Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Świat

165. dzień wojny. „Trumny Putina”, czyli latające czołgi nad Ukrainą

Saper sprawdza szczątki rosyjskiego samolotu bojowego Suchoj Su-25, który został trafiony przez Siły Zbrojne Ukrainy w obwodzie kijowskim. Saper sprawdza szczątki rosyjskiego samolotu bojowego Suchoj Su-25, który został trafiony przez Siły Zbrojne Ukrainy w obwodzie kijowskim. Stringer / Reuters / Forum
Sowieci kiedyś naprawdę zbudowali prototyp latającego czołgu, ale tym razem to przenośnia – tak jest nazywany samolot szturmowy Su-25, najpopularniejszy używany przez Rosjan w tej wojnie. On najlepiej pokazuje, na co ich stać.

Ukraińska Agencja Atomowa wydała ważne oświadczenie sugerujące, że ostrzelanie stacji transformatorowej pod Zaporoską Elektrownią Atomową może mieć na celu wywołanie blackoutu w całej południowej części kraju. Z komunikatu można jednak wnioskować, że Rosjanie nie potrafią odłączyć prądu. Wielu pracowników zbiegło przed Rosjanami, zostało zabitych lub uwięzionych. Okupanci przywieźli swoich specjalistów od energetyki jądrowej, ale ci przez liczne ukraińskie modernizacje nie bardzo wiedzą, jak poprawnie tym sterować.

Najeźdźcy w dodatku rozmieścili broń i amunicję w budynkach reaktorów nr 1 i 2, a to skrajnie niebezpieczne. Amunicję można zdetonować nawet wskutek nieuwagi. Jak myślicie, czy przechowywanie amunicji w bloku reaktora to dobry pomysł, czy może głupi?

Czytaj także: Bombowce ładne, ale bezużyteczne. Rosyjski latający cyrk Monty Pythona

Wojna w Ukrainie. Na frontach

Rosjanie próbowali odzyskać w części teren stracony między Iziumem a Słowiańskiem, atakując Bohorodyczne, ale zostali odparci. Odpowiedzieli ogniem artylerii. Ogólnie zmian terytorialnych tu nie było. Ciekawostką jest, że w rejonie do niewoli wzięto rosyjskich żołnierzy, którym przerwano wykonywanie wyroków. W południowym Donbasie, pod Bachmutem, walczą naziole z Rusicza i najemnicy z Grupy Wagnera, pod Iziumem pojawili się garownicy. To są ci rosyjscy bohaterowie wojenni?

Po wschodniej stronie Donbasu, pod Siewierskiem, panował z kolei względny spokój. Rosjanie nie atakowali, ich ostrzał był dość słaby. Pod Bachmutem natarcia na wzgórza Widrodżennia, Werszyna i Kodema nie przyniosły rezultatu. Podobnie w rejonie Doniecka i Awdijiwki nie odniosły sukcesu ataki donieckiej milicji.

Czytaj też: I co dalej, Rosjanie?

Pod Charkowem żadna ze stron nie podjęła działań ofensywnych, za to ostrzał rosyjskiej artylerii mocno się zintensyfikował. Pod Chersoniem trwała zaś głównie wymiana ognia. Ukraińska artyleria lufowa (haubice 155 mm) i rakietowa (HIMARS) zniszczyła stanowisko dowodzenia batalionu, atakując wysunięte stanowiska dowodzenia 76. Czernihowskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej Gwardii i 49. Armii na lotnisku Czornobajiwka i niszcząc skład amunicji w miejscowości Oleszszja. W Hladiwce uderzono w bazę wojskową. W rejonie zaporoskim padł magazyn amunicji, atakowano bazę wojskową, a w Makiejewce na wschód od Doniecka skład sprzętu. W samym Doniecku i Sniżnem uderzono w bazy wojskowe.

Czytaj też: Ukraina ruszyła na Chersoń. Teraz może się Rosji odgryźć

Rosjanie prowadzili na południu Ukrainy intensywne rozpoznanie lotnicze przy pomocy dronów i pojedyncze ataki samolotami Su-25, znanymi jako „latające czołgi”.

Był sobie latający czołg

Musieliśmy zrobić zastrzeżenie, że chodzi o przenośnię, bo za naszą wschodnią granicą naprawdę powstał latający czołg! Prace nad tym cudem trwały w latach 1941–43. Chodziło o możliwość wsparcia desantu powietrznego. Dlatego do ważącego 6 ton czołgu lekkiego T-60 dorobiono zaprojektowane przez Olega Antonowa wielkie skrzydła i wysięgnik z usterzeniem. Całość ważyła 2 tony, a więc z czołgiem 8 ton. Ten szybowiec był dość stabilny, ale sterowało się nim, poruszając lufą czołgu połączoną z cięgłami sterów. Ten czołgo-szybowiec nazwany A-40 albo KT (Krylia Tanka) miał być holowany ciężkim bombowcem TB-3. Ten jednak okazał się zbyt słaby. W czasie przeprowadzonej w sierpniu 1942 r. próby całość wzniosła się na 40 m, po czym pracujące na pełnych obrotach silniki samolotu holującego przegrzały się. Dlaczego o tym wspominamy? By zwrócić uwagę, że chyba w żadnym innym kraju nie powstawały bardziej kuriozalne pomysły na budowę uzbrojenia. Rosjanie mają to chyba we krwi.

Czytaj także: „Tank heavy” à la Rosja. Ciężki grzech na polu bitwy

Ale określenia „latający czołg” używano też w odniesieniu do samolotu szturmowego Ił-2. Była to bardzo ciekawa konstrukcja, opracowana przez innego młodego wówczas konstruktora Siergieja Iliuszyna. Z założenia miał to być lekki, jednosilnikowy bombowiec do wsparcia wojsk. Stalin nie lubił ciężkich bombowców, ale uwielbiał lekkie, torujące drogę własnym wojskom. Opracowanie takiego samolotu odbyło się w latach 1939–40 pod kryptonimem „Iwanow”. Ponieważ był to telegraficzny kryptonim sowieckiego wodza, od razu widać, jak bardzo go ten temat interesował. W odpowiedzi powstało kilka konstrukcji, w tym na przykład Su-2. Oraz jeden kopciuszek – Ił-2. Miał gorsze od innych osiągi, bo był mocno opancerzony. Iliuszyn wpadł na ciekawy pomysł – część jego konstrukcji wykonał jako skorupę pancerną przenoszącą obciążenia, ale chroniącą najważniejsze części samolotu (silnik, załogę) przed trafieniami. Tyle że bombardowanie, nawet z małej wysokości, okazało się mało celne. Z pomocą przyszły słynne katiusze. O ile wystrzelona na odległość 10 km z naziemnej wyrzutni rakieta była strasznie niecelna, o tyle ta sama rakieta odpalona z odległości 500–700 m od celu z lecącego samolotu przy dobrym wycelowaniu trafiała bezbłędnie. Uzbrojony w rakiety Ił-2 siał postrach w szeregach niemieckich wojsk i był samolotem, który w czasie II wojny światowej zbudowano w największej na świecie liczbie – ponad 37 tys. sztuk. To właśnie on zyskał sobie przydomek „latający czołg”, bo faktycznie jego opancerzenie nie raz ratowało załogom życie.

Posłuchaj: Nieudane wojny Rosji. Pyta Agata Passent

Po wojnie nastała era broni jądrowej, a zatem o samolotach szturmowych zapomniano. Po co one, skoro przełamanie nieprzyjacielskiej obrony nastąpi w wyniku uderzenia jądrowego? Za Chruszczowa, w 1960 r., oficjalnie zlikwidowano ten rodzaj lotnictwa w ZSRR.

Co ciekawe, w ZSRR, ale nie w PRL. Polska poszła własną drogą i we wczesnych latach 60. opracowano szturmową odmianę myśliwca Lim-5 (MiG-17F produkowany w Mielcu na licencji), znaną jako Lim-6bis i Lim-6M. Właśnie na tych ostatnich latałem jako młody podporucznik w połowie lat 80. Pokazuje to, że wcale nie zależeliśmy aż tak bardzo od ZSRR, jak niektórzy myślą.

Powrót latającego czołgu: kontrowersyjny A-10A

Era „atomowa” skończyła się w drugiej połowie lat 60., kiedy główne mocarstwa zrozumiały, że nawet wojna światowa będzie prowadzona środkami konwencjonalnymi, analogicznie do sytuacji w czasie II wojny światowej, kiedy nie użyto broni chemicznej, choć wszyscy ją mieli. Dlatego zaczęto znów szukać sposobów na bezpośrednie wsparcie wojsk. Co ciekawe, zarówno w USA, jak i w ZSRR opracowano bardzo podobny samolot szturmowy. Powrócono przy tym do idei konstrukcji niezwykle odpornej na ogień i silnie opancerzonej. W USA opracowała go firma Fairchild (dawna Republic), tak powstał słynny A-10A. Od początku była to dość kontrowersyjna maszyna, dlatego nigdy nie sprzedano jej za granicę.

Czytaj także: „Latające HIMARS-y”, czyli na co czeka Ukraina

Niemniej amerykański A-10A miał bardzo dobry wylicznik celowniczy, dzięki czemu niezwykle celnie zrzucał bomby. Ale miał też jeszcze coś: przenosił doskonałe kierowane pociski rakietowe Maverick, kierowane telewizyjnie lub termowizyjnie. Rakieta pocisku pokazywała na monitorze w kabinie widziany obraz, a po wskazaniu jej celu przez pilota i odpaleniu sama kierowała się na obserwowany kamerą cel. Dzięki powiększeniu i stabilizacji pocisk ten można odpalać z 15–20 km, spoza zasięgu bezpośredniej obrony przeciwlotniczej celu. Jak widać, konstruktorzy samolotu nie do końca wierzyli w jego pełną odporność na trafienia.

W zasadzie w latach 90. Amerykanie chcieli A-10A wycofać, pojawiły się bowiem nowe technologie, zasobniki celownicze, cała rodzina bomb kierowanych, systemy transmisji danych, a to wszystko pozwalało na to, by samolot wspierający wojska lądowe leciał bardzo wysoko, poza zasięgiem środków przeciwlotniczych za wyjątkiem rakiet średniego i dużego zasięgu, a te miały być zakłócane i niszczone. Jednak A-10A, zmodernizowany do postaci A-10C, pozostaje w uzbrojeniu do dziś, bo jest niezwykle przydatny w konfliktach lokalnych w państwach Globalnego Południa. Tam, gdzie np. takie Państwo Islamskie w ogóle nie ma efektywnego uzbrojenia przeciwlotniczego. Ale w konfliktach pełnoskalowych Amerykanie raczej by go dziś nie użyli.

Powrót latającego czołgu: Su-25

Podobny samolot powstał w latach 70. w ZSRR w postaci Su-25. Także i tu miał to być odporny na ogień z ziemi, częściowo opancerzony odrzutowiec. Na tym etapie konstrukcja ta miała jakiś sens, zwłaszcza że wykorzystując pewne gotowe elementy, powstała dość tanim kosztem. O wiele bardziej kuriozalny był jego konkurent Ił-102, który miał… strzelca tylnego obsługującego działko kal. 23 mm strzelające do tyłu.

Czytaj też: „HIMARS o’clock”, czyli dlaczego Rosjanom brakuje amunicji i paliwa

Od samego początku Su-25 różnił się od A-10A jednym ważnym szczegółem. O ile A-10 mógł strzelać rakiety kierowane z odległości ponad 15 km, o tyle Su-25 przenosił rakiety kierowane laserowo z odległości maksymalnie 7 km. Maszynę skierowano do produkcji w zakładzie w Tbilisi w Gruzji, a zatem po rozpadzie ZSRR nie można już ich było więcej budować.

Su-25 w Ukrainie – latająca trumna Putina

Su-25 używany w Ukrainie minął się ze swoją epoką. Mimo modernizacji do wersji Su-25SM3 jego możliwości bojowe nie przystają nawet do ukraińskiego pola walki, gdzie przeciwnikowi, czyli Ukraińcom, wciąż brakuje efektywnego lotnictwa myśliwskiego oraz systemów przeciwlotniczych, zwłaszcza tych średniego i dużego zasięgu. Teoretycznie Su-25 powinny więc działać w miarę bezkarnie, ale jest inaczej. Dlaczego? Dlatego że ich uzbrojenie pod względem ogólnych właściwości niewiele różni się od uzbrojenia… Ił-2 z czasów II wojny światowej. Ich rakiety kierowane Ch-25ML zostały dawno zużyte, a innych nie ma. Samolot polega więc nadal na rakietach niekierowanych, choć celownik jest nieco nowocześniejszy. Pochodzi z końca lat 70. Jest to notabene ten sam system, jaki był używany na znanych z Polski Su-22.

Czytaj także: Rosyjskich rakiet strategicznych też powinniśmy się bać

Piloci Su-25 muszą więc wlatywać w zabójczy ogień przenośnych przeciwlotniczych systemów rakietowych, a wytrzymała konstrukcja samolotów nie chroni ich przed najnowszymi Stingerami czy pochodzącymi z Polski Gromami i Piorunami. Dlatego mają one nowe przezwisko. Zamiast latający czołg – lietajuszczij grob („latająca trumna”, po rosyjsku grób to „mogiła”). Straty Su-25 w Ukrainie są bowiem bardzo wielkie – aż 18 udokumentowanych zestrzeleń. Nie licząc tych nieudokumentowanych.

I tu ciekawostka. Ostatnio na Su-25 zginął w Ukrainie płk Wasil Kleszczenko. Był zastępcą komendanta 344. Centrum Szkolenia i Zastosowania Bojowego z Torżoku. Jeden z czołowych instruktorów latania Su-25 Rosji. Teoretycznie mistrz nad mistrzami, to on wraz z komendantem zarządzali szkoleniem całego personelu latającego na Su-25. Nad polem walki powinien więc zaprezentować prawdziwą wirtuozerię, pokazać innym, jak się walczy i lata na Su-25. Ale poległ. Na pewno podniosło to innych pilotów Su-25 na duchu.

I jeszcze o modernizacji Su-25SM3. Samoloty zostały podobno unowocześnione, w tym ich systemy nawigacyjne. Tymczasem miłujący pokój obywatele Rosji organizują zbiórki dla swoich ukochanych żołnierzy. Co kupują dla pilotów Su-25 i innych samolotów? Głównie cywilne odbiorniki GPS. Oraz radyjka do łączności. Te właśnie cuda rosyjscy piloci montują sobie w kabinach, czasem przywiązując je drutem pod celownikiem. I to jest prawdziwa modyfikacja. Ciekawe, czy taki odbiornik mówi im głosem Hołowczyca: „za 2 km ukraińskie czołgi”? Jak wspaniale działają systemy nawigacji na Su-25, skoro załogi posiłkują się cywilnymi GPS-ami?

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Historia

Orgazm, pianole i supertorpedy. Czyli jak powstała superbroń

Ona nazywała się Hedy Lamarr i zanim została twarzą Hollywood, zasłynęła jako autorka pierwszego ekranowego orgazmu. On, George Antheil, zanim zaczął komponować muzykę, był autorem artystycznych skandali. Połączyła ich superbroń.

Andrzej Fedorowicz
06.10.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną