Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Świat

598. dzień wojny. Najbardziej nieprzemyślane uzbrojenie w historii. Najwięcej białych słoni ma Rosja

Rosyjskie czołgi T-64B w... Ukrainie. Ćwiczenia czołgistów w największym centrum szkolenia Ukraińskich Sił Zbrojnych, 100 km na północ od Kijowa, 26 lutego 2008 r. Rosyjskie czołgi T-64B w... Ukrainie. Ćwiczenia czołgistów w największym centrum szkolenia Ukraińskich Sił Zbrojnych, 100 km na północ od Kijowa, 26 lutego 2008 r. Gleb Garanich / Reuters / Forum
W normalnych warunkach sprzęt zbrojeniowy kupuje się i produkuje w oparciu o konkretną koncepcję obrony. Są jednak kraje, gdzie robi się to zupełnie bez głowy, ot tak, by pokazać własną siłę.

Rosyjskie wojska nie ustają w daremnych na razie wysiłkach zdobycia Awdijiwki. Ataki na miasto zostały jeszcze bardziej zintensyfikowane, ale Rosjanie mają ten sam problem, co wojska ukraińskie – są dziesiątkowani przy próbie pokonania rozległych pól minowych. Mimo to, m.in. dzięki wprowadzeniu do walki 4. Brygady Zmechanizowanej z 2. Ługańsko-Siewierodonieckiego Korpusu Armijnego Gwardii (dawna milicja ługańska), Rosjanie i separatyści powolutku pełzną naprzód. Jednak rosyjskie doniesienia o zajęciu wielkiej koksowni w Awdijiwce są mocno przesadzone. Ługańscy separatyści piszą, że na razie próbują podejść do wielkiej hałdy odpadów przed koksownią, ale choć jest ona w zasięgu wzroku, to jednak nie udaje się jej zdobyć. A zatem nie tylko nie zdobyto koksowni, ale nawet wielkiej kupy odpadów i śmieci, która znajduje się między rosyjskimi wojskami a samym zakładem.

596. dzień wojny. Z ofensywy zeszła para. Dlaczego Rosji tak teraz zależy na Awdijiwce?

Co ciekawe, w walkach pod Awdijiwką pojawił się rosyjski transporter opancerzony BTR-90. To ciekawa konstrukcja. Ponad 20 lat temu w zakładach w Arzamasie zbudowano 12 prototypowych sztuk tych wozów. Trzy z nich przebudowano na inne wersje, dwa są w muzeach, a jeden z pozostałych najwyraźniej trafił do Ukrainy. Mimo szerokiej akcji reklamowej nie podjęto produkcji tego transportera, głównie dlatego że pojazd z ciężką wieżą od bojowego wozu piechoty BMP-2 zamontowaną na zmodernizowanym podwoziu BTR-80 utracił zdolność pływania, a Rosjanie wciąż byli zafiksowani na pojazdach pływających. Zamiast tego produkowali wersję z bezzałogową, dużo lżejszą wieżą BTR-82A, która w większości powstała z modernizacji istniejących transporterów BTR-80. Skąd wytrzaskali tego BTR-90, trudno powiedzieć, ale widać, że mimo gigantycznych zapasów Rosjanom doskwiera brak sprzętu pancernego. Ten paradoks można wyjaśnić jedynie tym, że o składowane pojazdy nie tylko nikt nie dbał, ale były one wręcz rozkradane, czy to na złom, czy na części zamienne. Kiedy po te zapasy sięgnięto, okazało się że w składach stoją fatalnie zakonserwowane, a więc pordzewiałe, pozbawione wielu elementów wydmuszki, nadające się albo na złom, albo do generalnego remontu. A do tego ostatniego też często brakuje części, bo wiele z nich nie jest już produkowanych. Bieżąca produkcja też nie za bardzo Rosjanom idzie, więc ogólnie sprzęt jest na wagę złota.

597. dzień wojny. To pewne: Rosjanie rozpoczęli nową ofensywę. Na cywilów zastawiają pułapki

Jak się okazuje, także amunicja. 7 września w północno-koreańskim porcie Najin załadowano duży rosyjski kontenerowiec MV „Angara” (motorowiec klasy conro, czyli z rampą do wjazdu pojazdów do ładowania kontenerów) o możliwości transportu 8,8 tys. ton ładunku. Jednostka zawinęła następnie do Noworosyjska, skąd kontenery przewieziono do wielkiego składu amunicji w Tichoriecku na południe od Rostowa nad Donem, czyli niedaleko rejonu działań w Ukrainie. A wiemy to dzięki zdjęciom satelitarnym.

Rosjanie mają też inny problem – zużyte lufy dział. Ich artyleria strzela obecnie ze znacznie zredukowaną intensywnością głównie z powodu braków w amunicji, ale celność prowadzonego ognia jest dużo mniejsza właśnie z powodu zaawansowanego zużycia luf, wymagających pilnie wymiany. Ich produkcja zdecydowanie nie nadąża za potrzebami, a dalsze wykorzystywanie zużytych luf owocuje tym, że zaczynają się one coraz częściej rozrywać, co grozi także samej obsłudze działa.

Niestety, co do ukraińskiej ofensywy, zarówno pod Bachmutem, jak i na południowym odcinku frontu, dalej nie ma pomyślnych wiadomości: wydaje się, że te ofensywy ostatecznie utknęły. Potrzebny jest nowy zastrzyk sił, nowe uzbrojenie, jak choćby samoloty wielozadaniowe zdolne do porażenia rosyjskiego ugrupowania bombami kierowanymi. Istnieje też potrzeba dostarczenia Ukrainie dalszego uzbrojenia dalekiego zasięgu, może wreszcie trafią tu amerykańskie pociski ATACMS o zasięgu do 300 km, a także niemieckie lotnicze pociski skrzydlate KEPD-350 Taurus o zasięgu 550 km.

Czytaj także: Dlaczego Ukraińcy tak prosili o czołgi?

Najbardziej nieprzemyślane uzbrojenie

Normalny tryb postępowania przewiduje opracowanie koncepcji obrony państwa, która to koncepcja bazuje na możliwych przewidywanych scenariuszach. W przypadku Polski musimy przewidzieć kilka różnych scenariuszy możliwej agresji, o różnym poziomie eskalacji i w różnym układzie obrony (obrona sojusznicza, obrona samodzielna). Do tego z uwzględnieniem możliwości finansowych państwa należy dostosować kształt sił zbrojnych: ich wielkość, model służby (zawodowa, z poboru, tworzenie rezerw osobowych) oraz jej możliwości bojowe, które są wynikową posiadanego sprzętu. Trzeba też odpowiednio rozwinąć przemysł zbrojeniowy, by dostosować go do zaopatrywania wojsk w amunicję i zapewnienia remontów sprzętu na wypadek wojny. Z takiego właśnie modelowania i symulacji rozwoju wydarzeń przy obranej koncepcji wynikają zarówno ilości potrzebnego sprzętu, jak i określenie wymagań co do niego. I właśnie takie zakupy należy realizować.

Czytaj także: Czołgi, mosty i ciągniki. Ile mamy, a ile potrzebujemy? Polska źle to policzyła

Państwem, które ten proces postawiło na głowie, był Związek Radziecki, czego chlubną spadkobierczynią jest dziś Rosja. Tak głupich zakupów zbrojeniowych, tak niepotrzebnych, z wdrażaniem sprzętu, który w istocie był kompletnie nieprzydatny, to poza tym państwem w praktyce świat nie widział.

Owszem, na Zachodzie też się czasem zdarzały zbrojeniowe knoty. Jednym z nich np. był przeciwpancerny pocisk kierowany MGM-51 Shillelagh. To ciekawy pomysł – rakieta przeciwpancerna wystrzeliwana z armaty czołgowej kal. 152 mm. Dziwną cechą tych pocisków był sposób ich kierowania – leciały one wzdłuż wiązki laserowej, którą kierowano na cel. Nie kierowały się na jej odbicie, ale odbierały wiązkę wysyłaną z czołgu. Cały system był niezwykle skomplikowany, a wyposażone w tę armatę czołgi M60A2 z powodu przeładowania elektroniką nazywano Starship (statek kosmiczny). Nie dość, że przeciwpancerne rakiety wystrzeliwane z lufy działa powodowały jej przyśpieszone zużycie, to wady miały też i zwykłe pociski wystrzeliwane z tego działa. Wymyślono sobie bowiem, że będą one miały spalane łuski, tak że z działa po strzale wyrzucano jedynie dno łuski naboju. Jednak zdarzało się, że po spalonej łusce zostały tlące się drobiny, które przy kolejnym załadunku wywoływały wybuch przed zaryglowaniem zamka. Po zaledwie dekadzie służby pociski Shillelagh wycofano ze służby wraz z uzbrojonymi w nie czołgami desantowymi M551 Sheridon, bo M60A2 Starship wycofano po ledwie sześciu latach eksploatacji.

206. dzień wojny. Brzozy, szyny, blacha, beton, improwizacja. Cudowna rosyjska broń

Sowieckie pomysły czołgowe

Sowieci wyprodukowali i wprowadzili do służby niewyobrażalną liczbę czołgów. Jednak najgłupszą rzeczą, jaką zrobili, było produkowanie trzech typów czołgów tej samej klasy jednocześnie. Chodzi o T-64, T-72 i T-80, których produkcja trwała jednocześnie przez 11 lat, a później jeszcze przez wiele kolejnych lat produkowano T-72 i T-80, choć całkowicie wystarczyłby jeden z nich. Po co trzy różne? To potrojenie łańcucha obsługowego, systemu szkolenia, a nawet dostaw paliwa, bo wyposażony w turbinę gazową T-80 spala naftę, a dwa pozostałe typy miały zwykłego diesla, więc spalały olej napędowy. No, może stwierdzenie „zwykłego diesla” jest nieco na wyrost, bo w T-64 zastosowano cudaczny płaski silnik pięciocylindrowy z dwoma przeciwbieżnymi tłokami w każdym cylindrze, które przez korbowody napędzały dwa oddzielne wały korbowe na zewnątrz cylindrów. Sam w sobie ten silnik przysparzał wiele kłopotów, szczególnie przy jego regulacji, nie mówiąc już o tym, że „leciały” przekładnie łączące obroty obu wałów korbowych w jeden wał napędowy.

Czytaj także: Rosja zwozi na front 60-letnie czołgi. To ważny sygnał, nie ma się z czego śmiać

Najśmieszniejsze jest jednak to, że Sowieci niepomni na niemiłe amerykańskie doświadczenia, postanowili wprowadzić w tych czołgach własny system rakietowych pocisków przeciwpancernych. Poza tym, że każdy z tych czołgów wystrzeliwał zwykły (kumulacyjny lub podkalibrowy) pocisk przeciwpancerny, Sowieci chcieli, by każdy z nich mógł też wystrzelić najprawdziwszą rakietę przeciwpancerną o dwukrotnie większym zasięgu niż klasyczny pocisk. Tak powstały odmiany T-64B, T-72B i T-80B, a każdy dostał inny system rakietowy, odpowiednio 9M112 Kobra (T-64B, T-80B), 9M119 Swir (T-72B) i 9M119 Refleks (T-80U). Te dwa ostatnie strzelały identycznymi rakietami, ale aparatura na czołgu była inna.

Rosjanie bardzo chwalili się tym rozwiązaniem – nikt na świecie takiego nie ma! Nasze czołgi mogą strzelać celnie do wrogich czołgów z odległości do 4 km! Radość z powodu posiadania tak niesamowitego systemu trwała jednak tylko do czasu wojny w Ukrainie. Okazało się bowiem, że wystrzelenie rakiety przeciwpancernej z lufy wymaga jej oczyszczenia po takim strzale, bowiem zostawia tyle spalin w środku, że wystrzelenie z niej klasycznego pocisku jest raczej niemożliwe. Wyobraźcie sobie taką scenę: trwa zażarta bitwa. Na horyzoncie pojawiają się wrogie czołgi, a z nimi piechota. Nasze własne wozy ukryte w specjalnie przygotowanych wykopach wystrzeliwują rakiety przeciwpancerne z luf swoich armat, uzyskując nawet trafienia. A potem oczom nacierającego ukazuje się taka scena: w rosyjskich czołgach otwierają się włazy, wysiadają z nich członkowie załogi, montują specjalny wycior i czyszczą lufę: raaaz – dwaaa, raaaz – dwaaa… Do walki będą znów gotowi, jak wyczyszczą.

Czytaj także: Czołgowa zapaść w Rosji? Zachód się cieszy, Rosjanie się nie przejmują

Dlatego w Ukrainie przestano używać rakiet przeciwpancernych odpalanych z lufy działa. Zresztą rzadko kiedy byłaby ku temu okazja. Najczęściej czołgi nie widzą się z aż tak daleka. Jeśli chcecie się o tym przekonać, to na spacerze po wiejskiej okolicy rozejrzyjcie się wokół. Jak daleko znajdują się obiekty, które możecie dostrzec? Z reguły jest tak, że dalej niż na ok. 2 km coś je zasłania, a to dom, a to kępa krzaków, a to niewielkie wzniesienie terenu, lasek.

Bojowe wozy desantowe – ślepa uliczka w zbrojeniach

Jednym z najbardziej nieprzydatnych w walkach uzbrojeniem, na które wydano gigantyczne pieniądze, okazała się duża rodzina bojowych wozów desantowych. Jeszcze w czasach sowieckich marzono sobie o zrzucie wielkich desantów powietrznych na lotniska NATO. Samoloty transportowe miały przylecieć pod osłoną licznych sowieckich myśliwców, podczas gdy maszyny myśliwsko-bombowe miały uciszać natowskie przeciwlotnicze zestawy rakietowe. Pomysł sam w sobie okazał się kompletnie nierealny, o czym Rosjanie boleśnie przekonali się w Ukrainie. Nawet śmigłowce zostały mocno przetrzebione, kiedy chciały się wedrzeć nad wrogie terytorium, a co dopiero wielkie, lecące wysoko samoloty transportowe? Te w ogóle nie mają szans, kiedy wróg dysponuje silną obroną przeciwlotniczą.

Czytaj także: Flakturmy i bombowce opancerzane oponami. Tradycja i innowacja po rosyjsku

W oparciu o te nierealistyczne i niesprawdzone założenia Sowieci wydali gigantyczne pieniądze na stworzenie największych na świecie wojsk powietrzno-desantowych. Wyszkolili setki tysięcy spadochroniarzy, zorganizowali kilka ładnych dywizji, nawet mieli specjalną szkołę oficerską dla wojsk powietrzno-desantowych, choć przydatność tych wojsk zgodnie z ich przeznaczeniem w wojnie, jaką planowali, praktycznie była zerowa.

Nie dość tego, to jeszcze wyposażyli te wojska w specjalne pojazdy desantowe – bojowe wozy desantu BMD. Powstały aż cztery ich kolejne typy, od BMD-1 do BMD-4, a ponadto kilka innych, w tym głównie transportery opancerzone BTR-D na ich podwoziu czy specjalne desantowe działa samobieżne 2S9 Nona. Ich pancerz wykonano nie ze stali, lecz z aluminium, by były lżejsze. Chodziło o to, by nie ważyły więcej niż 10-12 ton, tak by do samolotu transportowego An-12, a później Ił-76 zmieścić kilka takich pojazdów, a nawet wyrzucić je na spadochronach, co wielokrotnie trenowano. Działa 2S9 Nona, które było większe, choć na tym samym podwoziu, raczej przezornie nie desantowano na spadochronach, ale dowożono samolotami na zdobyte (na ćwiczeniach) lotniska.

Czytaj także: Koniec wielkich desantów powietrznych. Lotnictwo transportowe służy dziś do czego innego

W czasie wojny w Ukrainie okazało się, że wszystkie te desantowe zabawki są do niczego. Wozy BMD zostały niemal wystrzelane co do jednego, bowiem tak wrażliwego na wszelki ogień pojazdu pancernego Rosjanie w swoim arsenale nie mieli. Potrafi go przenicować nawet seria z najcięższego karabinu maszynowego kalibru 12,7 mm czy 14,5 mm. Zamiast nich jednostki powietrzno-desantowe używane jako zwykła piechota wyposażono w standardowe pojazdy BMP należące do piechoty zmechanizowanej, a czasem z ich braku – gąsienicowe transportery opancerzone MTLB lub kołowe BTR. Cała olbrzymia produkcja rodziny BMD z wszelkimi modyfikacjami, które mozolnie opracowywano przez ostatnie 50 lat, okazała się zupełnie bezużyteczna w walce i zapewne prędzej czy później odejdzie do lamusa.

Białe słonie

Brytyjczycy mają swoje określenie na takie kosztowne i zupełnie bezużyteczne zabawki militarne – są to white elephants, czyli białe słonie. Takimi okazały się słynne krążowniki liniowe, znane też jako „dzikie koty admirała Fishera”. Powstawały one bowiem z jego inicjatywy, kiedy Jackie Fisher był pierwszym Lordem Admiralicji. Nazywano je „dzikimi kotami”, bowiem najsłynniejsze z nich to HMS „Lion” i HMS „Tiger” (czyli lew i tygrys). W zamyśle miały być szybsze od okrętów liniowych, by je w walce wymanewrować, ale odbyło się to kosztem słabego opancerzenia, co okazało się zgubne w toczonych bitwach morskich I wojny światowej.

I Rosjanie szczególnie w takich białych słoniach celują. W najbliższych dniach opiszemy ich lotnicze odmiany, takie jak bombowce taktyczne Su-34 czy strategiczne Tu-160, a później także morskie. Tych Rosjanie mają szczególnie dużo.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Walka o słynny pomnik w Rzeszowie. Chcą go przejąć i wyburzyć

Pomnik Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie jest dziś dziełem sztuki i zabytkiem. Bernardyni zdecydowali niespodziewanie o przekazaniu go za darmo Stowarzyszeniu Rodzin Żołnierzy Niezłomnych Podkarpacia, które chciałoby go wyburzyć. Wbrew władzom miasta i mieszkańcom.

Jagienka Wilczak
18.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną