Teraz albo nigdy
Węgry wybierają. Orbán ukręcił na siebie bicz. W innym kraju Magyar wygraną miałby w kieszeni
Słoneczne przedpołudnie na zatłoczonym tarasie kawiarni w centrum Budapesztu. Nieopodal wzniesiony w epoce Habsburgów gmach parlamentu. W powietrzu atmosfera przedwyborczego wiecu. Co chwila ktoś podchodzi do stolika, przy którym siedzimy z niezależną posłanką Timeą Szabó. Jedni życzą sukcesu. Inni sugerują, by zrezygnowała z udziału w wyborach na rzecz kandydatki wskazanej przez lidera największej partii opozycyjnej Tisza Pétera Magyara.
– Gdybym mogła z nim porozmawiać, chętnie bym wyjaśniła, że mój start w stolicy nie umniejsza szans na zwycięstwo Tiszy w skali kraju – mówi Szabó. I wydaje się pewna swoich racji, ale zaledwie kilka dni po naszej rozmowie zrezygnuje. Objaśni, że zrobiła to dla dobra ojczyzny, bo kolejna wygrana Fideszu oznaczałaby wyjście Węgier z Unii Europejskiej i skazanie ich na los igraszki w rękach Władimira Putina.
Czytaj też: Węgry przed wyborami. Czy Tisza ma szansę wygrać z Fideszem?
Swój chłop w mateczniku
12 kwietnia Węgrzy wybiorą między Europą i Rosją. Demokracją i dyktaturą. Mniejsze partie już się nie liczą, do parlamentu wejdą tylko dwa ugrupowania: opozycyjna Tisza i rządzący Fidesz Viktora Orbána. Niezależne sondaże wskazują na wygraną opozycji w stosunku 56 do 35 (zdecydowani wyborcy). W funkcjonującej demokracji Magyar miałby zwycięstwo w kieszeni. Natomiast Węgrzy zastanawiają się, czy premier Orbán pogodzi się z porażką? Czy nie unieważni wyborów? Czy ich nie sfałszuje? Czy w ostateczności nie sięgnie po przemoc? Mówimy o Węgrzech, nie o Uzbekistanie.
Po 16 latach rządów populistyczno-konserwatywnego Fideszu 62-letni Orbán ma przeciw sobie większość rodaków, a po swojej stronie żelazny elektorat i dzieło swojego życia, quasimafijny układ władzy.