Świat

Niemcy eksperymentują. Nowy rząd będzie ważną lekcją dla Europy

Olaf Scholz, kandydat SPD na kanclerza Niemiec Olaf Scholz, kandydat SPD na kanclerza Niemiec Jörg Carstensen / ddp images / Forum
Niemcy przestraszyli się własnej odwagi i perspektywę otwarcia politycznej „zielonej” ery zamienili na mniej wyrazisty scenariusz. Tylko czy nowy sojusz pozwoli przezwyciężyć marazm dotychczasowych rządów?

Wybory parlamentarne w Niemczech wygrała SPD i jej kandydat Olaf Scholz, którego aż 70 proc. Niemców widzi na stanowisku kanclerza. Ale to nie triumfator obfitującej w nieoczekiwane zwroty kampanii i prawdopodobny następca Angeli Merkel stoi dzisiaj w centrum uwagi publicznej. Ta skupiona jest na jego dwóch możliwych koalicjantach: Zielonych i liberalnej FDP. Oraz na pytaniu, czy ich sojusz pozwoli przezwyciężyć marazm dotychczasowych rządów.

Niemcy przestraszyli się własnej odwagi

Choć badania opinii publicznej (np. Instytutu Allensbach) pokazywały ostatnio, że pragnienie zmiany politycznej było przed wyborami większe niż kiedykolwiek ostatnio, ich wynik nie jest pod tym względem jednoznaczny. SPD rządziła przez osiem lat, jej kandydat był ministrem finansów, a stylizując się na męskie wcielenie znanej z przewidywalności i ostrożności Merkel, nie może uchodzić za symbol zwrotu. Głód władzy i obietnica zmiany napędzały wprawdzie poparcie dla Zielonych, ale zatrzymało się ono na poziomie niespełna 15 proc.

Najwyraźniej Niemcy przestraszyli się własnej odwagi i perspektywę otwarcia politycznej „zielonej” ery zamienili na mniej wyrazisty scenariusz. Wszystko wskazuje na to, że po klęsce chadeków po raz pierwszy Niemcami rządzić będą trzy partie: socjaldemokraci, zieloni i liberałowie. I że to te dwie mniejsze formacje będą miały szczególnie duży wpływ na to, w którym kierunku zmierzać będzie polityka.

Czytaj też: Jak Merkel zrobiła muzułmanów chadekami

Zieloni i liberałowie. Dwa światy

Wyjątkowe zainteresowanie, jakie budzą toczące się właśnie rozmowy sondażowe między Zielonymi a FDP, tylko po części tłumaczy powyborcza arytmetyka, która daje tym partiom wyjątkowo silną pozycję przetargową. Jeśli dogadają się w kluczowych sprawach i będą trzymać się razem, będą mogły dyktować warunki najsilniejszemu koalicjantowi. I w zasadzie zdecydować, która z największych formacji – CDU czy SPD – wejdzie do rządu i będzie miała kanclerza.

Ale ciekawsze jest co innego. Zieloni i FDP są liberalnymi partiami mieszczańskimi, reprezentują głównie ludzi dobrze wykształconych i zamożnych, ale jednocześnie środowiska o zupełnie przeciwstawnych wrażliwościach i poglądach na gospodarkę. Jeśli Zieloni podkreślają znaczenie sprawiedliwości społecznej i państwa, to liberałowie uchodzą za wolnorynkowych dogmatyków i zwolenników podejścia merytokratycznego. Czy porozumienie tych dwóch światów może przełamać trącące myszką różnice między prawicą a lewicą w rzeczywistości zdominowanej przez wyzwania związane ze zmianami klimatycznymi, nowymi technologiami i przepływami danych?

Niemcy po Merkel potrzebują zwrotu

Nadzieja, że z rozmów Zielonych i FDP wykluje się coś na kształt świeżego projektu politycznego na miarę drugiej dekady XXI w., zaczęła po ogłoszeniu wyniku wyborów dominować nad pragnieniem stabilności symbolizowanym przez Olafa Scholza. Pytanie, na jak długo. Po raz ostatni z prawdziwie ambitnym projektem odnowy kraju wyszły SPD i Zieloni w 1998 r., kiedy kanclerzem został Gerhard Schröder. Wtedy trzeba było pożegnać się z 16-letnią erą Helmuta Kohla, a Niemcy stały przed koniecznością przestawienia zwrotnicy w szeregu obszarów życia społecznego i gospodarczego. Projekt „czerwono-zielony” pod wodzą socjaldemokraty Schrödera i wicekanclerza Joschki Fischera zreformował państwo socjalne, zliberalizował prawo o obywatelstwie, ruszył z energią odnawialną, zadbał o większe równouprawnienie płci itd.

