Wojna z wyboru Donalda Trumpa. Czy w ogóle ma na nią plan? Amerykanom to się nie podoba
Niezwykle ryzykowną grę podjął Donald Trump, rozpoczynając wojnę z Iranem. Wygląda na to, że jest ona amerykańskiemu prezydentowi potrzebna – jakby liczył na to, że rozwiąże jego problemy w kraju, zarówno na krótszą, jak i dłuższą metę. Wojna nie wróży jednak nic dobrego ani Ameryce, ani całemu światu. Taki jest w każdym razie ton komentarzy w USA – mało optymistycznych i przekonujących w swej argumentacji.
Jaki jest plan?
W poniedziałek, czyli w trzecim dniu kampanii, Trump powiedział, że wojna potrwa kilka tygodni, trzy albo cztery, ale jeśli będzie trzeba, to nawet dłużej. W wywiadzie dla telewizji CNN oświadczył, że „wkrótce nadejdzie wielka fala” – w domyśle dalsza ofensywa, ponieważ do tej pory „nie uderzyliśmy jeszcze naprawdę mocno”. My, to znaczy USA i Izrael, bo europejskie państwa NATO, mimo deklaracji poparcia, nie uczestniczą w akcji.
Na porannym briefingu w poniedziałek sekretarz Departamentu Wojny Pete Hegseth, pytany o cel inwazji w Iranie, mówił o konieczności zniszczenia arsenału broni konwencjonalnej oraz definitywnego uniemożliwienia reżimowi w Teheranie budowy broni nuklearnej. Jednak na pytanie, jaki jest plan i jak długo wojna może trwać, wyraźnie zirytowany odpowiedział, że rząd USA nie musi, a nawet nie powinien, tego ujawniać, bo ułatwiłoby to obronę wrogowi. Innymi słowy – musimy po prostu zaufać administracji, że wszystko skończy się pomyślnie.
Wygląda więc na to, że Trump rzeczywiście poniekąd improwizuje.