Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

Demokracja w odwrocie. Co dał szczyt Bidena?

„Szczyt dla demokracji” był wirtualnym spotkaniem przywódców 111 państw zaproszonych do dyskusji przez amerykańskiego prezydenta Joe Bidena. „Szczyt dla demokracji” był wirtualnym spotkaniem przywódców 111 państw zaproszonych do dyskusji przez amerykańskiego prezydenta Joe Bidena. Chris Kleponis / Zuma Press / Forum
Wystąpienie prezydenta USA zawsze jest wydarzeniem, to w końcu wciąż supermocarstwo, ale wyłania się pytanie, jak uważnie Bidena świat dziś słucha.

Zakończył się dwudniowy „Szczyt dla demokracji” – wirtualne spotkanie przywódców 111 państw zaproszonych do wspólnej, ale zdalnej dyskusji przez amerykańskiego prezydenta Joe Bidena. W USA mało kto się tym interesował – media informowały o szczycie zdawkowo. Ameryka ma pilniejsze problemy, czemu trudno się dziwić.

Elektroniczne spotkanie było polityczną imprezą bez praktycznego znaczenia, wydarzeniem głównie propagandowo-piarowym. To typowy przykład sytuacji, kiedy politycy uważają, że wypada im zabrać głos w jakiejś sprawie, chociaż dobrze wiedzą, że właściwie niczego to nie zmieni.

Demokracja w odwrocie

Biden musiał ów szczyt zorganizować, bo zapowiedział to jeszcze w swej zeszłorocznej kampanii wyborczej. Miał argumenty – demokracja jest w odwrocie na całym świecie, trzeba więc jej bronić. Dowodzą tego badania prowadzone przez takie organizacje jak Freedom House, który coraz więcej krajów ocenia w swych rankingach jako „niewolne” lub tylko „częściowo wolne”. Chiny i Rosja sprzedają krajom Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej technologie biometrycznego rozpoznawania twarzy i cenzurowania internetu, aby można było lepiej kontrolować nieposłusznych. Z regresem demokracji mamy do czynienia nawet we wspólnocie zachodniej, czyli gronie kilkudziesięciu państw Unii Europejskiej i NATO. Rosną tam w siłę partie i politycy prawicowego populizmu, którzy, wykorzystując demokratyczne instytucje, jak wolne wybory, starają się utrwalić swoją władzę metodami autokratycznymi i ograniczać prawa mniejszości. Rosną nawet w Ameryce.

Pomysł szczytu logicznie wpisywał się w całą wizję ideologiczną i program Bidena – umacniania amerykańskich sojuszy i liberalnej demokracji na świecie. Stąd jego przemówienie na otwarcie spotkania, ze słowami: „Demokracja potrzebuje orędowników” i przyznaniem, że w samych Stanach Zjednoczonych nie jest z nią najlepiej, więc, jak powiedział, „zdajemy sobie sprawę, że umacnianie demokratycznych instytucji wymaga nieustannych wysiłków”.

Wystąpienie prezydenta USA zawsze jest jakimś wydarzeniem, to w końcu wciąż supermocarstwo, ale wyłania się pytanie, jak uważnie Bidena świat dziś słucha. Słowa amerykańskich przywódców liczyły się zwykle jako instrument soft power, sposób wpływania Ameryki na to, co dzieje się na świecie, dyplomacja publiczna, promieniowanie amerykańskiej popkultury i innych niematerialnych, albo niesiłowych środków. Problem w tym, że słabnący od lat prestiż i autorytet Ameryki oznacza, iż słabnie także „miękka siła” jej oddziaływania.

Czytaj także: Biden już zapowiada walkę o reelekcję. Ale czy naprawdę wystartuje?

Biden wystawił się na krytykę

Nie pomógł tutaj dziwaczny klucz zastosowany przy doborze uczestników szczytu. Wśród zaproszonych znalazły się kraje, w których istnieją parlamenty, wolne wybory i inne formalne instytucje demokracji, ale gdzie manipulacje masami, przemoc, korupcja, dyskryminacja mniejszości albo szykany wobec opozycji nie pozwalają tak naprawdę określać ich mianem „demokratycznych”. Administracja Bidena zaprosiła kraje uznane przez Freedom House za tylko „częściowo wolne”, jak Mołdowa, Pakistan, Filipiny czy Brazylia, natomiast nie zaprosiła innych, też „częściowo wolnych”, ale w rankingach demokracji plasujących się nieraz wyżej od zaproszonych, np. Boliwii.

W Europie najbardziej uderza brak na liście uczestników Węgier, które Waszyngton, jak się przypuszcza, pragnął w ten sposób „ukarać” za wyzywającą postawę wobec amerykańskiego potępienia nacjonalizmu premiera Orbána i jego rządu. Węgry były jedynym niezaproszonym krajem Unii Europejskiej. Nie wiadomo, co właściwie Biden zamierzał w ten sposób osiągnąć. Sam w każdym razie wystawił się na krytykę, że o zaproszeniach decydowały nie demokratyczne wartości, a geopolityka – Brazylia, Indie i Filipiny są dla USA ważniejsze niż małe Węgry.

Czytaj także: USA budują globalny sojusz. Polska zostaje na uboczu

Co z demokracją w Ameryce?

Nie ma większego znaczenia, co Biden powiedział uczestnikom szczytu – choć oczywiście interesuje nas, co powiedział w rozmowie z prezydentem Andrzejem Dudą. Najważniejsze jest jednak, czy Ameryka pod jego rządami będzie nadal – i jakimi sposobami – wspierać demokratyczne siły na świecie. Sankcje przeciw autokratom za prześladowanie dysydentów, pomaganie opozycji, publiczne deklaracje poparcia są potrzebne, nie tylko jako forma materialnej pomocy, lecz również pokrzepianie morale walczących z dyktatorami i cierpiących w więzieniach ludzi. Kongres wciąż gotowy jest do uchwalania ustaw zobowiązujących prezydenta do stosownych działań, jak sankcje za łamanie praw człowieka w Rosji w rodzaju ustawy Magnickiego.

Media amerykańskie zwracają jednak uwagę, że Biden powinien teraz skupić się raczej na umacnianiu demokracji w Ameryce. Szturm trumpistów na Kapitol 6 stycznia był, jak się coraz częściej przewiduje, tylko przygrywką do tego, co może się stać przy okazji następnych wyborów prezydenckich w 2024 roku. W 19 stanach dominujący tam republikanie zmienili prawa wyborcze tak, żeby ograniczyć możliwość głosowania typowego elektoratu Partii Demokratycznej, czyli Afroamerykanów i Latynosów, i żeby liczenie głosów przebiegło tak, by zapewnić zwycięstwo republikańskich kandydatów. Celują w tym działacze popierani przez Trumpa.

To, co nie udało się GOP w wyborach rok temu – nie dopuścić do wygranej demokraty – może w ten sposób udać się za trzy lata. Trudno przewidywać, by druga strona pogodziła się w takich okolicznościach z porażką. Czy dojdzie wtedy do pokojowego transferu władzy?

Czytaj też: Trump trzyma się mocno. Ma szansę wrócić do władzy?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Nauka

Ziemia: matka dobra czy patologiczna? Zmarł słynny twórca idei Gai

W wieku 103 lat odszedł James Lovelock, pomysłodawca idei Gai. Sformułowana przez niego pół wieku temu hipoteza, że Ziemia jest jak wielki organizm, na pewno go przeżyje. Szokowała, kusiła – i nadal wywołuje gorące naukowe spory.

Marcin Ryszkiewicz
09.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną