Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Piąty dzień wojny. Rosyjscy dowódcy muszą być sfrustrowani

Wojska obrony terytorialnej bronią Charkowa. Wojska obrony terytorialnej bronią Charkowa. Sergey Bobok / AFP / EAST NEWS
Tego się absolutnie nie spodziewałem: takiej siły, woli i skuteczności. Nieuchronnie nasuwa się porównanie z wojną polsko-bolszewicką 1918–20, kiedy polski Dawid pokonał sowieckiego Goliata, ocalając Europę przed zniewoleniem.

Znów należy podkreślić, że wojska Federacji Rosyjskiej nie zdołały zdobyć ani jednego znaczącego miasta, nie posunęły się wiele naprzód, nie rozbiły ukraińskich sił, nie przełamały obrony. Właściwie to znowu niczego nie osiągnęły. Za to wielu położyło głowy za putinowskie fanaberie... Praszczaj Rodinu, czyli żegnaj ojczyzno, jak to już wielokrotnie dało się słyszeć w przeszłości, zwłaszcza w czasach ZSRR.

Teraz Rosjanie dużo ostrożniej podchodzą do szturmu dużych miast. Ich krwawa porażka na ulicach Charkowa 27 lutego była chyba silnym otrzeźwieniem. Dlatego dążą raczej do okrążania miast i izolowania ich tak, by musiały same się poddać, choć zapewne walk na ulicach nie unikną. Tyle że nawet to im nie wychodzi. Po ostatniej nocy wydawało się, że zdołają całkowicie otoczyć Kijów, ale znów zostali odparci. Skąd ten blamaż, ten brak skuteczności?

Czytaj też: To może być długa wojna na wyczerpanie

Ani motywacji, ani woli walki

Największa słabość to brak motywacji. Rosjanie sprawiają wrażenie mało przekonanych do tej wojny. Szeregowi żołnierze, ale też oficerowie nie pałają jakąś szczególną nienawiścią do Ukraińców. Bo za co? Już prędzej Polacy, którzy pamiętają im walki z Banderowcami z połowy lat 40. czy masakrę na Wołyniu. Minęły jednak lata i pokolenia, ludzie się zmienili, mają inne wartości – poza grupką ekstremistów, oczywiście.

Zostawmy zaszłości i przestańmy robić rachunek krzywd, bo nie czas na to. Dziś Ukraina broni własnego domu, a nasze domy stoją tuż obok. Na wsiach zawsze było tak, że gdy płonął jeden dom, wszyscy zbiegali się gasić niezależnie od tego, kim był właściciel, czy był lubiany, czy nie. Trochę w odruchu współczucia, a trochę z obawy, że ogień przeniesie się dalej, na kolejne strzechy. Jestem dumny z Polaków, bo poza nielicznymi wyjątkami zachowują się jak owi wieśniacy z mojego dzieciństwa, kiedy zbiegali się wszyscy, ustawiali w łańcuch i podawali sobie napełnione w studni wiadra z wodą.

Zwykli Rosjanie nie bardzo wiedzą, dlaczego mieliby pacyfikować swoich słowiańskich braci i zapędzać ich w taki sam zamordyzm, jakiego doświadcza moskiewska ulica, gdy tylko zaczyna nieśmiało demonstrować sprzeciw. Wchodzą na Ukrainę, a tu zamiast chleba, soli i wódki – zawzięty opór, opluwanie i nienawiść. Nikt was tu nie prosił! – słyszą na każdym kroku. A przecież powiedziano im, że idą wyzwalać. Gdzie wyrazy wdzięczności? Coś tu nie gra...

Motywacja, wola walki, siła i hart ducha to jedna sprawa, najważniejsza, w ślad za tym idą morale – dyscyplina, gotowość do poświęceń, poważne podejście do obowiązków, wzorowa żołnierska postawa. Kłóci się z tym golenie spirytusu przy każdej okazji, rabowanie sklepów czy domów, bójki i gorsze rzeczy, jakie zawsze charakteryzowały radziecką armię i jak widać, rosyjską także. Wszak tradicju kultywirowat’ nada.

Czytaj też: Czy Ukraina wystarczy Putinowi?

Armia musi być jak drużyna

Ale są także inne, delikatnie mówiąc, deficyty. Na przykład umiejętności taktyczne. Współczesna wojna lądowa w formie pełnoskalowej wymaga ścisłego współdziałania tzw. broni połączonych: walkę z użyciem czołgów, osłanianych przez piechotę, wspiera artyleria, z powietrza bronią ich pododdziały przeciwlotnicze, a całość zabezpieczają saperzy, łącznościowcy, logistycy. To wszystko musi działać jak dobrze naoliwiony mechanizm, a zespół czołg–piechur–działo ma operować jak piłkarska drużyna, niemal wprost odpowiednik kombinacji atak–obrona–pomoc.

I tego Rosjanie jakoś nie potrafią się nauczyć. Czołgi wyrywają się przed piechotę, piechota rozłazi się w poszukiwaniu sobie znanych rzeczy, artyleria, jak już strzela, to albo po swoich, albo w pole, albo w bloki mieszkalne. Rezultat jest taki, że czołgi płoną, piechota zabita, artyleria – porzucona po panicznym odwrocie. Ścisłego współdziałania brak. Próbują, starają się, ale jak przyjdzie co do czego, to jest jak zawsze. Może też dlatego, że ich ćwiczenia to zwykle dobrze wyreżyserowany balet, pokazucha dla wysokich dostojników, którzy machają do nich radośnie z trybun, kiedy zaś trzeba improwizować, decydować, reagować na zmiany sytuacji – każdy robi, co mu się podoba. Taka już chyba cecha narodowa. Bardach wpisany w preambułę ludowej konstytucji.

Jak powinna posuwać się kolumna przez nieznany sobie teren? Przodem idą szperacze, których z pewnej odległości osłaniają opancerzone transportery rozpoznawcze. Nie za blisko, żeby nie oberwać, ale i nie za daleko, by w razie potrzeby obłożyć przeciwnika ogniem z działek automatycznych i broni maszynowej, osłaniając odwrót szperaczy. Zadaniem tych ostatnich jest przyjrzeć się krytycznie wszelkim krzaczkom, domom, oknom… Powinni poruszać się w dwóch–trzech grupach, wzajemnie się osłaniając. Czujni i nieufni. Dopiero za tym zwiadem powinna jechać zasadnicza kolumna. Dobrze też wysłać małego drona na sam przód, żeby się wstępnie rozejrzeć.

Czytaj też: Niemcy robią zwrot. Koniec ery końca historii

Rosji kończą się rezerwy

A jak posuwają się rosyjskie kolumny? Jakby były u siebie. Przodem jadą czołgi, za nimi transportery przemieszane z ciężarówkami. Wjeżdżają w zasadzkę, w której obrywa czołowy czołg, a za chwilę któryś wóz z tyłu. Całość grzęźnie w pułapce, żołnierze biegną do rowów pod ogniem broni maszynowej, a ukraińscy strzelcy z rakietami przeciwpancernymi likwidują po kolei unieruchomione pojazdy.

Nie wszystkie rosyjskie siły zostały już użyte. Jest jeszcze w odwodzie cała 20. armia z jej dwoma dywizjami zmechanizowanymi, czyli razem ekwiwalent aż sześciu brygad; jest też brygada pod Brześciem na Białorusi, przypuszczalnie z 5. armii z Ussyryjska, która też nie w całości weszła do Ukrainy. Ale poza teatrem walk rezerwy nie są już wielkie. To 2. Armia Gwardii z Samary (trzy brygady zmechanizowane) i 49. armia ze Stawropola (dwie brygady zmechanizowane). Ta ostatnia stoi przy Kaukazie, a tam spokój kruchy – a to Północna Osetia, a to coś się dzieje w nieodległej Armenii, Czeczenia to też jeden wielki tygiel... Z kolei armia z Samary czuwa, bo nie wiadomo, co się w Kazachstanie znowu wydarzy, licho nie śpi. No i jest jeszcze korpus armijny na Sachalinie. I to wszystko.

Zadziwiające, ale prawie całe rosyjskie wojska lądowe, w tym jednostki z Syberii, Dalekiego Wschodu czy Północy, są już w Ukrainie i do tej pory niewiele z tego wynika.

Czytaj też: Wieczór z Rossija24. Wieści z innego, równoległego świata

Czy Ukrainie wystarczy sił?

Sfrustrowani rosyjscy dowódcy wyładowują złość na ukraińskich cywilach. Artyleria wali już bez opamiętania, a to ostrzeliwując parking, a to supermarket. Pociski spadają gdzie popadnie. Samoloty dokonują chaotycznych ataków, latając na bardzo małych wysokościach. Narażają się na ogień przenośnych zestawów przeciwlotniczych, w tym słynnych amerykańskich Stingerów i polskich Gromów, w które zaopatrzono Ukrainę dość obficie. I sypią się z nieba rosyjskie samoloty i śmigłowce jak ulęgałki, ostatni wynik to przypuszczalnie – zgodnie z dostępnymi komunikatami – 27 samolotów i 36 śmigłowców.

Nie wiem, na ile Ukrainie wystarczy sił. Toczą śmiertelne zmagania, są wyczerpani, tracą sprzęt i ludzi, dopada ich bojowy stres i ciężkie zmęczenie. Amunicja ulega zużyciu, a Rosjanie wciąż naciskają. W niektórych miejscach, zwłaszcza na południu, ponoć udaje im się okrążyć miasta, wyłażą też na skrzydła Charkowa.

Trzymajmy kciuki, żeby Ukrainie wystarczyło sił, hartu ducha i amunicji. Każdy dzień skutecznej obrony działa na ich korzyść.

Czytaj też: Czy Ukraina ma się jak bronić?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Diagnoza: borelioza. Ale czy na pewno?

W Polsce mnożą się fałszywe rozpoznania boreliozy. Oraz medycy, rzekomi specjaliści od tej choroby. A także rzekomi chorzy, spanikowani, że padli ofiarą kleszcza.

Paweł Walewski
07.11.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną