Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Holender na nowego szefa NATO? Większość już jest za. Polska na razie nie popiera i nie zwalcza

Były premier Holandii i kandydat na szefa NATO Mark Rutte oraz dotychczasowy sekretarz generalny Sojuszu Norweg Jens Stoltenberg. Szczyt w Wilnie, 2023 r. Były premier Holandii i kandydat na szefa NATO Mark Rutte oraz dotychczasowy sekretarz generalny Sojuszu Norweg Jens Stoltenberg. Szczyt w Wilnie, 2023 r. Forum
Mark Rutte jest coraz bliżej nominacji na sekretarza generalnego NATO. Jego zaletą jest m.in. historia poprawnych, a nawet – na ile to możliwe – dobrych relacji z Donaldem Trumpem, którego powtórna prezydentura jest czarnym scenariuszem dla Sojuszu.

Parokrotnie przedłużane urzędowanie Norwega Jensa Stoltenberga, obecnego sekretarza generalnego NATO, dobiega końca dopiero jesienią, ale Sojusz dąży do uzgodnienia nazwiska jego następcy już w marcu. Zdecydowanym faworytem jest obecnie 57-letni Mark Rutte, odchodzący premier Holandii. Poparły go już Stany Zjednoczone, Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy.

„Prezydent Biden zdecydowanie popiera kandydaturę premiera Ruttego na następnego sekretarza generalnego NATO. Premier Rutte głęboko rozumie znaczenie Sojuszu, jego przywództwo dobrze służyłoby NATO w tym krytycznym czasie” – przekazał w zeszłym tygodniu wysoki urzędnik USA niektórym amerykańskim mediom.

Sekretarz generalny musi być wyłoniony na drodze konsensusu wszystkich 31 krajów, a może i Szwecji, która najpewniej już w marcu zostanie 32. członkiem NATO po sformalizowaniu węgierskiej ratyfikacji rozszerzenia przegłosowanej właśnie w Budapeszcie. Nieformalne sondowanie w Brukseli wskazuje, że na koniec lutego za kandydaturą Ruttego w niejawnych konsultacjach opowiedziało się co najmniej 20 państw.

Dotychczas nie ma wśród nich Polski, która ani nie promuje innego kandydata, ani nie zwalcza Ruttego.

Rutte do Orbána: Może już czas wyjść z Unii?

Dlaczego nie Kallas?

Zainteresowanie posadą po Stoltenbergu przez wiele tygodni sygnalizowała, a właściwie niemal otwarcie deklarowała estońska premier Kaja Kallas. I znacznie słabiej Krišjanis Karinš, szef łotewskiej dyplomacji (i były premier). W ostatnich dniach rumuńscy dyplomaci w kwaterze głównej NATO przekazali z kolei kolegom, że do stanowiska mógłby pretendować również prezydent Klaus Iohannis. W Brukseli manewry Iohannisa i Kallas są postrzegane raczej jako pozycjonowanie się przed rychłym wyścigiem o najwyższe posady w UE po czerwcowych wyborach.

Lubiana przez zachodnie media Kallas obecnie – jak się wydaje – pokłada większe nadzieje w zabiegach o stanowisko szefa unijnej dyplomacji po Hiszpanie Josepie Borrellu. Jej kandydaturze na sekretarz generalną NATO sprzeciwiały się m.in. USA i Niemcy, co tłumaczono – przynajmniej w Berlinie – tym, że premier państwa na skraju flanku wschodniej byłaby zbyt jastrzębia wobec Rosji. A jej wypowiedzi z ostatnich miesięcy, m.in. w sprawie (zbyt powolnej) akcesyjnej drogi Ukrainy do NATO, miałyby świadczyć o tym, że mogłaby mieć problemy z trzymaniem się wspólnej linii.

Te zastrzeżenia wobec Kallas to trochę zachodnie „gdybanie”, ale Estonka – choć świetna w wywiadach o Zachodzie, Rosji, Ukrainie w mediach zagranicznych – ma znacznie bardziej skomplikowany dorobek w polityce wewnętrznej. O ile jednak sukcesy, porażki, gafy i negocjacyjne majstersztyki Ruttego, premiera ważnego państwa Unii i strefy euro od 2010 r., były przez lata dość szeroko relacjonowane także w nieholenderskich mediach, o tyle polityką Estonii mało kto się interesował. Wiadomo, że Kallas ma zaletę „teflonowości”: na razie nie zaszkodziło jej zamieszanie po informacji z jesieni, że biznes logistyczny jej męża (wspierany pożyczką od pani premier) był pośrednio zaangażowany w świadczenie usług w Rosji. Choć sama w Brukseli retorycznie chłoszcze Zachód za mało stanowcze sankcje.

Czytaj też: Rutte potknął się o imigrantów. Jak upadł rząd w Holandii

Dlaczego Rutte

Rutte, też swego czasu nazywany „teflonowym” premierem, jest na forum międzynarodowym bardziej doświadczony i ostrzelany w ogniu krytyki zarówno ze strony mediów, jak i przeciwników politycznych. Jako premier kraju mocno promującego w UE zasadę „pieniądze za praworządność” miewał niełatwe relacje z Viktorem Orbánem, a teoretycznie Węgry też mają prawo weta przy wyborze następcy Stoltenberga. Były też napięcia w relacjach z Turcją, choć latem zeszłego roku holenderski rząd wycofał ograniczenia w sprzedaży broni Ankarze – trzy lata po zawieszeniu jej wskutek wkroczenia jej wojsk do północnej Syrii. Decyzja o przywróceniu sprzedaży borni zapadła po kolejnym zielonym świetle Turcji w wielomiesięcznym negocjacyjnym urabianiu prezydenta Erdoğana w sprawie ostatecznego zatwierdzenia szwedzkiej kandydatury do NATO.

Ceniony za pragmatyzm i zdolności negocjacyjne Rutte już pięć lat temu w zasadzie miał w kieszeni nominację na przewodniczącego Rady Europejskiej (po Donaldzie Tusku), ale nie chciał zostawiać rządu Holandii. Jego nazwisko od dawna pojawia się też w spekulacjach o NATO, ale potwierdził zainteresowanie schedą po Stoltenbergu dopiero ostatniej jesieni, już jako tylko p.o. premiera (nie startował w przyspieszonych wyborach).

Zaletą Ruttego jest również historia poprawnych, a nawet – na ile to możliwe – dobrych relacji z Donaldem Trumpem, którego powtórna prezydentura jest czarnym scenariuszem dla Sojuszu. Rutte jako sekretarz generalny NATO – podobnie jak Stoltenberg za pierwszej kadencji Trumpa – mógłby mieć nieco łagodzący wpływ na relacje z Białym Domem.

Czytaj też: Szykujmy się na wojnę. Szwedzi alarmują Europę i rodaków

Dlaczego nikt z Europy Środkowo-Wschodniej

Część komentatorów z Europy Środkowo-Wschodniej twierdzi, że sekretarzem generalnym Sojuszu powinien wreszcie zostać ktoś z tego regionu. Nie tylko bowiem czas najwyższy na zwykłe przywrócenie „równowagi geograficznej” ćwierć wieku po rozszerzeniu NATO na wschód, ale i w dobie wojny w Ukrainie i rosnącego zagrożenia ze strony Rosji to kraje flanki wschodniej – jako przyfrontowe – powinny mieć kogoś na czele kwatery głównej. Ruttemu – choć jako premier montował koalicję na rzecz dostarczania F-16 Ukrainie – wypomina się, że jego rząd nie wydawał 2 proc. PKB na obronność (w tym roku będzie to 1,95 proc.). Szkopuł w tym, że kraje flanki wschodniej nie zorganizowały się i nie poparły żadnego wspólnego silnego kandydata. A nawet Kallas dotychczas nie podjęła poważnej próby zawiązania koalicji na rzecz swej kandydatury.

Sekretarz generalny NATO zarządza kwaterą główną (blisko 2 tys. ludzi) i jest twarzą Sojuszu, ale jego uprawnienia są słabiutkie w porównaniu np. z szefową Komisji Europejskiej. Długo spekulowano, że o posadę w NATO mogłaby się ubiegać również Ursula von der Leyen, ale – mimo być może podobnego prestiżu – byłby to dla niej spadek znaczenia i utrata realnej władzy, którą ma w Komisji.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Kolejny zjazd Lewicy. Tkwi w pułapce, a przed nią scenariusze złe i jeszcze gorsze

Pokiereszowana w kolejnych wyborach Lewica już wie, że kręci się w kółko i w najlepszym razie czeka ją dalszy dryf. Ale kręcić się będzie nadal, bo ma do wyboru jedynie scenariusze złe i jeszcze gorsze.

Rafał Kalukin
16.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną