Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Izrael też ma problem z Pegasusem. Czyja głowa tu poleci?

Budynki należące do NSO Group na pustyni Arawa Budynki należące do NSO Group na pustyni Arawa Amir Cohen / Reuters / Forum
Jedna z izraelskich gazet donosi, że policja szpiegowała członków rządu, lokalnych polityków, aktywistów, dziennikarzy, a także rodzinę byłego premiera Beniamina Netanjahu i jego doradców. Pytanie brzmi, kto na ujawnieniu tych informacji straci, a kto zyska.

W Izraelu od lat krąży taki dowcip: „Ponoć macie problem, bo u was wszystkich podsłuchują. Ale w czym tkwi problem?”. Ten lapidarny żart streszcza stosunek Izraelczyków do metod pracy ich służb specjalnych, bo oddaje złotą zasadę obowiązującą tu wszystkich: bezpieczeństwo kosztuje.

W kraju nieustannie zagrożonym, doświadczonym dwoma intifadami i atakami terrorystycznymi kwestia bezpieczeństwa jest kluczowa, nawet jeśli podnoszona przez polityków dla ich własnych zysków. Skanery na dworcach, wszechobecni żołnierze, kontrole autobusów i centrów handlowych, cenzura wojskowa – w czasach „pokoju” to cena, którą większość obywateli godzi się ponosić. – Wystarczy, że służby zapobiegną kolejnemu zamachowi – uważa znany izraelski dziennikarz zajmujący się Pegasusem. – Problem zaczyna się wtedy, kiedy celem służb nie są tylko „terroryści”, ale zwykli ludzie, niewinni albo winni tego, że są czyimiś przeciwnikami politycznymi.

Pegasus w Izraelu. Podsłuch bez zgody sądu

W dodatku okazuje się, że izraelska policja używała Pegasusa bez zgody sądu. Rewelacje w tej sprawie opublikowała w poniedziałek gazeta „Kalkalist”. Według ujawnionego raportu oprogramowania używano wobec Avnera, syna byłego premiera Beniamina Netanjahu, jednej ze współoskarżonych w jego procesie Iris Elovitch, doradców medialnych, ale i aktywistów, organizatorów protestów na rzecz osób niepełnosprawnych, dziennikarzy portalu Walla, biznesmena Rami Levy’ego, kilku burmistrzów, byłych urzędników w ministerstwach finansów, sprawiedliwości i transportu. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Już w styczniu „Kalkalist” donosił, że policja od lat używała Pegasusa bez nakazu czy zgody sądu. W kraju zawrzało. Inaczej niż w listopadzie ubiegłego roku, gdy ujawniono, że inwigilowano z jego pomocą sześciu palestyńskich działaczy praw człowieka. Nimi nikt się nie przejął, bo w Izraelu obowiązuje cicha zgoda na „specjalne traktowanie” Palestyńczyków.

Teraz jest inaczej. Omer Bar-Lev, minister odpowiedzialny za bezpieczeństwo, zdecydował o utworzeniu rządowej komisji do wyjaśnienia sprawy. Domagają się tego wszyscy: obecny premier Naftali Bennett, członkowie Knesetu i zwykli obywatele. Nieoczekiwanie na skandalu może też zyskać Netanjahu, który jako szef rządu nie miał nic przeciwko sprzedaży licencji na Pegasusa krajom będącym na bakier z demokracją i prawami człowieka. Dziś sprawa może mu pomóc utrącić proces korupcyjny, który właśnie toczy się wobec niego (wszak na liście podsłuchiwanych są ważni świadkowie, a nawet współoskarżona).

Czytaj też: Co wie o nas smartfon i jak pozbawić go tej wiedzy

Netanjahu jechał na Pegasusie

„Bohaterem tego sezonu serialu pt. »Życie i przygody Beniamina Netanjahu« jest Pegasus, który może zmienić każdy telefon w źródło informacji o jego właścicielu – pisze Aluf Benn w dzienniku „Haaretz”. – Historia zaczęła się, gdy ówczesny premier został zatrudniony jako pierwszy sprzedawca w firmie zajmującej się oprogramowaniem szpiegującym NSO Group, torując mu drogę do sprzedaży w Zatoce Perskiej, odnosząc sukcesy na froncie politycznym i obronnym, zacieśniając relacje m.in. z Arabią Saudyjską, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Bahrajnem. Netanjahu jechał na Pegasusie aż do czasu podpisania porozumień abrahamowych, jego najważniejszego wkładu w izraelską politykę zagraniczną”. Kluczową rolę w procederze miała odegrać policyjna jednostka Lahav 433 z Lod, nazywana izraelskim FBI.

Z grubsza afera sprowadza się więc do tego, że choć z systemu korzystano za czasów Netanjahu i polityczna odpowiedzialność spoczywa na nim, to dzięki swej zręczności dziś uchodzi za ofiarę nadużyć – o szpiegowanie podejrzewana jest policja na czele z jej ówczesnym szefem Roni Alsheichem. A wszystko to bez zgody, ale i wiedzy Bibiego (jak nazywany jest były premier Izraela) – taką narrację przynajmniej próbuje sprzedać obywatelom. Co więcej, według polityków Likudu, macierzystej partii Netanjahu, afera miała kosztować formację dwa cenne mandaty, a de facto utratę władzy. „Co za ironia: człowiek, który wykorzystał Pegasusa dla zysków w polityce zagranicznej, wierzy, że stracił władzę z jego powodu” – dodaje Benn.

Netanjahu udało się odnieść pierwsze zwycięstwo w tej sprawie – sąd przesunął termin jego rozprawy w oczekiwaniu na wyjaśnienia policji. Sam Alsheich domaga się dogłębnego śledztwa. Co prawda Kobi Shabtai, obecny szef policji, zaprzecza zarzutom, polecił nawet wszcząć wewnętrzne postępowanie. Według jego zapewnień nie przyniosło ono żadnych dowodów na to, że złamano prawo.

Pegasus to szpieg w smartfonie. Jak działa?

Dlaczego to policja musi się tłumaczyć?

Minister Bar-Lev przyznał, że jeśli rewelacje „Kalkalist” się potwierdzą, to skutki będą dotkliwsze niż po słynnej sprawie autobusu numer 300. To wymowne porównanie – w 1984 r. agenci Szin Bet (służb bezpieczeństwa wewnętrznego) zabili dwóch terrorystów, którzy porwali autobus z zakładnikami, ale winę próbowali zrzucić na generała izraelskiej armii. Teraz pod ostrzałem jest policja, która będzie się mierzyć z wieloma niewygodnymi pytaniami. Przede wszystkim o nielegalne użycie Pegasusa.

Dlaczego to policja, a nie np. Szin Bet, musi się dziś tłumaczyć? Amos Harel na łamach „Haaretz” przypomina, że to za czasów Netanjahu i jego poprzednika Ehuda Olmerta zasypywano ją prośbami o wszczęcie śledztw w sprawie przecieku informacji, głównie dotyczących irańskiego programu nuklearnego. Aby bronić się przed politycznymi zakusami, Szin Bet opracował procedurę, zgodnie z którą śledztwa te wszczynano tylko za zgodą prokuratora generalnego i tylko w rażących przypadkach. „Istnieje podejrzenie, że ministrowie, a może nawet były premier, obchodzili drogę do Pegasusa z pomocą policji” – pisze Harel.

Czytaj też: Pegasusgate, czyli destrukcja demokratycznego państwa

NSO. Pegasus w niepowołanych rękach

Powściągliwie zachowuje się sama firma NSO Group, założona przez dwóch kolegów i byłego agenta Mosadu, do niedawna handlująca licencjami na Pegasusa. Shalev Hulio, jej szef, obiecał ponoć pełną współpracę i zawieszenie stosowania systemu przez policję do czasu zakończenia postępowania. Według telewizyjnego Kanału 13 Hulio w liście do pracowników napisał, że jeśli publikacja „Kalkalist” jest prawdziwa, to jest to „niepokojące, straszne i niedopuszczalne w demokratycznym kraju”. „Jeśli to prawda, to jest to niezgodne z prawem postępowanie izraelskiej policji i oczywiście rażące naruszenie naszej umowy z nią” – czytamy. W liście zapewnił też, że podobne systemy powinny być używane wyłącznie do zapobiegania poważnym zbrodniom i terroryzmowi.

NSO ma dziś własne problemy – po pierwszych doniesieniach „Kalkalist” ze stycznia do dymisji podał się poprzedni szef firmy Asher Levy, choć zaprzeczał, że ma to związek ze skandalem. Coraz głośniej mówi się, że firma może zostać sprzedana (jej wartość szacowana jest nawet na 2 mld dol.) albo że pozbędzie się Pegasusa.

Kilka dni temu do zakupu testowej licencji na Pegasusa przyznało się FBI w USA, agencja zaprzecza jednak, że kiedykolwiek go użyła. Amerykanie chcieli ponoć sprawdzić i ocenić narzędzie pod kątem bezpieczeństwa na wypadek, gdyby wpadło w niepowołane ręce. Transakcję poprzedziły długie negocjacje – FBI nie podobało się to, że NSO miało wiedzę, gdzie dokładnie system był wykorzystywany. Sprawa dostępu do tych danych była podnoszona także przez polskich ekspertów – ale polskie służby nigdy się do niej nie odniosły.

Czytaj też: Czy Pegasus wpłynął na wynik wyborów w Polsce?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Niezbędnik

Prawda według filozofów

Prawda jest cechą zdania. Po prostu. Jej przeciwieństwem jest fałsz. Zdanie może być prawdziwe, fałszywe albo nie wiadomo jakie. Tylko jak to stwierdzić? Dzięki czemu mamy pewność, że o jednych zdaniach daje się powiedzieć, że są prawdziwe lub fałszywe, a o innych nie?

Magdalena Środa
04.04.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną