Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Obrażalski Elon Musk. Odetnie Ukrainę od internetu?

Elon Musk używa Ukrainy jako żywej tarczy we własnej grze z amerykańskim rządem. Elon Musk używa Ukrainy jako żywej tarczy we własnej grze z amerykańskim rządem. Andrew Kelly / Reuters / Forum
Elon Musk nie chce dłużej pokrywać kosztów pracy systemu satelity Starlink, dzięki któremu Ukraina ma łączność internetową. Kłamie jednak, kiedy twierdzi, że za wszystko do tej pory płacił sam.

Od bohatera do zera – tak w dużym skrócie można opisać zaangażowanie amerykańskiego miliardera celebryty w toczącą się od lutego wojnę. Kiedy zaraz po jej wybuchu zapowiedział, że udostępni Ukraińcom system łączności satelitarnej Starlink, był w Kijowie fetowany niemal na równi z herosami walki na froncie. Dzięki jego szybkiej interwencji Ukraina utrzymała połączenie z globalną siecią, zwiększając w ten sposób swoje szanse na przetrwanie pierwszej fali rosyjskiego uderzenia.

Musk. Od bohatera do...

Szybko zdobyta chwała ewidentnie mu nie wystarczyła, bo ostatnio znów zaczął angażować się w wojnę – za pomocą kontrowersyjnych wypowiedzi. Najpierw zorganizował na Twitterze sondę ze swoimi pomysłami na zakończenie konfliktu w Ukrainie. Proponował m.in. referendum pod auspicjami ONZ na bezprawnie anektowanych przez Rosję terytoriach. Pisał też m.in., że Krym „historycznie należy do Rosji”, dowodząc, że niewiele robi sobie z suwerenności i nienaruszalności terytorialnej Ukrainy. I choć internauci jednoznacznie jego pomysł odrzucili, niesmak pozostał.

Zdenerwowani słowami Muska byli przede wszystkim ukraińscy politycy. Ambasador Kijowa w Niemczech Andrej Melnyk komentował je mało dyplomatycznie na Twitterze – kazał mu dosłownie spier... A Musk w piątek znów dolał oliwy do ognia. Poinformował bowiem, że nie ma już zamiaru pokrywać kosztów funkcjonowania systemu Starlink. Według jego szacunków dotychczas wydał na ten cel 80 mld dol., a do końca roku rachunek wzrośnie do 100 mln. Jak stwierdził, nie jest w stanie bez końca utrzymywać tego systemu ani udostępniać za darmo sprzętu, zwłaszcza tysięcy terminali o przepustowości nawet sto razy większej niż w przeciętnym gospodarstwie domowym.

Czytaj też: Jak cyfrowi giganci wpływają na światową politykę

Kto zapłaci rachunek Ukrainy

Musk chce, by koszty pokrywał amerykański rząd federalny. Zwłaszcza że wojna szybko się nie skończy. A nawet gdyby tak było, zanim Ukraińcy odbudują swoją infrastrukturę komunikacyjną, minie jeszcze więcej czasu. Jak informuje CNN, prawnicy Muska już 8 września wysłali do departamentu obrony list, w którym ostrzegali, że miliarder wkrótce przestanie płacić za Starlink. Pentagon najwyraźniej nie odpowiedział, przynajmniej nie w sposób, którego Musk by oczekiwał. Według informacji przekazanych dziennikowi „Washington Post” przez anonimowego urzędnika departamentu obrony do konfrontacji doszło jeszcze w czwartek wieczorem. Musk, który jest na łączach z Białym Domem i czołowymi amerykańskimi politykami, potwierdził, że zakręci kurek z pieniędzmi.

Miliarder stara się budować narrację, zgodnie z którą chciał pomóc, ale na chwilę i w ograniczonym zakresie, a teraz cały świat oczekuje od niego, że będzie sam utrzymywał Ukrainę podpiętą do internetu. Według źródeł „Washington Post” miał narzekać, że musi oferować coraz szerszy zakres usług – w tym zadania z zakresu cyberbezpieczeństwa, bo Rosjanie robią wszystko, żeby Starlink wyłączyć albo chociaż osłabić. Z Ukrainy dobiegały ostatnio zresztą informacje o coraz słabszym, znikającym połączeniu internetowym. Olga Tokariuk, korespondentka magazynu „Monocle” w Kijowie, alarmowała we wtorek, że ze Starlinkiem dzieje się coś niedobrego. Nie wiadomo oczywiście, czy to kwestia rosyjskich ataków, czy celowego spowolnienia systemu przez Elona Muska, ale jego zasługi z początku wojny zostały mu już w dużej mierze zapomniane.

Czytaj też: Wizjonerzy czy naciągacze?

Pentagon jest wściekły

Musk używa Ukrainy jako żywej tarczy we własnej grze z amerykańskim rządem. O co mu dokładnie chodzi – nie wie nikt, ale kropek jest już tyle, że można spróbować je połączyć. Pentagon jest wściekły, bo czuje się szantażowany. Jak opisuje informator „Washington Post”, miliarder rzucił armii na stół rachunek za system, o który nikt nie prosił, a którego wszyscy teraz desperacko potrzebują. Tak rzeczywiście było, Musk w lutym wyszedł przed szereg, a teraz wystawia fakturę za swoje bohaterstwo.

Po drugie, właściciel Tesli zwyczajnie kłamie, twierdząc, że dotychczas za wszystko, co związane ze Starlinkiem, płacił sam. Według kwietniowych informacji zespołu The Technology 202, sekcji „Washington Post” zajmującej się nowymi technologiami, to nieprawda. W przekazywaniu terminali Ukraińcom sporą rolę odegrała federalna agencja pomocowa USAID, która kupiła od spółki SpaceX ok. 1500 tych urządzeń za ok. 1500 dol. za sztukę. Do tego dołożyła 800 tys. dol. za transport. To razem ok. 3 mln dol., które trzeba dopisać do rachunku Muska. Pytanie więc: po co te konfabulacje?

W sieci roi się od absurdalnych hipotez. Najbliżej prawdy jest chyba ta zakładająca, że Musk chce zbudować sobie narzędzia do wywierania skutecznych nacisków na administrację Bidena. Planuje wszak przejąć Twittera, którego wielu w Waszyngtonie chciałoby na różne sposoby regulować, Musk tymczasem najchętniej zwolniłby platformę z jakichkolwiek zasad i ograniczeń. Do tego dodać należy kwestie personalne i fakt, że założyciel Tesli jest po prostu niezarządzalnym narcyzem, który od lat uważa się za bardziej wpływowego od amerykańskich prezydentów. Jego zdaniem era państw narodowych i koncentracji siły w instytucjach publicznych minęła bezpowrotnie – i z tym twierdzeniem od biedy można by się jeszcze zgodzić.

Czy ośrodek decyzyjny naprawdę przesunął się jednak w ręce Muska i jemu podobnych miliarderów celebrytów? Jeśli rzeczywiście tak jest, nie wróży to nic dobrego. Bo Elon Musk kocha wiele rzeczy. Najbardziej siebie samego. Najmniej – stabilność i przewidywalność.

Czytaj też: Kto zarabia na śledzeniu użytkowników

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną