Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Wojna w Gazie. Tak może wyglądać największa bitwa w mieście w XXI wieku

Izraelskie czołgi w Strefie Gazy. 31 października 2023 r. Izraelskie czołgi w Strefie Gazy. 31 października 2023 r. Evelyn Hockstein / Forum
Na każdym kilometrze kwadratowym mieszka niemal 6 tys. ludzi, co daje gęstość zaludnienia prawie dwa razy większą niż w Warszawie. Ponad 2 mln mieszkańców Strefy Gazy staje w obliczu izraelskiej „inwazji” w odwecie za atak terrorystów. Poszukiwanie hamasowców i dżihadystów w miejskim labiryncie może być dużo bardziej skomplikowane i okupione wielkimi kosztami.

Odwet Izraela wszedł w nową fazę – zwarte jednostki weszły i działają na terytorium enklawy. Co czeka armię izraelską, członków Hamasu i mieszkańców Gazy? Jak może wyglądać operacja już określana jako największa bitwa w mieście w XXI w.?

„Urban warfare” po polsku nie brzmi tak zgrabnie jak po angielsku, ale nie ma lepszego określenia na to, co się zaczyna. Działania w terenie zurbanizowanym zdominują izraelską operację w Strefie Gazy dlatego, że innego terenu tam w zasadzie nie ma. To aglomeracja złożona z połączonych i przenikających się miast, miasteczek i przedmieść, z których największe to Gaza City, Dajr al-Balah, Chan Junis i Rafah.

Jedynie na północy na 1–2 km od granicznej zapory z Izraelem rozciągają się uprawne pola i oliwne zagajniki, tworząc typowy dla wybrzeża śródziemnomorskiego mozaikowy krajobraz. Dosłownie kilka kilometrów dalej jest ponadpółmilionowa Gaza z wieżowcami, plątaniną wąskich uliczek, placów, skwerów, przejść wiodących nie wiadomo dokąd, zabudową gdzieniegdzie uporządkowaną, ale w większości chaotyczną. Na południe od tej metropolii znowu pas luźniej zabudowany, w części przeznaczony pod uprawy. Na satelitarnych zdjęciach jest bardziej zielony niż rdzawa pustynia i szara tkanka miejska. Ale 5 km dalej znowu zaczyna się robić gęsto od osad przechodzących jedna w drugą i rozlewających się w szerszy, południowy koniec Strefy Gazy z Chan Junis i Rafah jako centrami aglomeracji. Szerszy nie znaczy szeroki – bo to ledwie 12 km. W najwęższym miejscu plażę od granicznego płotu dzieli niespełna 6.

Wzdłuż, od przejścia Erez z Izraelem do przejścia Rafah z Egiptem, wszystkiego raptem 42 km. Na każdym kilometrze kwadratowym mieszka niemal 6 tys. ludzi, co daje gęstość zaludnienia prawie dwa razy większą niż w Warszawie. Teraz ponad 2 mln mieszkańców Strefy Gazy staje w obliczu izraelskiej „inwazji” w odwecie za atak terrorystów z Hamasu. Terminologia używana w mediach jest pomieszana i nieprecyzyjna, dlatego określenie „inwazja” znalazło się w cudzysłowie. Aby oddać to, co się dzieje i będzie działo, trzeba posłużyć się bardziej zniuansowanymi pojęciami wojskowymi, które jednak nie mieszczą się w nagłówkach.

Czytaj też: Hamas kontra Izrael. Obie strony zmierzają do totalnej wojny

Inwazja krocząca

Inwazja kojarzy się z masowym atakiem, jednoczesnym użyciem dużej liczby wojska i sprzętu, z dużym impetem natarcia wspieranego przez zmasowany ogień. Choć w działaniach armii izraelskiej można dostrzec wszystkie te elementy, to sama skala terenu, o jakim mowa, powinna wpłynąć na nasze wyobrażenia o tej wojnie i język jej opisu. Na kilku kilometrach przed zabudowaniami trudno rozwinąć znaczne siły, nie ma więc mowy o manewrze batalionów zmechanizowanych czy pancernych. To, co na razie widać w akcji, to pododdziały wielkości plutonów, w kolumnach z trudem naliczyć można kompanię wozów. Czołgi, owszem, widać, ale głównie na podejściach do obszarów gęstej zabudowy, tak samo jak baterie artylerii na pozycjach, ostrzeliwujące cele w miastach ogniem dział. Co ciekawe, przed wozami bojowymi granicę przekroczyły pojazdy inżynieryjne, których zadaniem było wykonanie przejść w zaporze, utorowanie drogi ciężkim pojazdom pancernym i przygotowanie pozycji dla artylerii. Czołgi służą na razie jako mobilna artyleria, wspierająca działania piechoty, która w terenie porusza się głównie pieszo. Jeśli więc to inwazja, to na razie krocząca.

Ale Palestyńczycy już umieścili w internecie filmik pokazujący ostrzelanie przez izraelską Merkavę przypuszczalnie cywilnego samochodu osobowego. Do zdarzenia miało dojść na najważniejszej dla Gazy drodze Salah Ad Deen, łączącej wspomniane przejścia na południu i północy, będącej komunikacyjnym kręgosłupem enklawy. Wkrótce droga ta może stać się autostradą dla czołgów, ale też miejscem zasadzek, pułapek, podkładania min i budowania barykad. Miejska infrastruktura może być doskonale wykorzystana do walki, a nawet najciężej uzbrojone oddziały mogą w niej z łatwością utknąć i zostać narażone na ciężkie straty. Przykładów z przeszłości niedawnej i odleglejszej jest mnóstwo: Faludża, Grozny, Mogadiszu.

Sama armia izraelska ma na koncie potyczki i bitwy w Gazie, z których nie wszystkie były udane. Czołgi w mieście mogą przegrać nawet z butelkami z benzyną, ale przegrywają też z własną konstrukcją. W ciasnych uliczkach w gęstej zabudowie „oczy trzeba mieć dookoła głowy”, a dla załogi czołgu dookólna obserwacja jest niemal nieosiągalna. Tylko najnowocześniejsze czołgi, wyposażone w systemy optoelektroniczne wysokiej rozdzielczości, z kamerami dziennymi i termicznymi, a przede wszystkim systemem dystrybucji informacji dla załogi, naprawdę nadają się do walki w mieście. Inne dla własnego przetrwania powinny mieć zakaz wjazdu. Przewaga technologiczna Izraela oznacza teoretycznie najwyższej jakości zdolności rozpoznania, głównie w oparciu o drony, samoloty i śmigłowce. Jednak w warunkach czynnego oporu i wysokiej zdolności do zmieniania miejskiego środowiska walki takie rozpoznanie będzie musiało odbywać się na bieżąco, w czasie rzeczywistym, bo naniesione na cyfrowe mapy poprawki mogą być nieaktualne już następnego dnia. Stwarza to niezwykłe ryzyko wpadnięcia w zasadzkę, a przy zbrodniczej determinacji Hamasu i Islamskiego Dżihadu los schwytanych izraelskich żołnierzy będzie przesądzony i tragiczny.

Dlatego pierwsza faza operacji lądowej w Gazie wydaje się ostrożna, niepasująca całkiem do słowa „inwazja”. Palestyńscy bojownicy już twierdzą, że odparli pierwsze ataki czołgów, ale to bardziej Izrael bada poprzez swoje wypady, z jakim przeciwnikiem ma tym razem do czynienia. Chodzi o sprawdzenie przygotowania do obrony, sposobu jej prowadzenia, zweryfikowanie danych wywiadowczych i zwiadowczych. Rozpoznanie musiało być intensywne, bo ugodzony z zaskoczenia Izrael zwyczajnie nie może sobie pozwolić na kolejną porażkę. Dlatego wkraczająca do Gazy piechota ma miażdżące wsparcie artylerii, czołgów i lotnictwa, którego zadaniem jest reagować na najmniejszy sygnał o zagrożeniu. Hamasowcy dobrze wiedzą, że „nie ma zmiłuj” i nikt nie będzie się długo zastanawiał, czy przeciwko wykrytemu i uznanemu za zagrożenie celowi użyć zwykłego pocisku z działa, czołgowej armaty, kierowanej rakiety ze śmigłowca czy ważącej tonę lotniczej bomby.

Czytaj też: Wstrząsające relacje z Izraela. „Chcemy odzyskać nasze dzieci”

Jakie będą rozkazy

Paradoksem obecnej sytuacji jest to, że siły izraelskie łatwiej znajdą swoich przeciwników, jeśli same się im pokażą. To wydaje się działać, bo siły obronne Izraela informują o niszczeniu stanowisk broni przeciwpancernej, która zapewne była używana przeciw wjeżdżającym czołgom.

Poszukiwanie hamasowców i dżihadystów w miejskim labiryncie może być dużo bardziej skomplikowane i okupione kosztami bezpośrednimi (ranni i zabici) i tymi w przestrzeni informacyjnej (np. gdy dojdzie do pomyłki). Choć „każdy może być przeciwnikiem”, to nie wszyscy przecież są wrogami. Miejskie środowisko drastycznie komplikuje sytuację i utrudnia odróżnienie uzbrojonego kombatanta od cywila chronionego, choćby w teorii, przed skutkami wojny. Izrael, choć pałający żądzą odwetu i mający prawo do eliminacji zagrożenia terrorystycznego, jest demokratycznym państwem prawa, którego siły zbrojne muszą respektować konwencje prawa humanitarnego konfliktów zbrojnych, zwłaszcza że już teraz są pod ogromną presją światowej opinii publicznej. Zresztą wpływ ma też sytuacja wewnętrzna. Czy wojsko, które w pewnym sensie opowiedziało się za obywatelami w czasie ogromnego sporu o praworządność, będzie chciało marnować kapitał potrzebny do odbudowy zaufania do władzy po rozprawie z Hamasem? Czy dowódcy, którzy mają pomścić pamięć pomordowanych mieszkańców przygranicznych kibuców, mają też ochotę przejść do historii jako „rzeźnicy Gazy”? Z jednej strony mają zadanie do wykonania, a z drugiej niosą brzemię odpowiedzialności o historycznym wymiarze.

Polityczne deklaracje o zniszczeniu Hamasu jako celu operacji w Gazie trzeba bowiem przełożyć na konkretne rozkazy. Ich treści rzecz jasna nie poznamy, możemy się jedynie domyślać założeń tej misji po tym, co zdecydują się pokazać obie strony konfliktu. Wszystko jednak powinniśmy oceniać ze świadomością istnienia wojskowej cenzury i wojny informacyjnej prowadzonej przez obie strony. Pierwsze doby operacji lądowych w Strefie Gazy nie wskazują na masowy opór. Od początku było jasne, że Izrael nie musi pacyfikować żadnego powstania, ale reakcja na wejście wojsk do enklawy nie była całkiem do przewidzenia. Nie ma jednak żadnego powszechnego zrywu do obrony, również reakcja przeciwników nie wydaje się dla izraelskich wojsk dotkliwa. Ale wyciąganie z tego wniosków może być ryzykowne, bo operacja jest na wczesnym etapie, rozgrywa się głównie na pozamiejskim terenie i nie sięgnęła jeszcze uznawanego za główne siedlisko Hamasu Gaza City.

Izraelskie wojska wtargnęły na kilka kilometrów od północy wzdłuż wybrzeża (IDF opublikowały zdjęcia czołgów na plaży) i od północnego wschodu. Jest jasne, że Hamas nie jest w stanie stawić czoła wojskom Izraela w otwartej bitwie, ale też nie ostrzelał wkraczających wojsk salwą rakiet ani najwyraźniej nie zaminował skutecznie dróg prowadzących do granicy. Być może zresztą to izraelskie wojska specjalne, działając w skrytości, nocą i bez medialnego nagłośnienia, zdołały wcześniej zneutralizować pułapki i utorować drogę czołgom. Być może też kampania powietrzna Izraela, trwająca już trzeci tydzień, osłabiła Hamas tak bardzo, że nie miał możliwości przeciwstawić się wkroczeniu wojsk od północy. W każdym razie nie doszło do żadnej większej potyczki przy granicy Strefy Gazy. Jednak im głębiej w zabudowę, tym większe mogą być zaskoczenia – a Hamas pokazał 7 października, że potrafi.

Czytaj też: Na kogo Hamas liczy? Milczą Rosja i Chiny, zaskakują Indie i Brazylia

Co się dzieje pod ziemią

Jedną z największych niewiadomych tej wojny w mieście będzie wykorzystanie podziemnych tuneli i kanałów. Izrael podaje, że mają łączną długość 500 km, choć tego oczywiście nikt nie zmierzył. Brakuje też jakiejkolwiek wiarygodnej mapy poza tymi, które Izrael ma rozpoznane, bo prowadzą do granicy i od lat służą przemytowi. Każda infrastruktura podziemna stwarza dla sił na powierzchni dodatkowe ryzyko. Technologia w postaci georadarów może pomóc, ale gdy już taki tunel zostanie wykryty, i tak trzeba będzie zejść pod ziemię. Czaić się tam może śmiertelne zagrożenie nie tylko dla izraelskich żołnierzy. Są domysły, że w tunelach i podziemnych schronach stacjonuje dowództwo Hamasu, ale i przetrzymywani są zakładnicy jako żywe tarcze. Gdyby Izrael chciał „czyścić” te tunele, wymagałoby to najpierw zabezpieczenia i izolacji terenu na powierzchni, a potem mozolnej operacji pod ziemią, prowadzonej niewielkimi oddziałami specjalistycznie wyszkolonych żołnierzy, najlepiej komandosów sił specjalnych. Takich ludzi nie ma wielu, a skala zadania oznaczałaby wielomiesięczne działania w skrajnych warunkach.

Zresztą również na powierzchni nie zanosi się na blitzkrieg. Nawet przy braku szerszego oporu – co nie jest gwarantowane – siły izraelskie, by znaleźć hamasowców, muszą de facto najpierw odizolować jakąś część Strefy Gazy, a potem ją dokładnie przeszukać. To zadanie na miesiące, jeśli nie lata. O ile przeciwnik sam się nie wychyli, bardzo trudno będzie go odróżnić od mieszkańców. Gdy sytuacja nabierze dynamiki, nieuchronnie powrócą dramatyczne dylematy i pytania o odpowiedzialność zbiorową. Izrael ani nie ma prawa, ani nie pozwoli sobie na to, by Gazę równać z ziemią. To będzie musiała być operacja selektywna, a co za tym idzie, długotrwała. W pewnym jej momencie trzeba będzie zadać pytanie o jej cel, koszty, perspektywy, strategię wyjścia. Odpowiedzi udzielą nie wojskowi, a politycy.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Psychologowie są dziś wszędzie i zajmują się wszystkim. Czy słusznie? I kto się zajmie nimi?

Transport, policja, szpitale, marketing, reklama, sądownictwo, media, polityka, a wkrótce każda polska szkoła – gdzie się obejrzeć, tam psycholog. Czy współczesna wiedza psychologiczna pozwala im brać na swoje barki aż takie obciążenia?

Ewa Wilk
25.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną