Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Z Mariupola zostały ruiny i kikuty drzew. Oni uciekli do Dniepra. Przeszli piekło

Zniszczenia w Mariupolu, 16 listopada 2022 r. Zniszczenia w Mariupolu, 16 listopada 2022 r. Alexander Ermochenko / Reuters / Forum
Uciekali, gdy Rosjanie równali z ziemią ich rodzinny Mariupol. Uratowali życie, ale stracili niemal wszystko, co mieli. Próbują żyć w innym miejscu, między obcymi ludźmi, a są wśród nich i tacy, co nie wahają się zarabiać na ich nieszczęściu.

Anna Murlykina wszystko przekładała na jutro, ale 23 lutego 2022 r. musiała już zawieźć chorą na raka mamę do szpitala w Mariupolu. – Z trudem się poruszała. Spadła mi wtedy na głowę masa obowiązków, na nic nie miałam czasu – opowiada Anna, która była w mieście redaktor naczelną lokalnego serwisu informacyjnego 069.com.ua.

Nazajutrz obudził ją telefon. Dzwoniła mama ze szpitala we wschodniej części miasta, od której Rosjanie rozpoczęli ostrzał 400-tysięcznego Mariupola. – Przerażona mówiła, że wyją syreny, a wokół słychać eksplozje. W centrum, gdzie mieszkałam, jeszcze było cicho. Włączyłam telewizor i dowiedziałam się, że zaczęła się wojna – wspomina Anna.

Mariupol. Chodzą po nim w myślach

Jej życie, podobnie jak innych mieszkańców Mariupola, zmieniło się w jednej chwili. To, co było ważne wczoraj, plany na najbliższą przyszłość – nagle przestało mieć znaczenie. Lekarze poradzili Annie, żeby szukała dla mamy kliniki onkologicznej w innym mieście, bo szpital długo nie pociągnie pod ostrzałem. Z mężem zabrali najpotrzebniejsze rzeczy, posadzili mamę w samochodzie i 25 lutego wyjechali. Mieli szczęście, bo Rosjanie otaczali miasto i z każdym dniem było coraz trudniej się wydostać.

Mama Anny zmarła w kwietniu w Dnieprze (dawniej Dniepropietrowsk), gdzie dotarli Murlykinowie. – Przed śmiercią powiedziała mi, że chciałaby zostać pochowana w Mariupolu. Teraz to nie jest możliwe, bo miasto okupują Rosjanie. Zawieźliśmy ciało do najbliższego krematorium w Charkowie [ok. 220 km od Dniepru – red.]. Trzymam teraz mamę w urnie w wynajętym mieszkaniu. Jak wojna się skończy, pochowam ją w naszej ziemi – Annie łamie się głos.

Według danych ONZ Mariupol opuściło ok. 350 tys. mieszkańców. Wielu z nich spotkałem w Dnieprze, gdzie docierali przez Zaporoże i próbują układać sobie nowe życie. Gdy przysłuchuję się, jak rozmawiają o rodzinnym mieście, zauważam, że w myślach nadal po nim chodzą. Idą główną aleją Myru, skręcają w ulicę Nachimowa, którą schodzą na plażę.

Ale ich miasta nie ma. Stracili domy, mieszkania, często dorobek całego życia. Rosyjskie wojsko strzelało do nich ze wszystkiego, co miało na stanie – z powietrza, lądu i morza. Z miasta zostały gruzy i kikuty spalonych drzew. – Gdy oglądam zdjęcia zniszczonego Mariupola, często nie rozpoznaję, gdzie zostały zrobione – przyznaje Anna Murlykina.

Ci, którzy zostali, narażali się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Do tej pory trudno policzyć ofiary ostrzałów, ukraińskie władze mówią o dziesiątkach tysięcy zabitych.

Nikt nie spodziewał się zbrodni

Mariupol nie był szczególnie urokliwym miastem. Szczerze mówiąc, wcale nie był urokliwy. Typowo przemysłowy ośrodek, w pejzażu dominowały kominy dwóch ogromnych kombinatów metalurgicznych – Azowstalu i Zakładów im. Ilicza. Obok działał duży port. Można było się wybrać na plażę, w lecie popływać w Morzu Azowskim, ale turyści omijali ten industrialny rejon.

Jednak wielu mieszkańców było dumnych ze swojego Mariupola. Z zapałem opowiadali o jego wielokulturowości, o mieszkających tam wciąż potomkach Greków, którzy przed wiekami przybyli w te strony. Wskazywali, że miasto oczyszcza się z postsowieckich brudów. Pokazywali odremontowane ulice i chodniki, mówili, że dzięki działalności wielu organizacji pozarządowych zdobywane są granty, budowane szkoły, przedszkola, ośrodki zdrowia. Niedługo przed inwazją odświeżono centrum. Niektórzy podkreślali, że po remoncie chodniki są lepsze i równiejsze niż w Kijowie.

Z Anną Murlykiną poznaliśmy się w Mariupolu w połowie lutego 2022 r., kilka dni przed wybuchem wojny. W powietrzu wisiało już coś niepokojącego. Amerykanie ostrzegali, że Rosjanie szykują się do zmasowanej inwazji i mogą lada dzień zaatakować. Wiadomo było, że jeżeli do tego dojdzie, Mariupol będzie jednym z pierwszych celów. Niedaleko znajdowały się pozycje separatystów z tzw. Donieckiej Republiki Ludowej, którzy osiem lat wcześniej weszli nawet do Mariupola, ale ukraińska armia szybko ich wygoniła. Do granicy z Rosją jest tylko 60 km.

Ale w lutym miasto nie przejmowało się zagrożeniem. Anna, jak wiele innych osób, tłumaczyła mi przy kawie, że ona i mieszkańcy są dobrze przygotowani, nawet na najgorsze, bo w 2015 r. wschodnia dzielnica została już ostrzelana rakietami, a poza tym przyzwyczaili się do zagrożenia. Kpiła nawet trochę z mieszkańców Kijowa, którzy wymieniali się w internecie informacjami, co i jak trzeba przygotować, gdyby należało uciec. W Mariupolu ludzie od lat mieli spakowane torby i plecaki z najpotrzebniejszymi rzeczami, lekarstwami, dokumentami, pieniędzmi, a w samochodach wozili kanistry z paliwem.

Tuż przed inwazją miasto żyło normalnie. W centrum dzieci i dorośli do późna jeździli na łyżwach w rytm wesołej muzyki na imponująco podświetlonym lodowisku. – Tak naprawdę to wtedy wszyscy myśleliśmy, że może i zaczną strzelać, ale potem szybko rozpoczną się jakieś negocjacje, jak w 2015 r. Nikt się nie spodziewał, że dojdzie do takich zbrodni, do równania z ziemią całego miasta. A jeszcze nasze władze uspokajały, że żadnej wojny nie będzie, nasza armia jest silna i nas obroni. To chyba był błąd, bo gdyby ludzie wiedzieli, jakie naprawdę jest zagrożenie, wyjeżdżaliby wcześniej. Ci, którzy zrobili to w pierwszych dwóch dniach inwazji, nie mieli z tym większego problemu. Ale od 26 lutego wieczorem wszystkie drogi wyjazdowe były już zablokowane przez rosyjskie wojsko. Ludzie ginęli, bo nie mogli uciec – tłumaczy Anna.

Czytaj też: Przemyśl–Lwów–Przemyśl. Pociąg wahadło

Ze stalinki do piwnicy

Daj mi spać, jaka wojna? – odpowiedziała Julia Garkusza swojemu chłopakowi Nikicie, gdy próbował ją budzić o świcie 24 lutego. Dopiero co dostała pracę dziennikarki w lokalnym oddziale Radia Swoboda. Nikita organizował pomoc dla uchodźców, których w Ukrainie nie brakuje od 2014 r., w międzynarodowej organizacji charytatywnej Refugee Council.

Usłyszałem wybuchy i przeczytałem w internecie, że Putin rozpoczął wojnę. Martwiłem się o rodziców. Gdy ostrzał się nasilił, zapakowaliśmy z Julią nasze rzeczy i pojechaliśmy do pustego mieszkania mojego brata, które jest piętro wyżej, nad moimi rodzicami. Tam przeżyliśmy miesiąc – opowiada Nikita.

Ostrzał niemal nie ustawał, budynki dookoła przestawały istnieć. Nie chcieli żyć w piwnicy, gdzie przeniosło się wielu mieszkańców starej kamienicy, nazywanej stalinką. Julia bardziej niż ostrzału bała się klaustrofobii. Zostali w mieszkaniu.

Pieniądze szybko traciły wartość. – Zorganizowane grupy niemal natychmiast rzuciły się do grabienia sklepów. Po trzech dniach nic w nich nie zostało. Gdy w mieście działała jeszcze ukraińska policja, przymykała oko na to, że ludzie wynoszą ze sklepów produkty żywnościowe. Ale gdy zauważyli, że ktoś ukradł alkohol, zabierali i rozbijali butelki – relacjonuje Julia.

Żulia i pijacy nie mieli wstępu do schronów w piwnicach. Do naszej kamienicy przyszło kiedyś kilku pijaków. W rękach dźwigali reklamówki wypełnione butelkami whisky, które gdzieś ukradli. Ludzie ich pogonili – opowiada Nikita.

A u nas w schronie facet się nachlał i wszystkich zaczepiał, bo włączyły mu się jakieś problemy. Ludzie go wyrzucili, mimo że trwał ostrzał. W tak trudnej sytuacji pijany może tylko zaszkodzić innym – dodaje Anton.

A co jedliście? – pytam.

Lubię gotować. Mieliśmy trochę zapasów mąki, mleka, ktoś miał ziemniaki, próbowaliśmy coś z tego robić. Brat Nikity organizował turystyczne wyjazdy w teren i zostały mu zapasy konserw. Na początku głodu nie było. Gotowaliśmy przed blokiem, na grillach i paleniskach. Największy problem był z drewnem. Chodzenie po nie gdzieś dalej było niebezpieczne, bo trwały ostrzały, a w pobliżu wszystkie zeschłe gałęzie szybko zniknęły. Brakowało też wody. Ściągaliśmy wodę techniczną z kaloryferów. Zapasy jedzenia zaczęły się kończyć po miesiącu, pojawiło się widmo głodu – mówi Julia. I dodaje: – Różnice polityczne, to, czy ktoś jest prorosyjski, czy proukraiński, przestało mieć znaczenie. Ludzie dzielili się jedzeniem z tymi, którzy go nie mieli. Musieliśmy współpracować, żeby przeżyć. To było wtedy najważniejsze.

A śmierć podkradała się coraz bliżej. – Dużo ludzi zginęło, chodząc po wodę. Ja sam wpadłem pod ostrzał moździerzowy, gdy poszedłem jej nabrać – opowiada Nikita.

Ludzie różnie zachowywali się w sytuacji zagrożenia życia. – Dookoła ostrzał, w każdej chwili może spaść pocisk lub rakieta. A starsza kobieta sadza na huśtawce dwuletnie dziecko i je buja. Nie wiem, chyba coś z głową jej się stało albo nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa – wtrąca Artiom, kolega Julii i Nikity, w przeszłym życiu operator kamery, obecnie pracownik Państwowej Służby ds. Nadzwyczajnych Sytuacji (DSNS). – Ludzie rozmaicie reagowali na piekło, w którym nagle się znaleźli. Bomba trafiła w sąsiednią kamienicę. Ogień jeszcze nie zgasł, a niektórzy od razu wybiegli sprzątać szkło, ramy okienne, które wypadły, walające się cegły. W ludziach jest silne pragnienie życia w normalności nawet w tak nienormalnych warunkach, w jakich się wtedy znaleźliśmy – zauważa Artiom.

Niektórzy nie wytrzymali psychicznie. – Koleżanka spędziła ponad miesiąc w piwnicy, gdzie chroniła się z sąsiadami. Nie wychodzili stamtąd nawet załatwić potrzeb fizjologicznych. Koleżanka opowiadała, że jedna z kobiet zwariowała. Przestała reagować na to, co działo się wokół. Tylko się uśmiechała i dotykała dłońmi twarzy innych ludzi – mówi Anna.

Na podwórkach między budynkami pojawiły się groby. W połowie kwietnia Julia i Nikita podjęli decyzję: wyjeżdżamy. Do Zaporoża oddalonego o 230 km jechali kilka dni. Starali się objeżdżać rosyjskie punkty kontrolne. Żołnierze to je otwierali, to zamykali. Nie zawsze jednak udawało się uniknąć kontroli. W kolejkach stało nawet po kilkaset samochodów. – Na jednym z checkpointów mieliśmy szczęście, bo pilnowali go DRL-owcy [separatyści z tzw. Donieckiej Republiki Ludowej]. Nasz kierowca pochodził z Doniecka i miał dokumenty DRL, a nawet rosyjskie. Z DRL-owcem od słowa do słowa ustalili, że chodził z bratem jednego z żołnierzy do tej samej szkoły. Puścili nas szybciej – uśmiecha się Nikita.

Ale widzieliśmy też, jak jeden kierowca próbował objechać kolejkę koło stu aut. Ostrzelali jego samochód – mówi Julia.

Ci, którzy wyjeżdżali z Mariupola w pierwszy dzień inwazji, tak jak Anna Murlykina widzieli jeszcze jadące z naprzeciwka kolumny ukraińskiego wojska. – W następnych dniach jechało już tylko rosyjskie. Strzelali do samochodów, było też dużo wypadków, bo kierujący wojskowymi pojazdami nie zwracali uwagi na cywilne auta.

Reszka: Bucza, śmierć i Margarita. Wstrząsająca historia jednej zbrodni

Zarabianie na nieszczęściu

Ludzie, którym udało się wydostać z Mariupola, uratowali życie, ale stracili często dorobek całego życia. Ich szlak wiódł przez Zaporoże. – Władze obwodu zaporoskiego umieściły nas w hostelu. Dali nam małą kuchenkę do gotowania. Niedaleko toczyły się walki. Widzieliśmy, jak latają rakiety. W sklepach niczego nie było, nawet wody, więc jedliśmy gotowany makaron, który nam został, z keczupem. Ludzie byli umęczeni i wyczerpani. Jeszcze w drodze ze znajomymi planowaliśmy, że wynajmiemy wspólnie mieszkanie, ale do Zaporoża docierali też uchodźcy ze wschodu Ukrainy, więc miejscowi postanowili na tym zarobić. Ceny wynajmu wystrzeliły do kosmicznych poziomów. Nie udało nam się znaleźć nic sensownego – wspomina Anna Murlykina.

Z Zaporoża pojechali do Dniepru. To prawie milionowe miasto też było ostrzeliwane, ale przynajmniej na razie jest spokojniej. Ostatnio o wojnie przypominają tylko wyjące od czasu do czasu syreny, które ogłaszają alarm powietrzny. Rakiety i drony na szczęście ostatnio omijały to miasto. Dlatego nawet po rosyjskich atakach na infrastrukturę energetyczną w Dnieprze prąd jest znacznie rzadziej wyłączany niż np. w Kijowie. Na przełomie grudnia i stycznia otwarte były sklepy, restauracje, bary, działała komunikacja miejska.

Wybrałam Dniepr, bo jest stosunkowo blisko Mariupola. A ja mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę – zaznacza Anna.

Jednak życie tu kosztuje więcej niż w innych ostrzeliwanych miastach. Na przyjazd mogli pozwolić sobie tylko ci, którym udało się zachować pracę i dochody lub znaleźć nową. Anna nadal prowadzi mariupolski serwis informacyjny. – Mamy ludzi, którzy przekazują nam, co się tam dzieje. Serwis jest finansowany z rozmaitych grantów – tłumaczy redaktor naczelna 069.com.ua.

Oddział Radia Swoboda przestał działać i Julia Garkusza musiała szukać nowej pracy. Znalazła ją w Instytucie Masowej Informacji, która zajmuje się monitorowaniem wolności słowa i dostępu dziennikarzy do informacji. Jej chłopak nadal pracuje w Refugee Council, a kolega Artiom został oddelegowany do Dniepru przez Państwową Służbę ds. Nadzwyczajnych Sytuacji. Mówią, że jakoś wiążą koniec z końcem, ale łatwo nie jest, bo do Dniepru docierają kolejni uchodźcy ze stref, gdzie toczą się walki, i rosną ceny wynajmu. Są już o jedną trzecią wyższe niż w Kijowie. – Miejscowi wiedzą, że nie mamy się gdzie podziać, bo straciliśmy domy. Ustaliłam cenę za mieszkanie 10 tys. hrywien [ok. 1300 zł – red.], a po kilku dniach odbieram telefon i słyszę, że jednak mam płacić 13 tys. – mówi Anna Murlykina.

Czytaj też: Kijów. Dramat, zimno i ciemno. Karierę robi sformułowanie „plan B”

O, z Mariupola przyjechali

Nie zawsze spotykają się ze współczuciem, a nawet zrozumieniem. W Mariupolu mówiło się po rosyjsku. – Spacerujemy w Dnieprze i rozmawiamy z Nikitą po rosyjsku. Zaczepia nas jakaś kobieta, że „o, z Mariupola przyjechali”. Pytam, w jaki sposób nas rozpoznała. Odpowiada:Po języku okupantów i ubraniach z waty [w Ukrainie separatystów i zwolenników rosyjskiej polityki nazywa się pogardliwie watnikami – red.]”. Przeszłam na język ukraiński: „Niech się pani nie martwi, potrafię tak mówić po ukraińsku, że nie rozpoznałaby pani, z jakiej części Ukrainy pochodzę” – opowiada Julia Garkusza, która w Dnieprze często słyszy rosyjski, jakim rozmawiają nie tylko uchodźcy, ale też rodowici mieszkańcy tego miasta.

Tłumaczą, że nie wyjechali dla kaprysu. Tęsknią za Mariupolem, a jeszcze bardziej za bliskimi i znajomymi – jeżeli nawet udało im się wyjechać, to wielu zostało na terenach zajętych przez Rosjan. Rodzice Nikity przenieśli się na działkę na Mierzei Białosarajskiej. – Mamy tam dom, rodzice nie chcieli, żeby został rozgrabiony. Martwię się o nich, bo nie mogę im pomóc nawet finansowo. Rosjanie wprowadzili tam obrót tylko rublami. Nie ma możliwości, żeby im przesłać hrywny, które mogliby wymienić. Jeszcze niedawno można było to zrobić przy pomocy łapówki, ale nawet to się skończyło – tłumaczy Nikita. Ma tylko nadzieję, że kiedyś jeszcze zobaczy rodziców.

Artiom coraz rzadziej rozmawia z rodzicami. – Oni są prorosyjscy i wyjechali do Rosji. Widzieli, jak niszczony jest Mariupol, ale nie mają wątpliwości, że to Ukraińcy strzelali w swoje miasto. Rosyjska propaganda przekonała ich, że tak było – załamuje ręce.

Wiele osób mówiło, że Mariupol został zniszczony i ginęli ludzie, bo ukraińskie wojsko niepotrzebnie stawiało opór. Według nich miasto należało poddać. Tylko że to by oznaczało, że i Kijów powinien się poddać, i cała Ukraina – zauważa Julia.

Do zajętych przez Rosjan ruin ich rodzinnego Mariupola nie chcą jechać, nawet gdyby była taka możliwość. Mają nadzieję na kolejną ukraińską kontrofensywę, która doprowadzi do wyzwolenia ich miasta. – Mariupol trzeba będzie odbudować od zera. To będzie zupełnie inne miasto – powtarzają.

Czego im najbardziej teraz brakuje, co mieli w Mariupolu na co dzień? – Morza – natychmiast odpowiadają. – Gdy czasami mam już wszystkiego dość i wydaje mi się, że nie dam sobie rady z problemami, idę nad brzeg Dniepru. To duża rzeka, choć trochę zastępuje mi nasze Morze Azowskie. Posiedzę pół godzinki, popatrzę na wodę i czuję, że nabieram sił. Mam nadzieję, że kiedyś będę tak robiła nad naszym morzem – wyjawia Anna Murlykina.

Czytaj też: Ukraińcy znów ruszą na zachód? Polacy są zmęczeni współczuciem

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Fotoreportaże

Jaki sens szycia? Mamy w Polsce mistrzów, uczniów brak

Krawiectwo miarowe odradza się powoli, bo i powoli rośnie społeczna chęć podkreślenia ubiorem statusu, aspiracji oraz zwykłej satysfakcji z własnego wyglądu. Coraz mniejsze grono mistrzów ma pełne ręce roboty, a następców nie widać.

Marcin Piątek
05.02.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną