Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Afgańczycy się dogadują? Dziwny spokój w Kabulu

Były prezydent Afganistanu Hamid Karzai (w środku) podczas negocjacji z talibami w Dausze w 2019 r. Teraz rozmawia z nimi znowu. Były prezydent Afganistanu Hamid Karzai (w środku) podczas negocjacji z talibami w Dausze w 2019 r. Teraz rozmawia z nimi znowu. Evgenia Novozhenina / Reuters / Forum
Talibowie coraz częściej podkreślają, jak mocno się zmienili; na każdym kroku mówią, że chcą „inkluzywnego” rządu. Czy to jeszcze propaganda, czy już polityka?

Upadek Afganistanu demokratycznego i powstanie Afganistanu talibskiego jawi się obserwatorom jako zapaść, historyczna zmiana i klęska zachodniej hybris, nietamowanej pychy przenoszenia wzorców europejskich tam, gdzie nie znajdą przyjaznego środowiska.

Czytaj też: Dramatyczne sceny na lotnisku w Kabulu

Afganistan. Wrażenie chaosu

Sceny są rzeczywiście szokujące: prezydent Aszraf Ghani uciekł do Tadżykistanu – z workami pieniędzy, jak złośliwie zauważają rosyjskie media. Armia i policja rozpływają się w powietrzu, a talibowie, którzy tydzień temu byli zaledwie grupami lokalnych watażków, nagle stają się wojskiem nacierającym karnie i jednocześnie na wszystkie miasta.

Interwenci amerykańscy, którzy tę dzisiaj już niewidzialną armię budowali przez 15 lat, kosztem 80 mld dol. oraz życia wojskowych i cywilów, uciekają z lotniska w Kabulu jak niepyszni. Afgańscy pracownicy zachodnich ambasad, NGO-sów i kontyngentów wojskowych rzucają się pod koła startujących samolotów, próbując wydostać się z kraju. Wrażenie chaosu i zerwania ciągłości jest nieodparte.

Marek Świerczyński: Dramat w Kabulu. Czy polskie władze reagują na czas?

Łącznik między rządem i talibami

A jednak wśród scen chaosu i załamania rzucają się w oczy zdjęcia i oświadczenia polityków uznawanego dotychczas przez świat rządu. Dr Abdullah Abdullah, wiecznie niespełniony tadżycko-pasztuński kandydat na prezydenta, oraz były prezydent Hamid Karzaj pozostali w Kabulu zdobytym przez talibów. Obaj są ojcami założycielami demokratycznego Afganistanu, powiązani w przeszłości rywalizacją, a teraz połączeni misją zapewnienia przetrwania resztek tego projektu.

W 2009 i 2014 r. Abdullah startował przeciw Karzajowi, a później Ghaniemu i przegrywał w nieuczciwej i sfałszowanej walce wyborczej (choć i jego zaplecze głosy fałszowało). Karzaj odebrał mu zwycięstwo w 2009 r. przy cichej akceptacji Amerykanów, którzy, choć dostrzegali fałszerstwa wyborcze, to przesądzili szalę na stronę Karzaja, wierząc w zasadę, że „tylko Pasztun może rządzić Afganistanem”.

Teraz obaj konkurenci, wsparci w swoistym triumwiracie przez Gulbuddina Hekmatyara, pasztuńskiego warlorda, pozostali w Kabulu, by kontynuować negocjacje ze zwycięskimi już talibami. Kontynuować – ponieważ obaj, Karzaj i Abdullah, od co najmniej pięciu lat systematycznie latali do Kataru, budowali więź negocjacyjną z talibskimi dyplomatami, którzy w Dosze w 2012 r. otworzyli swoje przedstawicielstwo.

Obaj stanowili w tych negocjacjach jedyny i dość wątły łącznik między rządem a rebeliantami. Jednak ich rola była nie do przecenienia, ponieważ talibowie zdecydowanie i mimo zachęt USA odrzucali ofertę kontaktu z samym prezydentem Ghanim. Uważali go za amerykańską marionetkę (to były profesor uniwersytetu Johna Hopkinsa, specjalista od, nomen omen, upadłości państw), a Abdullah i Karzaj to jednak partnerzy z rzeczywistą siłą i zapleczem afgańskim.

Czytaj też: Ameryka ma nieczyste sumienie

Rządzenie wymaga pomocy Zachodu

Trwają zatem negocjacje w samym Kabulu. Znaczące jest to, że obaj politycy mają prawo czuć zagrożenie ze strony talibów jako symbole poprzedniej władzy i ich nieustępliwi wrogowie. Talibowie w czasie wojny nieustannie próbowali ich zabić, wysyłając na nich samobójców i ostrzeliwując ich domostwa z rakiet. Teraz jednak Karzaj i Abdullah poczuli się wystarczająco bezpiecznie, by pozostać. Obaj mają bowiem to, czego potrzebują talibowie: uznanie społeczności międzynarodowej, a zwłaszcza Zachodu. Talibowie co prawda intensywnie budują swoje relacje ze światem: ostatni rok to właściwie pasmo ich wizyt w Moskwie, Pekinie, Istambule, państwach arabskich i szereg zdjęć z tamtejszymi dyplomatami. Jednak ostatecznie tylko Zachód ma wystarczające pieniądze, by afgańska władza, jakakolwiek ona będzie, mogła utrzymać miasta afgańskie na minimalnym poziomie stabilności.

A rządzenie po zdobyciu władzy to nie tylko szariat i ideologia. Trzeba też utrzymać dostawy prądu i wody w sześciomilionowym Kabulu, kierować ruchem drogowym, dbać o szpitale. Sytuacja niemalże jak z wiersza Herberta „Tren Fortynbrasa”: „Żegnaj, książę, czeka na mnie projekt kanalizacji i dekret w sprawie prostytutek i żebraków”.

Do tej pory miejska infrastruktura współfinansowana była przez Bank Światowy, który ufał, że nie wszystkie dotacje zostaną rozkradzione i że powolny postęp Afganistanu jest wciąż możliwy, jeśli będą w nim obecni tacy właśnie politycy jak Karzaj czy Abdullah. Chińczycy i Rosjanie, choć propagandowo i z uciechą prezentują amerykańską klęskę, do płacenia się nie kwapią. Rosjanie do tej pory cieszyli się z amerykańskiej odpowiedzialności za Afganistan, a Chińczycy chcieli po prostu robić interesy. Ale finansowanie rozwoju Afganistanu to inny wymiar polityki zagranicznej, gdzie liczy się jedynie Zachód z jego – mimo wszystko – szlachetnym poczuciem misji pomocy i pieniędzmi na tę pomoc.

Czytaj też: Jaki jest bilans tej wiecznej wojny?

Propaganda czy już polityka

Karzaj i Abdullah mogą więc talibom zapewnić choć minimalne uznanie i kontynuację wpłat do budżetu. Talibowie za to coraz częściej podkreślają w swojej propagandzie, jak mocno się zmienili. Ich nowo mianowani urzędnicy w poniedziałek odwiedzili urząd energetyczny w Kabulu i wezwali do kontynuacji jego pracy. Jeden z nich, Abdulhaq Hamad odpowiedzialny za media, udzielił wywiadu dziennikarce afgańskiej stacji Tolo.

Na każdym kroku talibowie podkreślają, że chcą „inkluzywnego” rządu. Czasami na pytania o udział kobiet parskają śmiechem (jak w wywiadzie dla HBO), ale coraz częściej podkreślają, że będą strzegli ich pozycji w zgodzie z islamskim prawem. Zachód wciąż traktuje te deklaracje jako szlifowanie wizerunku, ale warto się przyglądać, czy propaganda na naszych oczach nie zamienia się w politykę.

Czytaj też: Co się stanie z Afganistanem?

Konflikt zmienił się w nową sytuację

Choć konkluzja tego procesu może być zaskakująca. Otóż talibowie od 20 lat nieustannie głosili, że ich celem jest usunięcie okupantów amerykańskich i zmiana ustroju demokratycznego na islamski. Zachodnia opinia publiczna oczywiście skupiała się na tej drugiej części. Dla Zachodu Afganistan był źródłem lęków tożsamościowych. Tym, czego się obawiał: miejscem naruszeń praw kobiet i miejscem, które nie przystawało do wyobrażeń zachodnich o jakości społeczeństwa. Słowo „okupacja” było zakazane, woleliśmy używać neutralnej i sprawczo brzmiącej „interwencji”.

A jednak okazało się, że błyskawiczne zwycięstwo i względny spokój w Kabulu (poza strefą lotniska) oraz wciąż brak oznak odnowienia wojny domowej możliwe są wyłącznie dlatego, że Amerykanie zdecydowali się na opuszczenie tego kraju. Stronnictwa afgańskie jakby czekały na to, że z „trójkąta konfliktu”: rząd w Kabulu – talibowie – Amerykanie, wypadnie jeden z wierzchołków, by konflikt zmienił się w inną sytuację.

Czytaj też: W Afganistanie giną tysiące cywilów

Izolacja czy akceptacja?

Oczywiście to hipoteza, że Afgańczycy się dogadują między sobą, choć przesłanki do jej udowodnienia są zachęcające. Sytuacja w najbliższych dniach może się jednak diametralnie zmienić, jeśli negocjacje wewnątrzafgańskie zdominuje logika stref wpływów i obrony terytorium za wszelką cenę. Na razie na lotnisku trwa chaos, z Afganistanu uciekają ludzie. Amerykanie skupieni są na obrazach „Sajgonu 2021” i zastanawiają się, ile na tym straci Joe Biden przed zbliżającą się 20. rocznicą zamachów w Nowym Jorku i Waszyngtonie.

Kiedy minie pierwszy szok, liczne w Afganistanie grupy interesów społecznych i demokratycznych (działacze praw człowieka, wolne media, kobiety) zaczną podnosić ręce w proteście przeciw opresji, co łatwo może zdestabilizować sytuację. Zachód – wciąż tylko on się liczy jako sponsor Afganistanu – musi blisko się przyglądać nowemu rządowi i podjąć decyzję o jego akceptacji lub izolacji. Każdy scenariusz, nawet uznania, że talibowie współrządzą z tym ich całym okrutnym bagażem, musi wchodzić w rachubę, jeśli można zapobiec jeszcze krwawszej wojnie domowej.

Czytaj też: Trudne jest życie Afganek

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną