Świat

Gwałtowny wzrost zakażeń na Wyspach. Są powody do paniki?

Londyńska stacja Waterloo, 1 września 2020 r. Londyńska stacja Waterloo, 1 września 2020 r. Henry Nicholls / Reuters / Forum
Wirus w Wielkiej Brytanii w dwóch trzecich przypadków atakuje ludzi poniżej czterdziestki. Czy zatem znowu należałoby zamknąć kraj na trzy spusty?

Gwałtowny wzrost liczby przypadków do aż 3 tys. na dobę włączył czerwone światełka alarmowe przy 10 Downing Street. To o tysiąc zakażonych więcej niż w ostatnią sobotę. Obraz jest jednak skomplikowany i niejednoznaczny, tak jakby wirus grał z nami w jakąś ponurą grę: w skali Zjednoczonego Królestwa zakażonych co prawda przybywa, za to spada liczba ciężko chorych i zmarłych. Jak te dane interpretować? Wpływ na przyrost infekcji miały z pewnością powroty z wakacji i do szkół, ogólne rozluźnienie trybu życia. Wkrótce otworzą się też uniwersytety – nie wszystkie będą działać wyłącznie w trybie online.

W sumie z powodu Covid-19 zmarło na Wyspach ponad 41 tys. osób. Optymiści i część ekspertów apeluje więc, by poskromić emocje i zachować chłodną głowę.

Czytaj też: Ci chorzy podczas epidemii boją się podwójnie

Czy Brytyjczycy tracą kontrolę?

„Czy ten wzrost infekcji to efekt kilku ognisk wirusa, czy też tracimy kontrolę nad sytuacją?” – pyta w rozmowie z „The Times” Alan McNally, profesor mikrobiologii z Uniwersytetu Birmingham. Na razie nie ma dobrej odpowiedzi. Czy kraj znowu należałoby zamknąć na trzy spusty, co Boris Johnson uczynił na początku pandemii, choć z kosztownym opóźnieniem? Z pewnością nie.

Obecne przyrosty nie doprowadziły do zagrożenia takiego jak wiosną. Dziś to 3 tys. przypadków dziennie, a wówczas – jak się szacuje – nawet 100 tys. To powód do ostrożnego optymizmu. Wyższa liczba zakażeń wiąże się teraz ze skalą i zmianą metod testowania. Być może 350 przypadków, które wykrywano tu w lipcu, to niewiele mniej niż tysiąc teraz. Wielu chorych wcześniej przeoczano – u większości, nawet 80 proc., choroba ma przebieg łagodny lub bezobjawowy. Zdaniem naukowców, na których powołuje się poniedziałkowy „The Times”, sito dziś wyławia co drugą osobę z Covid-19. Eksperci twierdzą, że wyniki spływają falami i odchyły niekoniecznie świadczą o jakiejś nowej tendencji.

Trzeba też pamiętać, co tak naprawdę oznacza wykryty przypadek Covid-19. Dr Waqar Rashid tłumaczy na łamach tygodnika „The Spectator”, że wszystko zależy od sposobu prowadzenia badań. Zwłaszcza że wyraźnie spada liczba osób, które trafiają z koronawirusem do szpitala. „Pod koniec sierpnia w szpitalach było tylko 300 chorych, z czego 46 w Londynie” – pisze dr Rashid, zastrzegając jednak, że to nie koniec epidemii. Jak podkreśla, „nie wolno lekceważyć zakażonych, bo mogą zainfekować inne osoby”.

Prof. Edmunds ze Szkoły Higieny i Chorób Tropikalnych mówił we wtorek, że tzw. współczynnik R (określający, ile kolejnych osób zakaża chory) wzrósł w kraju powyżej 1,0. W północno-wschodniej Anglii liczba przypadków zwiększyła się dwukrotnie w ciągu tygodnia. „Gospodarka nie może jeszcze wrócić do jakiejś formy normalności” – ostrzegł Edmunds, znany z poparcia dla szybkiego wprowadzenia lockdownu wiosną. „Uważaj, żebyś nie zabił babci, łapiąc koronawirusa i sprzedając go starszej osobie” – mówił w radiu minister zdrowia Matt Hancock. Rząd wprowadził kilka nowych stref zaostrzonych rygorów w Szkocji i Walii, ale z oceną zagrożenia i innymi decyzjami trzeba poczekać do pełnej analizy danych. „Decydujący będzie następny tydzień” – pisze w BBC Hugh Pym, spec od problematyki ochrony zdrowia.

Wirus mniej śmiertelny?

A jednak po sześciu tygodniach wzrostów nie odnotowano istotnego przyrostu liczby zmarłych. W ostatnią niedzielę potwierdzono trzy zgony – trzy osobiste tragedie, oczywiście, ale przypadające na ogromny, prawie 67-milionowy kraj. Wirus rzadziej zabija, rzadziej wywołuje poważne komplikacje, jakby dbał o własne przetrwanie. A może to populacja w nieznany jeszcze naukowcom sposób nabiera odporności? „Nasze organizmy walczą z wirusami w sposób, jakiego jeszcze nie rozumiemy” – podkreśla dr John Lee, znany patolog NHS.

W dwóch wielkich szpitalach w Greater Manchester do respiratorów podłączonych jest obecnie zaledwie dwóch pacjentów i są to przypadki z wielotygodniową historią. I to może szokować. „Ale za wcześnie na daleko idące wnioski” – zastrzega minister Hancock.

Brytyjscy publicyści są mniej ostrożni. „To najbardziej przereklamowany wirus w dziejach” – stwierdziła Lionel Shriver na łamach „The Spectator”. Rząd Johnsona zaspał na początku epidemii i jest obwiniany o tysiące niepotrzebnych ofiar, więc woli teraz dmuchać na zimne, a przynajmniej sprawiać takie wrażenie, bo z drugiej strony budżet świeci pustkami, a właściwie gigantyczną dziurą – trzeba rozpędzić kraj, by uniknąć masowego bezrobocia i nędzy.

Czytaj też: Prawie połowa Polaków nie chce się szczepić na Covid-19

Brytyjski strach przed Covid-19

Niezwykła jest też inna brytyjska tendencja: wirus w dwóch trzecich przypadków atakuje ludzi poniżej czterdziestki. Z początku wśród chorych było aż 28 proc. osób powyżej 80. roku życia, teraz to 3 proc. Osoba z Covid-19 to dziś nieświadomy swej choroby dwudziestoparoletni imprezowicz z Londynu czy Manchesteru, który wrócił z wakacji w Hiszpanii. SARS-CoV-2 nie jest średniowieczną dżumą, choć zabił już setki tysięcy ludzi.

Co prawda bardzo się niepokoi zastępca naczelnego inspektora medycznego Anglii prof. Jonathan Van Tam. Przywołuje przykłady Francji i Hiszpanii, gdzie zaczęło się od zakażeń u młodzieży, a skończyło na rekordowych wzrostach infekcji w grupie starszych. „Ludzie za bardzo sobie odpuścili. Rozluźniliśmy się w wakacje i pora to zmienić, bo wirus wciąż jest groźny” – ostrzega.

Czytaj też: Wirus nakręcił konflikt pokoleń

Przestraszeni Brytyjczycy i eksperci, którzy studzą optymizm, mają solidne argumenty. Nikt przecież nie zagwarantuje, że epidemia nie wymknie się znowu spod kontroli. Wzrost liczby zakażonych może okazać się trwałą tendencją, a jak wiadomo, wirus zakaża w postępie geometrycznym. Fakt, że choruje tak wiele młodych osób i ludzi w średnim wieku, niepokoi. Starsi zaś nauczyli się żyć z dodatkowymi środkami ostrożności – unikają zakupów, ograniczyli kontakty z przyjaciółmi i rodzinami.

Strachu przed śmiercią z powodu Covid-19 na Wyspach nie da się porównać np. z polskimi realiami. Tu zmarło aż 41 551 osób. Szok brytyjski można zestawić tylko z włoskim. Co będzie, kiedy starsi ludzie przestaną się bać? Czy młodzi zakażający się koronawirusem jak ospą wietrzną nie spowodują nowej fali ofiar wśród seniorów?

Rząd stoi gdzieś pośrodku i stara się wyczuć, skąd wieje wiatr. To stała taktyka Johnsona, który umie być „za, a nawet przeciw”. Wielkim punktem spornym jest powrót do biur. Zdaniem związków zawodowych nakłanianie do tego pracowników jest nielegalne. Ministrowie dobrze zaś wiedzą, że bez ożywienia wymarłych centrów miast znikną tysiące miejsc pracy w restauracjach, muzeach, teatrach. Do końca września ma wrócić do biur 80 proc. urzędników, co prawda w systemie rotacyjnym. Bez bezpośrednich kontaktów „w realu”.

Czytaj też: Epidemia odejdzie, praca zdalna już zostanie

Brytyjskie wojny kulturowe

Johnson siedzi okrakiem na płocie, ale i zapowiada, że do Bożego Narodzenia zapewne „wszystko wróci do normy”. Planuje też ostrożnie dopuścić więcej posłów do Izby Gmin. Zdaniem części jego doradców dzięki ostrożności epidemia będzie wyhamowywać, przybierając mimo zimy mniej drastyczne formy. Inni ostrzegają, że to złudzenie i „chciejstwo”.

A Brytyjczycy są podzieleni. Jedni nie chcą nosić masek w komunikacji i sklepach, uznając, że ograniczają ich wolność. Inni noszą je zawsze i słyszą, że są proeuropejscy. Awantury o Covid-19 wpisują się więc w walkę o brexit, to nowa odsłona „wojny kulturowej”. Ci, którzy apelują o zdrowy rozsądek i liberalizację przepisów (za brak osłony na twarzy grozi 100 funtów grzywny, ale zwykle kończy się upomnieniem), są też oskarżani o rasizm – statystyki pokazują, że wśród ofiar dominują pacjenci z mniejszości etnicznych (zwłaszcza czarnoskórzy Brytyjczycy).

Jaka powinna być strategia walki z Covid-19 nadchodzącej zimy? Część rządowych doradców wskazuje przykład szwedzki – trzeba zachować otwarte zakłady pracy, biura i restauracje, apelując do starszych, by byli ostrożni, zachowując dystans i nosząc maski (notabene w Szwecji na 70 tys. zakażonych w stanie ciężkim i pod respiratorami jest 70 pacjentów). Pozwoliłoby to wrócić do pracy ludziom w sile wieku, bez poczucia, że dzieje się to kosztem seniorów. W przyszłym roku może pojawić się skuteczna szczepionka, ale i słynna „odporność zbiorowa” – pesymistyczne dane np. o 8-proc. odporności w Sztokholmie są kwestionowane. Nie da się łatwo zbadać odporności u pacjentów, którzy nie mają przeciwciał, a przeszli zakażenie – ich krew zawiera subtelne „klucze” biologiczne świadczące o „pamięci” zetknięcia z wirusem, wykrywane tylko w niektórych europejskich laboratoriach (takie „klucze” odporności, przydatne w konfrontacji z Covid-19, nosimy w sobie długo np. po szczepieniach na gruźlicę).

W Wielkiej Brytanii, gdzie szafowano pojęciem „zbiorowej odporności”, mało kto o niej teraz wspomina. Dominuje ogromny strach przed chorobą. – Obawiam się, że nakłanianie ludzi do tego, by znów normalnie żyli, będzie długotrwałe i trudne – mówi Frank Furedi, socjolog węgierskiego pochodzenia, autor pojęcia „cywilizacji strachu”. Badacz twierdzi, że wirus świetnie wpisał się w obawy dominujące w zachodnich społeczeństwach.

Czytaj też: Brexit. Johnson straszy „wariantem australijskim”

Brytyjska lekcja z epidemii

Brytyjski strach, o którym coraz więcej pisze się w prasie, rzeczywiście ma duże oczy. Jest niepomiernie większy niż we Francji, Niemczech i Hiszpanii, gdzie duża część osób dawno wróciła do biur. W Londynie pojawiły się już pomysły darmowych biletów na kolej, metro i autobusy, żeby ściągnąć do pracy szczególnie przestraszonych.

Oto brytyjska lekcja epidemiczna w pigułce, z której warto się może czegoś nauczyć: walka z koronawirusem musi być szybka i zdecydowana, ale cały czas subtelna i wyrachowana. Jak kombinacja szachowa, a nie rozgrywka pokera z nożem w zębach. W przeciwnym razie wirus z nas zakpi i ostatecznie pokona, niszcząc nie tylko zdrowie i gospodarkę, ale też psychikę.

Jeden ze słynnych brytyjskich lekarzy polskiego pochodzenia dr Karol Sikora przypomina w wywiadach złowieszcze prognozy: w wyniku zaniedbań w kuracji raka w najbliższych latach umrze w Wielkiej Brytanii 30 tys. chorych. To pośrednie ofiary. Nie trzeba dodawać, co spowodowało taką zapaść onkologii – krucjata przeciw Covid-19, w wyniku której zamknięto całe oddziały udzielające pomocy ciężko chorym. Z wirusem trzeba mądrze walczyć, ale nie dać się paraliżować histerii.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną