Teraz albo nigdy
Węgry wybierają. Orbán ukręcił na siebie bicz. W innym kraju Magyar wygraną miałby w kieszeni
Z powodu frekwencji to już są wyjątkowe wybory, Węgrzy od rana się mobilizują. Z danych Narodowego Biura Wyborczego wynika, że do godz. 17 w głosowaniu wzięło udział 74,23 proc. uprawnionych. To już więcej niż ostateczna frekwencja cztery lata temu (69,59 proc.)
Słoneczne przedpołudnie na zatłoczonym tarasie kawiarni w centrum Budapesztu. Nieopodal wzniesiony w epoce Habsburgów gmach parlamentu. W powietrzu atmosfera przedwyborczego wiecu. Co chwila ktoś podchodzi do stolika, przy którym siedzimy z niezależną posłanką Timeą Szabó. Jedni życzą sukcesu. Inni sugerują, by zrezygnowała z udziału w wyborach na rzecz kandydatki wskazanej przez lidera największej partii opozycyjnej Tisza Pétera Magyara.
– Gdybym mogła z nim porozmawiać, chętnie bym wyjaśniła, że mój start w stolicy nie umniejsza szans na zwycięstwo Tiszy w skali kraju – mówi Szabó. I wydaje się pewna swoich racji, ale zaledwie kilka dni po naszej rozmowie zrezygnuje. Objaśni, że zrobiła to dla dobra ojczyzny, bo kolejna wygrana Fideszu oznaczałaby wyjście Węgier z Unii Europejskiej i skazanie ich na los igraszki w rękach Władimira Putina.
Czytaj też: Węgry przed wyborami. Czy Tisza ma szansę wygrać z Fideszem?
Swój chłop w mateczniku
12 kwietnia Węgrzy wybiorą między Europą i Rosją. Demokracją i dyktaturą. Mniejsze partie już się nie liczą, do parlamentu wejdą tylko dwa ugrupowania: opozycyjna Tisza i rządzący Fidesz Viktora Orbána. Niezależne sondaże wskazują na wygraną opozycji w stosunku 56 do 35 (zdecydowani wyborcy). W funkcjonującej demokracji Magyar miałby zwycięstwo w kieszeni.