Teraz inwazja?
Teraz inwazja? Trump wygraża, Izrael atakuje, Iran nic nie wie o negocjacjach. Ktoś tu musi kłamać
Ktoś tu musi kłamać, bo przez cały ubiegły tydzień strony wojny w Iranie wydawały sprzeczne komunikaty. Prezydent Donald Trump przekonywał, że Stany Zjednoczone szykują się do lądowej inwazji… i jednocześnie zapewniał, że rozmowy z Irańczykami idą doskonale – dlatego m.in. szósty raz od początku wojny przełożył „ostateczny deadline”, tym razem na 6 kwietnia – później, w wypadku braku porozumienia, ma nastąpić zmasowany atak na irańskie elektrownie. Jednocześnie Irańczycy wciąż twierdzą, że żadne rozmowy z Amerykanami się nie toczą, ale innego zdania są Pakistańczycy, obecnie główni pośrednicy zwaśnionych stron.
Plan Trumpa
Na głównego partnera do rozmów ze strony Iranu wyrasta szef tamtejszego parlamentu Mohammad Baker Kalibaf. Ten „zawodowy przegrany” irańskiej polityki – jak mówią o nim nasi rozmówcy (cztery razy przegrał wybory prezydenckie) – jest dziś jednym z niewielu żyjących wciąż członków elity reżimu. Ma na dodatek bliskie kontakty z kierownictwem Strażników Rewolucji, dlatego Amerykanie mogą zakładać, że umowa dogadana z Kalibafem będzie egzekwowana. Tym bardziej że to elastyczny ideologicznie biznesmen, znany w Iranie głównie z korupcji.
Musi się jednak uwiarygodnić w kraju, stąd jego ostre wypowiedzi na temat potencjalnej inwazji lądowej Amerykanów – zagroził, że w takim wypadku spadnie na nich „ognisty deszcz”. A taki atak jest coraz bardziej prawdopodobny: w piątek w pobliże Zatoki Perskiej dotarł amerykański desantowiec USS Tripoli z 3,5 tys. żołnierzy na pokładzie, w sumie więc Amerykanie mają u granic Iranu 10-tysięczne siły.
Trump mówi już o potencjalnych celach inwazji. To przede wszystkim wyspa Chark na północy Zatoki, przez którą w normalnych okolicznościach przechodzi 90 proc.