1410. dzień wojny. Fala rosyjskich komentarzy po ataku USA na Wenezuelę. Dostaje się nawet Putinowi
Chyba wypada zacząć od tego, że Amerykanie właśnie dokonali tego, co absolutnie nie udało się Rosji w Ukrainie. Zaatakowali Wenezuelę i po szybkim wywalczeniu powietrznej przewagi siły specjalne (słynny Special Force Operational Detachment „D”, SFOD-D, zwany potocznie „Delta Force”) wykonały rajd we właściwe miejsce. Udało się zaskoczyć wenezuelską ochronę, pojmać prezydenta Nicolása Maduro i jego żonę Cilię Flores oraz wywieźć ich z kraju. Wkrótce Maduro stanie przed sądem w Nowym Jorku.
Obiektywnie trzeba stwierdzić, że choć działanie to jest wyraźnym naruszeniem suwerenności drugiego państwa, to nie można tego ataku porównywać z agresją na Ukrainę. Po pierwsze, zaatakowano dyktaturę, w której panował terror, a ludność nie miała wpływu na dobór władzy, zaś atak na Ukrainę był atakiem na państwo demokratyczne. O ile usunięcie Maduro może przynieść Wenezueli ulgę, o tyle zniewolenie Ukrainy będzie raczej procesem odwrotnym. Nie zmienia to jednak ważnego faktu, że zarówno Moskwa, jak i Waszyngton uzurpują sobie prawo do decydowania o państwach w „swoim” rejonie, czyli de facto w swojej strefie wpływów. Jest to ścisłe wcielenie w życie doktryny prezydenta Jamesa Monroego z 1823 r., w której zadeklarowano, że obie Ameryki będą zamknięte na obce (wówczas europejskie, a dziś także chińskie czy rosyjskie) wpływy. W zamian za to USA miało się nie wtrącać w sprawy Europy. W ten sposób Stany Zjednoczone włączyły się w ówczesny „koncert mocarstw”, rozpychając się w swoim regionie. Na tym tle wybuchła wojna amerykańsko-hiszpańska o Kubę w latach 1895–98.