Po 16 latach rządów Merkel, której domeną było zarządzanie kryzysami, a nie realizacja dalekosiężnych wizji, potrzeba podobnego ruszenia z kopyta jest nie mniejsza. Odłogiem leży infrastruktura, transformacja klimatyczna się ślimaczy, digitalizacja kuleje, a polityka zagraniczna rozrywana jest sprzecznościami.

Oczywiście, dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna niż w 1998 r. O zielono-żółtym (żółty to barwa liberałów) projekcie nie ma w ogóle mowy. Partie nie tylko nie szły z takim hasłem do wyborów, lecz ostro zwalczały się w kampanii, bijąc się w istocie o podobny wielkomiejski elektorat. Ale obie prezentowały się jako siły modernizacji, podczas gdy CDU/CSU i SPD kładły nacisk raczej na obronę status quo. To FDP i Zieloni okazały się też partiami zdecydowanie najpopularniejszymi w najmłodszym pokoleniu. I to one najwięcej mówiły o wyzwaniach przyszłości.

Znany politolog Karl-Rudolf Korte twierdzi, że rosnąca popularność tych dwóch partii jest świadectwem pojawienia się „nowego mieszczaństwa” – warstwy przełamującej dotychczasowe podziały, która szuka dla siebie większości w życiu politycznym. Jego zdaniem wyróżnia je pragmatyzm w sprawach socjalnych, silne przekonania moralne, niezależność, ale też waga przywiązywana do idei dobra wspólnego. Różne rozłożenie akcentów w programach partyjnych nie musi być przeszkodą, zaś połączenie elementów rynkowych z funkcją regulacyjną państwa może być dobrą podstawą dla innowacji i trwałego rozwoju.

Czytaj też: Ich trzech. Kandydaci na miejsce Merkel

Połączyć ogień z wodą, zielony z żółtym

Tyle teoria. W praktyce twardych orzechów do zgryzienia będzie wiele. Zwłaszcza w polityce podatkowej i finansowej, którą liberałowie za wszelką cenę chcą dostać. Nie tylko upierają się przy tzw. hamulcu długu publicznego i ostrym kursie oszczędnościowym, lecz chcą także obniżać podatki. Zieloni wskazują, że to absurd: Niemcy potrzebują większych wydatków publicznych, żeby sfinansować konieczne inwestycje w innowacje i infrastrukturę, które będą procentować w przyszłości.

Ale tego rodzaju sprzeczności da się przezwyciężyć. Utworzony poza budżetem fundusz inwestycyjny zasilany z pieniędzy publicznych pozwoliłby pogodzić ogień z wodą: formalne utrzymanie restrykcji budżetowych i zwiększenie wydatków na cele kluczowe dla transformacji klimatycznej czy digitalizacji.

Te dwa priorytety, nierozerwalnie zresztą złączone, mogą być wspólnym fundamentem zielono-żółtego aliansu na rzecz zmiany. Przekonanie do niego SPD i Olafa Scholza wymagać będzie ustępstw w sprawie rynku pracy czy płacy minimalnej, ale trudno spodziewać się, by koalicja miała się o to rozbić. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem można spodziewać się, że rządy Merkel dobiegną końca. Spodziewana nowa konstelacja polityczna w Berlinie najlepiej zdaje się odpowiadać na potrzeby nowej ery.

Przyszłość, nie tylko zresztą Niemiec, zależeć będzie od jednoczesnego nacisku na transformację klimatyczną, inkluzywność społeczną i innowacje wymagające odpowiedniej równowagi między rynkiem a państwem. Niemiecki czerwono-żółto-zielony (tzw. koalicja świateł ulicznych) eksperyment może być ważną lekcją dla Europy.

Czytaj też: Niemiecka armia z poboru?

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną