wyprosić Amerykanów z baz Incirlik i Kurecik, jeśli uzna taką reakcję za niezbędną po ostatnich decyzjach. Miał na myśli rezolucję Senatu o uznaniu za ludobójstwo masakr Ormian w czasie I wojny światowej i zapowiedź nałożenia sankcji związanych z zakupem przez Turcję rosyjskich systemów obrony powietrznej S-400.

Czy Turcja jest nadal sojusznikiem USA?

„Pierwsze słyszę, muszę sprawdzić, na ile to poważne” – sekretarz obrony Mark Esper zareagował z opóźnieniem i w samolocie tłumaczył się dziennikarzom brakiem zorientowania w sytuacji. Trudno w to jednak uwierzyć. Turcja jest dla USA kluczowym partnerem – choć obecnie „trudnym” – w ważnym rejonie świata, wywiad musi więc działać, a groźby Erdoğana na pewno zauważono. W tym samym czasie internetowi obserwatorzy ruchu lotniczego zaczęli donosić o nadzwyczajnie dużym ruchu ciężkich samolotów transportowych C-17 Globemaster III do i z Incirlik. Zaczęto spekulować, czy nie jest to pierwszy etap amerykańskiej ewakuacji.

Zwłaszcza że nie pierwszy raz w ostatnich latach kwestia amerykańskiej obecności wojskowej staje na ostrzu noża. Przypomnijmy: Turcja postawiła się Amerykanom w czasie przygotowań do inwazji na Irak w 2003 r. Politycy nie osiągnęli konsensusu i w efekcie kraj ten nie zgodził się na udostępnienie swojego terytorium dla wojsk inwazyjnych. Wtedy, podobnie jak dziś, w centrum sporu była sprawa kurdyjska – Turcy obawiali się, że obalenie Saddama Husajna otworzy drogę do niepodległości Kurdystanu, a to w Ankarze postrzegane jest jako zagrożenie bezpieczeństwa narodowego.

Wielu ekspertów w tamtym sporze widzi początek obecnego kryzysu w relacjach turecko-amerykańskich. 15 lat później pytania, czy Turcja jest nadal sojusznikiem USA, padają coraz częściej, w miarę jak asertywność Erdoğana wzrasta, a zainteresowanie Ameryki regionem spada. Nieudana próba obalenia Erdoğana w lipcu 2016 r. i jej konsekwencje – represje wobec opozycji i mediów, podejrzenia o udział CIA, żądanie wydania mieszkającego w USA opozycjonisty – sprawiły, że po obu stronach w debacie pojawiły się żądania wycofania amerykańskich baz. Porozumienie Erdoğana z Putinem, zakup rosyjskich rakiet, uzgodnienie wspólnej akcji przeciw Kurdom w Syrii – wszystko zwiększało wzajemną nieufność i podejrzliwość.

Wycofanie Amerykanów z Incirlik groźne dla NATO

To nie wyłącznie sprawa między Turcją a USA. Amerykańskie bazy służą pilnowaniu Bliskiego Wschodu, ale są przede wszystkim instalacjami sojuszniczymi o politycznym charakterze. To drugie odnosi się zwłaszcza do składu broni jądrowej w Incirlik. Turcja jest jednym z pięciu krajów NATO, gdzie w ramach porozumienia Nuclear Sharing Agreement przechowywane są niewielkie ilości lotniczego uzbrojenia nuklearnego na wypadek koszmarnej ostateczności – wybuchu wielkiej wojny. W realnej perspektywie scenariusz taki wydaje się na tyle odległy, że ten relikt zimnej wojny ma dziś głównie znaczenie symboliczne.

Owszem, kraje członkowskie porozumienia muszą mieć zdolności do zrzucania bomb B61 ze swoich samolotów, muszą szkolić pilotów do bombardowań nuklearnych, a obsługi naziemne do podwieszania superbomb. Ale cały system ma przede wszystkim utrzymywać przekonanie potencjalnych przeciwników o gotowości i adekwatności odstraszania nuklearnego NATO. Wyjęcie z niego jednego klocka mogłoby poważnie zagrozić trwałości całej konstrukcji. Dlatego perspektywa usunięcia Amerykanów z Incirlik uderza w całe NATO.

Druga ze wspomnianych przez Erdoğana baz ma jeszcze większe znaczenie, a nawet bezpośredni związek z Polską. W Kurecik stoi bowiem mobilny radar dalekiego zasięgu AN/TPY-2, od pięciu lat włączony w sojuszniczy system obrony antyrakietowej, którego elementem są instalacje Aegis-Ashore w rumuńskim Deveselu i polskim Redzikowie. Radar wygląda niepozornie, jak pomalowana w pustynne barwy przechylona ciężarówka, ale jego możliwości są olbrzymie. W systemie NATO patrzy w kierunku Iranu i jest w stanie dostrzec start pocisku balistycznego z odległości 2 tys. km. Radary umieszczone w samych instalacjach z wyrzutniami antyrakiet w Rumunii i Polsce (baza w Redzikowie ciągle nie jest ukończona) mają zasięg kilkuset kilometrów. Bez niego akurat w tym miejscu możliwości obrony europejskiej części NATO przed irańskimi rakietami – a taki jest deklarowany cel systemu – gwałtownie by spadły. Erdoğan doskonale o tym wie, dlatego stawia pod ścianą i Amerykanów, i pozostałych sojuszników.

Erdoğan rozgrywa NATO

Nie po raz pierwszy w ostatnich tygodniach. Nadal nie udało się bowiem przezwyciężyć tureckiego oporu wobec aktualizacji sojuszniczych dokumentów planowania obronnego. Turcy zagrozili wstrzymaniem swojego podpisu przed londyńskim spotkaniem przywódców NATO, żądając, by w deklaracji kurdyjska organizacja zbrojna YPG została uznana za ugrupowanie terrorystyczne, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dla Turcji byłby to rodzaj „błogosławieństwa” dla jej operacji w północnej Syrii.

Na to jednak w Londynie nie było zgody – a mimo to sekretarz generalny Jens Stoltenberg ogłosił, że aktualizacja planów obronnych, szczególnie ważna dla Polski i krajów bałtyckich, została jednogłośnie zaakceptowana. Kilka dni po szczycie, gdy wszyscy najbardziej zainteresowani przywódcy – na czele z polskim prezydentem Andrzejem Dudą – odtrąbili sukces, Turcy ponowili groźbę zablokowania procesu planistycznego. W reakcji z Polski padł głos, że to niemożliwe – zapewniał o tym Krzysztof Szczerski, szef gabinetu Dudy. Ale widać, że Erdoğan nie zrezygnował z rozgrywania karty NATO. Może się to obrócić przeciw niemu.

„Turcja to niepodległy kraj i oczywiście może sama decydować, czy gości u siebie bazy NATO, czy nie” – Mark Esper tak skwitował kolejne pytanie o groźby Erdoğana. Dodał, że sprawa staje się tematem dla całego sojuszu, bo dotyczy wiarygodności Turcji. Pytał retorycznie, czy NATO ma jakąś wizję – w domyśle relacji z Turcją – jeśli ta zdecydowałaby się na tak radykalny krok jak zamknięcie sojuszniczej instalacji obsadzonej przez Amerykanów. Esper zdaje się wskazywać, że Turcja to problem reszty NATO – bo przecież Ameryka sobie poradzi.

Nie oznacza to, że Amerykanie zrezygnują łatwo z obecności wojskowej w Turcji, nawet jeśli relacje między krajami są napięte, a ich trajektoria niebezpiecznie się obniża. Być może zdecydują się po cichu usunąć z Turcji broń jądrową – domysły, że się to już stało, krążą od lat, oficjalnych komentarzy nie należy oczekiwać. Całkowite wyrzucenie Amerykanów byłoby jednak krokiem istotnie zmieniającym geopolityczną równowagę, drastycznym i ryzykownym przede wszystkim dla Erdoğana. Póki na tureckiej ziemi są oddziały USA, a Turcja jest formalnie w NATO, chroni ją najpotężniejszy kraj świata i gwarancje najsilniejszego związku zbrojnego.

Erdoğan może być pewny siebie do tego stopnia, że gra tą kartą do końca, ale czy jest gotów na gambit i poświęcenie bezpieczeństwa własnego kraju? Kilka transportowców zauważonych w Incirlik o niczym jeszcze nie przesądza. Ewakuacja baz to proces, którego przygotowanie i realizacja trwa wiele miesięcy. Dziś jednak nikt nie da stuprocentowej gwarancji, że właśnie się nie zaczęła.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną